PODRÓŻ DO IXTLAN I

sonora hermosillo-mexicofragment książki Carlosa Castanedy „PODRÓŻ DO IXTLAN”

Przyjechałem do domu don Juana w czwartek, 31 sierpnia 1961 roku. Zanim zdążyłem przywitać się z nim, wsadził głowę przez okno samochodu, uśmiechnął się do mnie i powiedział:

– Musimy przejechać niezły kawałek drogi do miejsca mocy, a jest już południe.

Otworzył drzwi samochodu, usiadł z przodu obok mnie i poprowadził mnie około siedemdziesięciu mil na południe. Później skręciliśmy na wschód w ubitą piaszczystą drogę i jechaliśmy nią aż do podnóża gór. Zaparkowałem samochód w zagłębieniu, które wybrał don Juan ze względu na to, że było na tyle głębokie, iż mogło ukryć samochód przed ludzkim wzrokiem. Stąd poszliśmy prosto ku szczytom niskich wzgórz, przemierzając rozległe, płaskie pustkowie.

Kiedy zrobiło się ciemno, don Juan wybrał miejsce na nocleg. Zażądał kompletnej ciszy.

Następnego dnia zjedliśmy skromny posiłek i kontynuowaliśmy podróż na wschód. Roślinność z pustynnych krzewów przeszła w gęste, zielone górskie zarośla i drzewa.

Wczesnym popołudniem wspięliśmy się na szczyt gigantycznego, skalistego urwiska, które wyglądało jak Ściana. Don Juan usiadł i dał mi znak, abym zrobił to samo.

– To jest miejsce mocy – powiedział po chwili przerwy – – To jest miejsce, gdzie dawno temu byli zakopani bojownicy.

W tym momencie, bezpośrednio nad nami, kracząc, Przeleciała wrona. Don Juan śledził jej lot skupionym krokiem.

Przyglądałem się skale i dziwiłem się, jak i gdzie zostali pogrzebani wojownicy. Don Juan klepnął mnie w ramię.

– Nie tutaj, głupcze – powiedział z uśmiechem. – Na dole.

Wskazał na pole na dnie urwiska, rozciągające się bezpośrednio pod nami ku wschodowi. Wyjaśnił, że to pole jest otoczone przez naturalne ogrodzenie z kamieni. Z miejsca, gdzie siedziałem, zauważyłem obszar o średnicy około stu jardów mający kształt koła. Gęste krzewy pokrywały jego powierzchnię łącznie z kamieniami. Nie zauważyłbym tego regularnego okręgu, gdyby don Juan mi go nie pokazał.

Powiedział, że istnieją dziesiątki takich miejsc, które rozrzucone są po starym świecie Indian. Nie są to właściwe miejsca mocy, jak niektóre wzgórza i formacje krajobrazowe stanowiące siedzibę duchów, ale bardziej miejsca oświecenia, gdzie można pobierać nauki lub znajdować rozwiązanie problemów.

– Wystarczy, że przyjdziesz w to miejsce – powiedział. – Albo spędzisz noc na tej skale; wówczas twoje uczucia się przemienia.

– Czy zostaniemy tutaj na noc?

– Tak myślałem, ale mała wrona powiedziała mi, żeby tego nie robić.

Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o wronie, ale uciszył mnie niecierpliwym gestem dłoni.

– Patrz na krąg kamieni – powiedział. – Zachowaj go w swojej pamięci, a kiedyś, pewnego dnia wrona zaprowadzi cię do innego takiego miejsca. Im doskonalsze jest koło, tym większa jego moc.

– Czy kości wojowników są wciąż tutaj pogrzebane-Don Juan uczynił komiczny gest zakłopotania i uśmiechnął się szeroko.

– To nie jest cmentarz – wyjaśnił. – Nikt nie jest tutaj pogrzebany. Powiedziałem, że kiedyś wojownicy byli tutaj zakopani. Znaczy to, że przychodzili tu, aby zakopać się na noc, na dwa czy trzy dni, tak długo jak tego potrzebowali. Nie ma tu zakopanych kości umarłych ludzi. Nie interesują mnie cmentarze. Nie ma w nich żadnej mocy. Moc znajduje się w kościach wojownika, ale ich nigdy nie znajdziesz na cmentarzu. Jeszcze więcej mocy jest w kościach człowieka wiedzy, jednak odszukanie ich praktycznie byłoby niemożliwe.

– Kim jest człowiek wiedzy, don Juanie?

– Każdy wojownik może stać się człowiekiem wiedzy. Jak już ci mówiłem, wojownik jest nieskazitelnym myśliwym, który poluje na moc. Jeśli odniesie sukces w polowaniu, może zostać człowiekiem wiedzy.

– Co…

Powstrzymał moje pytanie ruchem ręki. Wstał i dał mi znak, abym szedł za nim. Zaczął schodzić stromą, wschodnią stroną urwiska. Była tam wyraźna ścieżka w prawie pionowej ścianie, prowadząca do kamiennego kręgu.

