Odzyskiwanie cząstki duszy wg.Moena

Pierwotnie chciałam dodać wpis o odzyskiwaniu cząstek duszy wg.mojego szamańskiego punktu widzenia ale Moen tak dobrze opisał ten proces,że postanowiłam go zamieścić w całości ..przede wszystkim świetnie opisał emocje towarzyszące takiemu odzyskaniu …one naprawdę są głębokie i przenikające na wskroś.Od siebie dodam tylko tyle,że najlepiej samemu wybrać się na poszukiwanie i odzyskiwanie swoich utraconych części, choć pierwotnie w dawnych kulturach zajmowali się tym szamani.

dzięki Niania za odnalezienie poniższego fragmentu 🙂

Kim jest Joshua?
Podczas programu Linia Życia, popołudniami mieliśmy dla siebie dużo czasu. Nauczyciele
zasugerowali, abyśmy wykorzystali go na zapisywanie swych przeżyć w dziennikach, rozmawiali
ze sobą, dzielili się doświadczeniami, a tym samym uczyli i robili inne rzeczy, pomocne w
umacnianiu związku ze światem fizycznym. Kiedy spędza się tak wiele czasu tam, koncentrując się
na świecie niefizycznym, łatwo jest potem poczuć się dość… ulotnie. Bez twardego gruntu pod
nogami, uczucie oderwania od spraw świata fizycznego może przydać wszystkiemu wrażenia
surrealistycznego marzenia sennego. Poczucie oderwania od ziemi, szybowania, jest dość
przyjemne, ale przecież nie chodzi o zakodowanie na stałe w pamięci świadomości braku poczucia
fizyczności. Jedną z najlepszych form przypominania sobie o twardym gruncie pod nogami, są
długie spacery po zakurzonych drogach, otaczających Instytut Monroe’a. Jest coś w chodzeniu boso
po brudnej ziemi, co daje poczucie łączności z ziemią i fizyczną rzeczywistością siebie samego.
Może ma to coś wspólnego z tym, że pod bosymi stopami czuje się prawdziwy kurz. Cokolwiek to
jest, stwierdziłem, że długie spacery ogromnie pomagają mi wrócić do świata fizycznego i
zintegrować moje doświadczenia.
Już od wielu dni chodziłem na długie spacery z kobietą o imieniu Elizabeth. Rozmawialiśmy o
naszych doświadczeniach i ogólnie o życiu.
Rankiem, ostatniego czwartku programu, tuż po śniadaniu, znów poszliśmy razem na spacer.
Właśnie minęliśmy farmę lam i rozmawialiśmy o tym, jak każde z nas dostało się do Instytutu.
Elizabeth przyleciała z Holandii trochę wcześniej, aby przyzwyczaić się do zmiany czasu.
Opowiadałem jej o tym, jak niemal spóźniłem się na lot z Denver i wtedy przypomniałem sobie o
artykule, który czytałem w samolocie. Opowiedziałem jej o dziwnym zdarzeniu, kiedy to najpierw
zobaczyłem w artykule imię Joshua, a potem na jego miejscu pojawiła się Marska. Opowiadając,
ogarnęło mnie uczucie, że imię Joshua jest wskazówką do czegoś, co miałem zbadać podczas
programu Linia Życia. W drodze powrotnej do budynku Instytutu zastanawiałem się, kim mógł być
ów Joshua. Wtedy ujrzałem w myślach wyraźny obraz młodego, hebrajskiego wojownika. Czułem
jak w powietrzu latają włócznie, słyszałem wyraźnie nawoływania walczących mężczyzn. Zanim
dotarliśmy do budynku, postanowiłem znaleźć coś o tym Joshui, podczas następnego ćwiczenia z
taśmą. Miałem takie uczucie, jakby była w nim część mnie samego, którą zgubiłem gdzieś po
drodze.
Kiedy dotarłem do Focusa 27 podczas pierwszego ćwiczenia z taśmą tego dnia, wiedziałem już, że
poproszę Przewodnika, aby mi towarzyszył w poszukiwaniach Joshui. W odpowiedzi na prośbę o
Przewodnika, pojawiła się znana mi już, podłużna, puszysta kula światła. Kiedy podeszła bliżej i
zatrzymała się obok mnie, zapytałem ją o jej imię. Powiedziała, ale samo jego wymówienie
sprawiało mi przeogromne trudności, a cóż dopiero zapamiętanie. Tak więc dałem sobie spokój z
imieniem i od razu przeszedłem do sedna sprawy:
Bruce: “Chciałbym, żebyś mi pomógł znaleźć kogoś o imieniu Joshua, jeśli taka osoba w ogóle
istnieje”.