Powoli zeszliśmy po niebezpiecznej ścieżce i kiedy znaleźliśmy się na dnie, don Juan od razu poprowadził mnie poprzez gęsty chaparral do środka okręgu. Kilkoma grubymi i suchymi gałęziami zmiótł i oczyścił miejsce do siedzenia. Było ono również koliste.

– Miałem zamiar zakopać cię tutaj na całą noc – powiedział. – Ale wiem, że jeszcze nie nadszedł czas. Nie masz mocy. Zakopię cię tylko na chwilę.

Zdenerwował mnie pomysł unieruchomienia mnie w ziemi i zapytałem, w jaki sposób ma zamiar to zrobić. Zachichotał jak dziecko i zaczął zbierać suche gałęzie. Nie pozwolił mi sobie pomóc. Powiedział, że powinienem siedzieć i czekać.

Gałęzie, które zebrał, rzucił na oczyszczone wcześniej miejsce. Kazał mi się położyć głową na wschód, podłożył mi pod nią kurtkę i zrobił klatkę wokół mojego ciała.

Skonstruował ją, wbijając w miękki pył kawałki gałęzi o długości dwóch i pół stopy. Te z nich, które kończyły się rozwidleniami, służyły za oparcie dla dłuższych kijów nadających klatce wygląd otwartej trumny. Zamknął tę skrzynię, kładąc na górze krótkie gałęzie z liśćmi. W ten sposób przykrył mnie od ramion w dół. Pozwolił, aby głowa oparta na kurtce jak na poduszce wystawała na zewnątrz.

Wziął gruby kawałek suchego drewna i używając go do kopania wzruszył ziemię wokół mnie i zasypał nim całą konstrukcję. Rama była na tyle solidna, a liście tak dobrze rozmieszczone, że ani trochę ziemi nie nasypało się do środka. Mogłem swobodnie poruszać nogami, a także wsuwać się i wysuwać z tej klatki.

Don Juan powiedział, że zwykle wojownik sam ją sobie budował, po czym wślizgiwał się do niej i uszczelniał ją od środka.

– A co ze zwierzętami? – zapytałem. – Czy mogą rozgrzebać wierzchnią warstwę ziemi, wśliznąć się do klatki i zranić wojownika?

– Nie, wojownik nie przejmuje się nimi. Ty się o to martwisz, ponieważ nie masz mocy. Natomiast wojownik, kierując się swą niezachwianą wolą, potrafi obronić się przed wszystkim. Żaden szczur, wąż czy puma nie będą go niepokoiły.

– Po co wojownicy się zakopują, don Juanie?

– Żeby osiągnąć oświecenie i moc.

Doświadczałem wyjątkowo przyjemnego uczucia spokoju i zadowolenia; świat w tamtej chwili wydawał mi się taki prosty. Ten spokój był rozkoszny, a równocześnie obezwładniający. Nie byłem przyzwyczajony do tego rodzaju ciszy. Próbowałem mówić, ale don Juan uciszył mnie. Spokój tego miejsca wpłynął na mój nastrój. Zacząłem myśleć o swoim życiu i o mojej osobistej historii i doświadczałem dobrze mi znanego uczucia smutku i miałem wyrzuty sumienia. Powiedziałem don Juanowi, że nie zasługuję na to, żeby tu być. Jego świat jest silny i prawy, natomiast ja jestem słaby, a mój duch został wypaczony przez okoliczności mojego życia.

Zaśmiał się i zagroził, że przysypie mi głowę ziemią, jeśli dalej będę tak mówił. Powiedział, że jestem człowiekiem. Tak samo jak każdy człowiek zasługuję na wszystko, co przynosi mi los – radość, ból, smutek i walkę. Natura czynów przestaje być ważna, jeśli działa się jak wojownik.

Ściszając głos prawie do szeptu, powiedział, że jeśli rzeczywiście czuję, że mój duch został wypaczony, powinienem go po prostu doprowadzić do porządku, oczyścić go i sprawić, aby stał się doskonały, ponieważ w całym naszym życiu nie ma ważniejszego zadania do wykonania. Zaniedbywanie własnego ducha to poszukiwanie śmierci, co jest tym samym, co poszukiwanie niczego, ponieważ, niezależnie od wszystkiego, śmierć i tak nas dopędzi.

Zrobił długą przerwę, a później powiedział z głębokim przekonaniem:

– Poszukiwanie doskonałości ducha wojownika to jedyne zadanie godne naszego człowieczeństwa.

Jego słowa podziałały jak katalizator. Poczułem wagę moich przeszłych działań jako nieznośne i krępujące brzemię. Uznałem, że nie ma dla mnie żadnej nadziei. Zacząłem płakać, opowiadając o swoim życiu. Powiedziałem, że błąkałem się tak długo, aż stałem się nieczuły na ból i smutek, z wyjątkiem pewnych sytuacji, kiedy uświadamiałem sobie swoją samotność i bezsilność.

Nic nie odpowiedział. Chwycił mnie pod pachy i wyciągnął z klatki. Usiadłem, kiedy mnie puścił. On również usiadł. Zapanowało niezręczne milczenie. Pomyślałem, że daje mi trochę czasu, abym doszedł do siebie. Wziąłem notes i podenerwowany zacząłem coś gryzmolić.

– Czujesz się jak liść zdany na łaskę wiatru, prawda? – zapytał don Juan, patrząc na mnie.

Właśnie dokładnie to odczuwałem. Wydawało mi się, że potrafi wczuć się we mnie. Powiedział, że mój nastrój przypomniał mu pewną piosenkę. Zaczął ją śpiewać niskim, bardzo przyjemnym głosem. Jej słowa poniosły mnie w dal: “Jestem tak daleko od nieba, pod którym się urodziłem. Ogarnia mnie ogromna nostalgia. Teraz, kiedy czuję się samotny i smutny jak liść na wietrze, czasami chce mi się płakać, a czasami śmiać z tęsknoty” (Que lejos estoy del cielo donde he nacido. Inmensa nostalgia invade mi pensamiento. Ahora que estoy tan solo y triste cual hoja al viento, ąuisiera llorar, quisiera reir de sentimiento).

Przez dłuższą chwilę nie rozmawialiśmy. W końcu don Juan przerwał ciszę.

– Od dnia twoich narodzin w ten czy inny sposób zawsze ktoś coś dla ciebie robił – powiedział.

– Racja – odparłem.

– I zawsze wbrew twojej woli.

– Tak.

– A teraz jesteś bezsilny jak liść na wietrze.

– To prawda, tak właśnie jest.

Powiedziałem, że czasami pewne sytuacje w moim życiu niszczyły mnie. Słuchał z uwagą, ale nie mogłem odgadnąć, czy zgadza się ze mną i faktycznie jest zainteresowany moją opowieścią, dopóki nie zauważyłem, że usiłuje ukryć uśmiech.

– Niezależnie od tego, jak bardzo lubisz rozczulać się nad sobą, musisz to zmienić – powiedział łagodnie. – To nie licuje z życiem wojownika.

Roześmiał się i jeszcze raz zaśpiewał tę samą piosenkę, ale tym razem zmienił intonację pewnych słów i w efekcie powstało śmieszne i płaczliwe zawodzenie. Zwrócił mi uwagę, że piosenka podobała mi się, ponieważ przez całe życie szukałem tylko dziury w całym i nad wszystkim się użalałem. Nie mogłem temu zaprzeczyć, gdyż miał rację. Jednak dalej wierzyłem, że mam wystarczające powody, aby czuć się jak liść na wietrze.

– Najtrudniejszą rzeczą na świecie jest osiągnięcie nastroju wojownika – powiedział. – Nie ma żadnego pożytku z bycia smutnym, z narzekania i jeszcze usprawiedliwiania się przed sobą, w poczuciu, że to wszystko wina innych. Nikt nikomu nic nie robi, a szczególnie wojownikowi. Jesteś tutaj ze mną, ponieważ chcesz być. Od teraz powinieneś przejąć pełną odpowiedzialność, tak aby myśl, że jesteś na łasce wiatru, stała się nie do przyjęcia.

Wstał i zaczął rozbierać klatkę. Zmiótł ziemię z powrotem tam, skąd ją wygrzebał, i dokładnie porozrzucał po chaparralu wszystkie kije. Później zasypał oczyszczony krąg, pozostawiając to miejsce w takim stanie, jakby się tu nic nie wydarzyło.

Wyraziłem uznanie dla jego biegłości. Powiedział, że dobry myśliwy i tak będzie wiedział, że byliśmy tutaj, niezależnie od tego jak byłby ostrożny, ponieważ śladów człowieka nie da się całkowicie zatrzeć.

Siadł ze skrzyżowanymi nogami i powiedział, abym usiadł wygodnie, zwracając się twarzą w kierunku miejsca, gdzie byłem zakopany, i pozostał w tej pozycji, dopóki smutek mi nie przejdzie.

– Wojownik zakopuje się, aby odnaleźć moc, a nie aby płakać, rozczulając się nad sobą – powiedział.

Usiłowałem się tłumaczyć, ale powstrzymał mnie niecierpliwym ruchem głowy. Wyjaśnił, że musiał mnie w pośpiechu wyciągnąć z klatki, ponieważ mój nastrój był nie do zniesienia i obawiał się, że to miejsce może obrazić się za moją słabość i próbować mnie skrzywdzić.

– Rozczulanie się nad sobą nie pasuje do mocy – powiedział. – Nastrój wojownika wymaga samokontroli, a równocześnie zatracenia się.

– Jak to możliwe? – zapytałem. – Jak można równocześnie kontrolować się i zatracać?