Przewodnik (spokojnie): “Tak, Bruce, wiemy”.
Z pomocą Przewodnika znalazłem się w Focusie 23. Poczułem wrażenie ruchu podczas tej podróży,
a poza tym nic, póki nie znaleźliśmy się na miejscu. Stałem tam w czerni, czekając na znajomy
impuls, który powiedziałby mi, że w pobliżu znajduje się ktoś, z kim mam nawiązać kontakt. Kiedy
poczułem ów impuls, nie chciałem popełnić błędu, kontaktując się z niewłaściwą osobą.
Bruce: “Joshua?”
Odniosłem natychmiastowe wrażenie, że ktoś odpowiada na moje wezwanie.
Męski głos: “Tak?… Kto to?… Co?”
Bruce: “Joshua, jestem Bruce… halo?… Halo!… Joshua, co ci się przytrafiło?”
Trudno mi opisać uczucia, które w jednej sekundzie przewaliły się przeze mnie, jako potężne,
wyraźne, widzialne i słyszalne wrażenia. Natychmiast wiedziałem, że Joshua był częścią mnie.
Rozpoznałem i przypomniałem sobie siebie, jako jego. Jego życie nie było li tylko czymś, o czym
mi opowiadał; to raczej ja sam przypominałem sobie moje własne doświadczenia sprzed bardzo
długiego czasu. Wiedziałem, że Joshua i ja, byliśmy tym samym Ja/Tam, że pochodzimy z tego
samego dysku, tego samego grona. Uświadomienie sobie, że część mnie utknęła w Focusie 23
sprawiła, że moja uwaga wyostrzyła się w dwójnasób. Chciałem spostrzec każdy szczegół, jaki
tylko pomógłby mi odzyskać Joshuę. Nie chciałem powtórzyć doświadczenia z Benjim, próbując
odzyskać część siebie samego. Zmusiłem się do zachowania spokoju, koncentracji i uwagi.
Wrażenia, wszystkie napływające jednocześnie myśli: Joshua, młody człowiek, stał na murze, a w
dole toczyła się bitwa. Mur był częścią ufortyfikowanej twierdzy, która przypominała nieco zamek
lub mury miejskie. Była to gruba ścina wykonana z kamieni polnych, wysoka na jakieś trzy – cztery
metry. Otaczała ona niewielką wioskę, broniąc ją przed atakiem pieszego nieprzyjaciela. Stojąc w
tym miejscu, Joshua widział ruchy najeźdźców, zmierzających ku otoczonej murem fortecy. Machał
rękami i krzyczał do innych obrońców, wskazując miejsca na murze, gdzie powinni się znaleźć, aby
odeprzeć atak. W prawej ręce dzierżył krótki, szeroki miecz i właśnie nim wskazywał najlepsze
miejsca dla obrońców. W tej bitwie, on i inni, bronili swej wioski przed atakiem wroga, który chciał
zabić ich wszystkich i splądrować wieś. Kiedy patrzyłem, jak wskazuje kierunek, gdzie oddziały
nieprzyjaciela gromadziły się przed atakiem, ujrzałem włócznię lecącą w jego stronę.
Śmiercionośna broń utkwiła głęboko w jego prawym boku, tuż pod żebrami. Czułem jak przecina
moje własne ciało, moją wątrobę i wychodzi plecami. Joshua stał jeszcze przez moment, patrząc w
dół z niedowierzaniem na drewniany drąg, wystający z jego ciała. Upadł w szoku, nieprzytomny, na
mur. Wokół niego wrzała bitwa. Widziałem, jak atakujący wróg został pokonany i uciekł z pustymi
rękami. Obraz muru, Joshui i uciekającego nieprzyjaciela zniknął, a ja szybowałem w powietrzu
patrząc w dół.