– To trudna technika – skwitował.

Wydawało mi się, że się zastanawia czy ma mówić dalej. Dwa razy miał już coś powiedzieć, ale powstrzymał się i uśmiechnął.

– Jeszcze nie przestałeś być smutny – powiedział. – Wciąż czujesz się słaby, więc teraz nie ma sensu mówić o nastroju wojownika.

Prawie godzina minęła w kompletnej ciszy. Nagle zapytał mnie, czy udało mi się nauczyć techniki śnienia, którą mi przekazał. Praktykowałem wytrwale i po dokonaniu ogromnego wysiłku byłem w stanie uzyskać pewien stopień kontroli nad swoimi snami. Don Juan miał rację, kiedy mówił, że trzeba to ćwiczenie traktować jak rozrywkę. Po raz pierwszy w życiu czekałem na pójście do łóżka.

Przedstawiłem mu szczegółowy raport z moich osiągnięć.

Stosunkowo łatwo było mi nauczyć się utrzymywać obraz moich rąk, kiedy umiałem już nakazywać sobie patrzenie na nie. Moje wizje, chociaż nie zawsze moich własnych rąk, trwały dość długo, aż w końcu traciłem kontrolę i pogrążałem się w zwykłym śnie. Nie używałem żadnej siły woli, kiedy nakazywałem sobie patrzenie na swoje ręce czy na inne elementy moich snów. To po prostu się wydarzało. W pewnej chwili przypominałem sobie, że muszę patrzeć na ręce, albo na jakiś szczegół otoczenia. Były jednak i takie noce, kiedy nie mogłem sobie przypomnieć, abym to w ogóle robił.

Don Juan wydawał się usatysfakcjonowany i chciał wiedzieć, co zwykle pojawiało się w moich wizjach. Nie przypominałem sobie niczego szczególnego i zacząłem się rozwodzić nad koszmarnym snem, który miałem zeszłej nocy.

– Nie daj się ponosić fantazji – powiedział sucho. Przyznałem mu się, że zapisuję szczegółowo swoje sny. Od kiedy zacząłem praktykować patrzenie na ręce, moje sny stały się znaczące, a moja zdolność przypominania ich sobie tak wzrosła, że teraz potrafię odtworzyć nawet najdrobniejsze szczegóły. Don Juan odpowiedział, ale to tylko marnowanie czasu, ponieważ szczegóły i ich wyrazistość nie są wcale ważne.

– Zwykłe sny stają się bardzo plastyczne, gdy zaczynasz ustawiać śnienie – powiedział. – Ta żywość i wyrazistość to potężna bariera, a ty jesteś najgorszy ze wszystkich ludzi, jakich spotkałem w swoim życiu. Masz najgorszą manię. Zapisujesz wszystko, co tylko się da.

Szczerze wierzyłem, że to, co robię, jest właściwe. Prowadzenie szczegółowych zapisków pozwalało mi na pewne zrozumienie natury moich wizji.

– Przestań to robić – powiedział kategorycznie. – W niczym ci to nie pomoże. To, co robisz, odwodzi cię tylko od celu śnienia, którym jest kontrolowanie i moc.

Położył się i zakrył oczy kapeluszem. Mówił, nie patrząc na mnie.

– Przypomnę ci teraz technikę, którą masz praktykować. Po pierwsze, musisz zacząć od koncentrowania wzroku na swoich rękach. Później przenosisz go na inne rzeczy, które obrzucasz krótkimi spojrzeniami. Koncentruj wzrok na tylu rzeczach, na ilu dasz radę. Pamiętaj, że jeśli nie będziesz patrzył długo, obraz się nie zmieni. Później przenieś wzrok z powrotem na swoje ręce. Za każdym razem, kiedy patrzysz na nie, odnawiasz moc potrzebną do śnienia, dlatego na początku nie patrz na zbyt wiele przedmiotów. Na jeden raz wystarczą cztery. Później możesz powiększyć ich liczbę i objąć wzrokiem Wszystko, co zechcesz. Gdy tylko obrazy zaczną się zmieniać i poczujesz, że tracisz nad nimi kontrolę, wracaj spojrzeniem do rąk. Kiedy poczujesz, że możesz patrzeć na rzeczy przez cały czas, będziesz gotowy, by wypróbować nową technikę. Nauczę cię jej teraz, ale mam nadzieję, że wykorzystasz ją tylko wtedy, kiedy spełnisz ten warunek.

Milczał około piętnastu minut. W końcu usiadł i popatrzył na mnie.

– Następnym krokiem w ustawianiu śnienia jest nauczenie się podróżowania – powiedział. – W ten sam sposób, w jaki nauczyłeś się patrzeć na swoje ręce, nakażesz sobie przemieszczanie się. Najpierw musisz wybrać miejsce, do którego chcesz pójść. Najlepiej dobrze znane – może swoją szkołę, park albo dom przyjaciela – a później wyraź chęć, aby tam pójść. Ta technika jest bardzo trudna. Obejmuje dwa zadania. Musisz umieć nakazać sobie podróż do wybranego miejsca, a później, kiedy opanujesz tę metodę, powinieneś nauczyć się kontrolować czas tej podróży.

Kiedy zapisywałem jego wypowiedzi, miałem uczucie, że naprawdę mi odbiło. Spisywałem wariackie instrukcje i wykańczałem się, usiłując je wykonać. Miałem może wyrzuty sumienia i byłem zażenowany.

– Co ty mi robisz, don Juanie? – zapytałem, nie całkiem to mając na myśli.

Wydawał się zdziwiony. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, a później się uśmiechnął.

– Wciąż zadajesz mi to samo pytanie. Nic ci nie robię. Stajesz się dostępny dla mocy. Polujesz na nią, a ja tylko kieruję tobą.

Przechylił głowę na bok i obserwował mnie. Wziął mnie jedną ręką pod brodę, a drugą położył mi z tyłu głowy i poruszał nią do tyłu i do przodu. Mięśnie szyi miałem bardzo napięte i ten ruch rozluźnił je.

Don Juan popatrzył przez chwilę na niebo, jakby coś na nim obserwował.

– Czas iść – powiedział beznamiętnie i wstał. Szliśmy na wschód, aż do skrawka pustyni porośniętego małymi drzewkami i znajdującego się w dolinie pomiędzy dwoma dużymi wzgórzami. Była już prawie piąta po południu. Don Juan powiedział od niechcenia, że być może będziemy musieli spędzić tutaj noc. Wskazał na drzewa i stwierdził, że gdzieś tam jest woda.

Napiął wszystkie mięśnie i zaczął węszyć jak zwierzę. Zauważyłem, jak mięśnie jego brzucha zaciskają się yr bardzo krótkich skurczach, kiedy szybko wdychał i wydychał powietrze przez nos. Skłonił mnie do zrobienia tego samego, abym mógł odkryć miejsce, w którym znajduje się woda. Niechętnie spróbowałem go naśladować. Po pięciu czy sześciu minutach szybkiego oddychania zakręciło mi się w głowie, ale w niezwykły sposób oczyścił mi się nos, tak że naprawdę mogłem odkryć zapach wikliny. Jednak nie potrafiłem wskazać, gdzie się znajdowała.

Don Juan powiedział, abym odpoczął przez kilka minut, a potem kazał mi znowu zacząć wąchać. Druga runda była bardziej intensywna. Udało mi się wyczuć zapach wikliny dolatujący z prawej strony. Ruszyliśmy w tamtym kierunku i po dobrej ćwierci mili znaleźliśmy bagniste miejsce ze stojącą wodą. Obeszliśmy je wkoło, aż dotarliśmy do nieco wyżej położonego płaskiego wzgórza. Wokół niego chaparral był bardzo gęsty.

– W tym miejscu roi się od pum i innych mniejszych kotów – powiedział zdawkowo don Juan, jakby stwierdzał coś oczywistego!

Podbiegłem doń, a on wybuchnął śmiechem.

– Normalnie w ogóle bym tu nie przychodził – powiedział. – Ale wrona wskazała ten kierunek. Widocznie musi być tutaj coś szczególnego.

– Czy naprawdę musimy tu zostać, don Juanie?

– Musimy. W przeciwnym razie unikałbym tego miejsca.

Byłem bardzo zdenerwowany. Don Juan kazał mi uważnie słuchać, co ma mi do powiedzenia.

– Można tu jedynie polować na pumy – stwierdził. – dlatego nauczę cię, jak to robić. Istnieje specjalny sposób konstruowania pułapek z wodnymi szczurami, które służą tu za przynętę. Ich ściany są tak zbudowane, że mogą się kłaść na zewnątrz, a wzdłuż jej krawędzi umocowane są bardzo ostre kolce. Pozostają ukryte, kiedy klatka stoi pionowo i nikomu nie szkodzą, dopóki coś nie upadnie na nią, a wtedy ścianki się kładą, a kolce przebijają to, co uderzyło w pułapkę.

Nie mogłem zrozumieć, jak to ma wyglądać, więc don Juan narysował mi na ziemi szkic i pokazał, że jeśli boczne pręty zostaną umieszczone w podobnych do łożysk otworach ramy, klatka rozpadnie się, kiedy coś naciśnie na nią z góry. Kolcami są dobrze zaostrzone drzazgi z twardego drewna zamontowane w całej ramie.

Don Juan powiedział, że zwykle na kracie z kijów, połączonej z klatką i zawieszonej wysoko nad nią umieszczano ciężkie kamienie. Kiedy puma przychodzi do pułapki zwabiona przez wodne szczury i próbuje ją rozbić, z całą mocą waląc łapami, wtedy wbijają się w nie drzazgi, ona zaś, doprowadzona do szaleństwa podskakuje, spuszczając na siebie lawinę kamieni.

– Pewnego dnia być może będziesz musiał złowić lwa – powiedział. – Mają one specjalne moce. Są strasznie sprytne i jedynym sposobem na nie jest ogłupienie ich bólem i zapachem wikliny.

Ze zdumiewającą szybkością i zręcznością don Juan zbudował pułapkę i po długim oczekiwaniu złowił trzy pucołowate, podobne do wiewiórek gryzonie. Powiedział mi, abym z brzegu bagna nazrywał trochę wiklinowych gałęzi i natarł nimi swoje ubranie. On zrobił to samo. Później szybko i zręcznie wyplótł z trzciny dwie proste siatki, powyrywał z bagna duże kępki zielonych roślin z mułem i zaniósł na płaskie wzgórze, gdzie się ukrył. Tymczasem szczury wodne zaczęły bardzo głośno piszczeć. Don Juan z ukrycia powiedział mi, żebym wziął drugą siatkę i napełnił ją mułem oraz roślinami i wspiął się na niższe gałęzie drzewa, w pobliżu pułapki z gryzoniami. Stwierdził, że nie zamierza zranić ani kota, ani szczurów, dlatego kiedy puma podejdzie do pułapki, rzuci na niego tylko muł. Powiedział mi, żebym był czujny i pomógł mu odstraszyć kota, ciskając w niego swoją siatką, zaraz po tym jak on to zrobi. Zwrócił mi uwagę, żebym był wyjątkowo ostrożny i nie spadł z drzewa. Jego ostatnie instrukcje nakazywały mi siedzieć tak spokojnie, jakbym stopił się z gałęziami.

Nie widziałem, gdzie jest don Juan. Piski gryzoni stały się niezwykle głośne i w końcu zrobiło się tak ciemno, że ledwie mogłem dostrzec ogólne zarysy terenu. Nagle posłyszałem bliski odgłos miękkich kroków i przytłumiony koci oddech, a później łagodny pomruk, po którym piski w klatce ucichły. Właśnie wtedy bezpośrednio pod drzewem, na którym siedziałem, zobaczyłem ciemną sylwetkę zwierzęcia. Nie zdążyłem się nawet upewnić, czy to puma, kiedy zaatakowało pułapkę. Lecz zanim do niej dotarło, coś w niego uderzyło, aż odskoczyło. Tak jak kazał mi don Juan, cisnąłem swoją siatkę. Nie trafiłem, ale narobiłem wiele hałasu. W tym momencie don Juan wydał serię przenikliwych wrzasków, które wywoływały dreszcze, i kot z wyjątkową zręcznością wskoczył na wzgórze i zniknął.

Don Juan jeszcze przez chwilę przenikliwie gwizdał, a później powiedział mi, abym zszedł z drzewa, wziął klatkę z gryzoniami, wbiegł na wzgórze i tak szybko, jak tylko potrafię, dotarł do miejsca, w którym się znajdował.

Niewiarygodnie szybko znalazłem się przy don Juanie. Powiedział mi, żebym jak najlepiej naśladował jego Wrzaski, aby nie dopuścić pumy, kiedy on będzie rozbierał klatkę i wypuszczał gryzonie.

Zacząłem krzyczeć, lecz nie mogłem uzyskać takiego samego efektu. Z powodu podniecenia mój głos był chrapliwy. Don Juan kazał mi zapomnieć o sobie i wrzeszczeć z Prawdziwym uczuciem, ponieważ zwierzę w dalszym ciągu przebywało w pobliżu. Nagle w pełni uświadomiłem sobie sytuację. Zwierzę było rzeczywiste. Wykonałem wspaniałą arię przenikliwych wrzasków.

Don Juan zagrzmiał śmiechem. Pozwolił mi jeszcze krzyczeć przez chwilę, a później stwierdził, że musimy opuścić to miejsce tak szybko, jak to tylko możliwe, ponieważ puma nie jest głupia i prawdopodobnie już wraca po swoich śladach.

– Na pewno pójdzie za nami – powiedział. – Niezależnie od tego, jak jesteśmy ostrożni, i tak pozostawiamy za sobą ślad szeroki jak autostrada panamerykańska.

Szedłem bardzo blisko don Juana. Od czasu do czasu zatrzymywał się na chwilę i nadsłuchiwał. W pewnej chwili zaczął biec w ciemności, a ja biegłem za nim, wyciągając przed siebie ręce, aby osłaniać się przed gałęziami.

W końcu dotarliśmy do podnóża urwiska, na którym byliśmy przedtem. Don Juan powiedział, że jeśli uda się nam dostać na górę, zanim rozszarpie nas puma, będziemy bezpieczni. Poszedł pierwszy, aby pokazywać mi drogę. Zaczęliśmy się wspinać w ciemności. Nie wiem jak, ale szedłem za nim, stawiając kroki z absolutną pewnością. Kiedy byliśmy już blisko wierzchołka, posłyszałem dość osobliwy ryk zwierzęcy; był podobny do muczenia krowy, ale dłuższy i bardziej chrapliwy.

– W górę! W górę! – krzyczał don Juan.

Wgramoliłem się na szczyt w całkowitej ciemności i to przed don Juanem. Kiedy on wszedł na płaski wierzchołek urwiska, ja już siedziałem, łapiąc oddech. Przewrócił się na ziemię. Przez moment wydawało mi się, że wysiłek był zbyt wielki jak dla mężczyzny w jego wieku, ale on tylko śmiał się z mojej szybkiej wspinaczki.

Siedzieliśmy w kompletnej ciszy przez kilka godzin, a później zaczęliśmy schodzić do samochodu.
Niedziela, 3 września 1961

Kiedy się obudziłem, don Juana nie było w domu. Popracowałem trochę nad notatkami i zanim wrócił, miałem czas, aby nazbierać drewna na opał w pobliskim chaparralu. Jadłem, kiedy wszedł do domu. Zaczął się śmiać z tego, co nazywał moim nawykiem jedzenia w południe, ale poczęstował się moimi kanapkami.

Powiedziałem mu, że to, co wydarzyło się z pumą, zbiło mnie z tropu. Kiedy teraz wracałem do tego myślą, wydawało się nierzeczywiste. Wyglądało, jakby wszystko zostało specjalnie dla mnie zaaranżowane. Zdarzenia następowały tak szybko, że w rzeczywistości nie miałem czasu, aby się bać. Wystarczało mi go tylko na działanie, & nie na rozważanie okoliczności. Kiedy robiłem notatki, do głowy przyszło mi pytanie, czy rzeczywiście widziałem to zwierzę. Wciąż jeszcze świeże było dla mnie wspomnienie suchej gałęzi.

– To na pewno była puma – stwierdził don Juan kategorycznie.

– Czy to było prawdziwe zwierzę z krwi i kości?

– Oczywiście.

Powiedziałem mu, że moje podejrzenia zrodziły się dlatego, że całe wydarzenie miało zbyt gładki przebieg. Wyglądało tak, jakby puma już na nas czekała i została wytresowana, aby zrobić dokładnie to, co zaplanował don Juan.

Niewzruszony pod ogniem moich sceptycznych uwag, śmiał się tylko ze mnie.

– Jesteś śmieszny – powiedział. – Widziałeś i słyszałeś kota. Był pod drzewem, na którym siedziałeś. Nie Wywąchał cię i nie skoczył na ciebie dzięki wiklinie. Zabija ona wszystkie zapachy. Trzymałeś całą jej wiązkę.

Powiedziałem, że nie chodzi o to, iż mu nie dowierzam, ale że wszystko, co się wydarzyło tej nocy, było całkowicie obce mojemu codziennemu życiu. Kiedy robiłem notatki, przez moment pomyślałem, że don Juan mógł odgrywać rolę zwierzęcia. Jednak musiałem odrzucić to przypuszczenie, ponieważ naprawdę widziałem ciemny kształt czworonoga nacierającego na klatkę, a później biegnącego na wzgórze.

– Dlaczego robisz takie zamieszanie? – zapytał. – To był tylko duży kot. W tych górach muszą być ich tysiące. Wielka mi rzecz. Jak zwykle koncentrujesz uwagę na niewłaściwej rzeczy. Nie ma różnicy, czy to była puma, czy moje spodnie. Ważne są twoje uczucia w tamtej chwili.

Nigdy w życiu nie widziałem ani nie słyszałem wielkiego, dzikiego kota polującego na swoją zdobycz. Kiedy o tym myślałem, nie mogłem przejść do porządku dziennego nad tym, że znajdowałem się niewiele ponad metr od takiego zwierzęcia.

Don Juan słuchał cierpliwie, kiedy opisywałem mu swoje wrażenia.

– Dlaczego boisz się dużego kota? – zapytał z ciekawością. – Byłeś już blisko większości zwierząt, które tutaj żyją, i nigdy się ich nie bałeś. Lubisz koty?

– Nie, nie lubię.

– A więc zapomnij o nich. W każdym razie lekcja nie była o tym, jak polować na koty.

– A o czym?

– Mała wrona pokazała mi to specjalne miejsce, a ja zobaczyłem tam możliwość nauczenia cię tego, jak się działa, będąc w nastroju wojownika – powiedział don Juan. – Wszystko, co robiłeś wczoraj w nocy, robiłeś we właściwym nastroju. Kontrolowałeś się i równocześnie poddawałeś. Kiedy zeskoczyłeś z drzewa, porwałeś klatkę i przybiegłeś do mnie. Strach cię nie sparaliżował. A później, w pobliżu krawędzi urwiska, kiedy zaryczał lew, całkiem nieźle się ruszałeś. Jestem przekonany, że nie uwierzyłbyś w to, co zrobiłeś, gdybyś zobaczył to urwisko w dzień. W pewnym stopniu poddałeś się, ale równocześnie umiałeś się kontrolować. Nie rzuciłeś wszystkiego i nie narobiłeś w spodnie, ale jednak odrzuciłeś wszystko i w zupełnej ciemności wdrapałeś się na urwisko. Mogłeś zgubić ścieżkę i się zabić. Aby wspiąć się w ciemności na tę ścianę, trzeba było równocześnie polegać na sobie i porzucić siebie. To właśnie nazywam nastrojem wojownika.

Powiedziałem, że cokolwiek zrobiłem tej nocy, było to skutkiem strachu, a nie żadnego kontrolowania i porzucenia.

– Wiem o tym – powiedział, uśmiechając się. – Ale chciałem ci pokazać, że możesz przekroczyć pewne granice, jeśli jesteś we właściwym nastroju. Wojownik tworzy swój nastrój. Nie wiedziałeś o tym. Strach wprowadził cię w nastrój wojownika, ale teraz, kiedy już o tym wiesz, wszystko może ci posłużyć do osiągnięcia tego celu.

Chciałem się z nim kłócić, ale nie znalazłem przekonujących argumentów. Czułem się poirytowany.

– Wygodnie jest zawsze działać w takim nastroju – kontynuował don Juan. – Eliminuje całe gówno i jesteś oczyszczony. Czy nie czułeś się wspaniale, kiedy wdrapałeś się na szczyt tego urwiska?

Powiedziałem, że rozumiem, co ma na myśli, ale jednak czuję, że idiotyzmem byłoby stosowanie w codziennym życiu tego, czego mnie nauczył.

– Nastrój wojownika jest potrzebny do każdego działania – odpowiedział. – W przeciwnym razie żyjesz fałszywie i czujesz się paskudnie. Życie pozbawione tego nastroju nie ma w ogóle mocy. Spójrz na siebie. Wszystko ci przeszkadza i wyprowadza cię z równowagi. Jęczysz i narzekasz, że musisz tańczyć, jak ci zagrają. Jesteś liściem na łasce wiatru. Nie ma żadnej mocy w twoim życiu. Cóż to musi być za okropne uczucie! Zamiast zachowywać się w ten sposób, wojownik staje się myśliwym. Wszystko kalkuluje. To kontrola. Kiedy zaś kończy kalkulację – działa. Rzuca wszystko. Poddaje się. Wojownik nie jest liściem na lasce wiatru. Nikt na niego nie może wpłynąć ani zmusić go, by zrobił coś wbrew sobie lub wbrew swemu osądowi. Wojownik jest nastawiony na przetrwanie i udaje mu się to w stylu, który nie ma sobie równych.

Podobała mi się jego postawa, chociaż uznałem ją za nierealistyczną. Wydawała mi się zbyt prosta dla skomplikowanego świata, w którym żyłem.

Don Juan śmiał się z moich argumentów, a ja upierałem się, że nastrój wojownika prawdopodobnie mi nie pomoże, gdy poczuję się urażony lub wprost zostanę zraniony w wyniku działań moich bliźnich, na przykład wtedy, kiedy byłbym fizycznie dręczony przez jakiegoś zawziętego okrutnika, który miałby nade mną władzę.

Ryknął śmiechem i przyznał, że przykład jest a propos.

– Wojownik może zostać zraniony, ale nie urażony – powiedział. – Dla wojownika nie ma nic obraźliwego w czynach jego bliźnich tak długo, jak długo sam działa pod wpływem właściwego nastroju. Poprzedniej nocy nie czułeś się obrażony na pumę. To, że na nas polowała, nie wywołało twojego gniewu. Nie słyszałem, abyś ją przeklinał albo mówił, że nie ma prawa uganiać się za nami. Według tego, co wiedziałeś, mogła to być okrutna i złośliwa puma. Ale tego nie brałeś pod uwagę, kiedy starałeś się uciec przez nią. Liczyła się jedynie kwestia przeżycia. I to było właściwe. Gdybyś był sam i puma by cię dopadła i rozszarpała, to przecież nie miałbyś czasu na narzekanie czy obrażanie się na nią. Nastrój wojownika nie jest dla ciebie niedostępny ani dla innych. Potrzebujesz go, aby przebić się przez te wszystkie głupoty.

Wyjaśniłem mój sposób rozumowania. Puma i moi bliźni nie byli sobie równi, ponieważ dokładnie znałem wszystkie zagrywki ludzi, natomiast nic nie wiedziałem o pumie. Bliźni mogą mnie urazić, gdyż działają świadomie i są zawzięci.

– Wiem, wiem – cierpliwie odpowiedział don Juan. – Osiągnięcie nastroju wojownika nie jest łatwe. To rewolucja. Traktowanie pumy, wodnych szczurów i ludzi jako równych sobie to wspaniały akt ducha wojownika. Do tego jednak potrzeba mocy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s