Poniżej ujrzałem Joshuę leżącego na plecach, na czymś w rodzaju łóżka. Była to niska, drewniana
platforma, wsparta na czterech, niskich nogach. W poprzek drewnianej ramy położono deski. Nie
widziałem tam żadnego materaca. Ranny leżał na cienkim kocu, położonym wprost na deskach.
Joshua wił się w nieznośnym, niewyobrażalnym bólu. Zaplątał się w cienką narzutę. Grymas na
jego twarzy powiedział mi wyraźnie, jak potworny ból musiał znosić. Zacisnął mocno zęby, ale i
tak słyszałem agonalne jęki i krzyki. Patrząc na niego wiedziałem, że wioska została obroniona i że
była to długa bitwa. Wiedziałem też, że nie zabiła go owa pierwsza wypuszczona włócznia. Joshua
przeżył krwotok i szok, zabiła go dopiero infekcja wątroby, która wdała się później. Umarł, jeszcze
zanim wynik bitwy był pewien. Była to długa walka dla wioski i długa, przeraźliwie bolesna śmierć
dla Joshui.
KLIK: Leżałem w sali pooperacyjnej w moim obecnym życiu. Czułem ten sam poziom bólu,
jakiego doświadczył Joshua, w tym samym miejscu, w moim obecnym życiu. W roku 1987, po
długich, ciągnących się w nieskończoność badaniach, mój lekarz zdecydował się przeprowadzić
operację. Obudziłem się po operacji, już w sali pooperacyjnej. Bolało mnie tak przeraźliwie, że z
początku cały aż zdrętwiałem i nie mogłem wykonać najmniejszego ruchu. Pamiętam, że nie byłem
w stanie nawet krzyczeć, bo w gardle miałem wielką tubę. Pamiętam, jak rzucałem głową na boki
próbując pozbyć się tej tuby i wreszcie móc wrzasnąć. Pamiętam pielęgniarkę, mówiącą mi
spokojnie, żebym tego nie robił, bo w przeciwnym razie mogę zwymiotować i udusić się. Pamiętam
jak mimo to, wciąż rzucałem głową w miarę jak ból narastał, aż w końcu zemdlałem. Pamiętam jak
się przebudziłem i znów zemdlałem z bólu, znów się przebudziłem i znów zemdlałem. Pamiętam
jak następnego dnia przyszedł anestezjolog i zapytał mnie, czy po operacji bardzo bolało. Kiedy mu
powiedziałem jak wielki czułem ból, odparł, że domyślał się tego, patrząc na moje zachowanie.
Powiedział, że dostałem tyle morfiny, ile mogłem, zgodnie z wagą mego ciała, i że nie powinienem
po tym odzyskać świadomości. Był też zaskoczony, kiedy znów się obudziłem po tym, jak dał mi
kolejną dawkę, po której, jak się obawiał, mogłem się nawet w ogóle nie obudzić. W tym momencie
nie mógł podawać mi więcej morfiny, a jednak wciąż budziłem się i miotałem po łóżku,
najwyraźniej z bólu. Nigdy nie zapomnę tamtego przerażającego bólu, który pokonywał wszelkie
dawki środka znieczulającego aby tylko dostać się do mojej świadomości.
Operacja pokazała, że mam mięsaki w wątrobie, pęcherzu moczowym i układzie limfatycznym.
Mięsaki, to bardzo rzadka choroba, wśród białych Amerykanów płci męskiej; choruje na nie mniej
więcej jeden mężczyzna na 900.000. Jest to choroba, która powoduje zakażenie w tkance ciała, coś
w rodzaju infekcji, lecz nie jest to infekcja. Natomiast, podobnie jak infekcja, może po sobie
pozostawić blizny na tkance i coś, co nazywa się granulomas.
U osiemdziesięciu procent ludzi, u których wykryto mięsaki, znikają one bez śladu w przeciągu
dwóch lat. Pozostałe dwadzieścia procent cierpi, albo na przypadłość chroniczną, albo na
zwyrodnienie. Wielu należących do tej ostatniej kategorii umiera. Od mojej diagnozy minęło pięć
lat, wiedziałem więc, że należę do jednej z owych dwóch kategorii. Kiedy mięsak pękł, leczono
mnie sterydami. Sterydy sprawiały, że czułem się jak paranoik, miałem wrażenie, jakby tuż obok
mnie stał ktoś, kogo musiałem zlokalizować i zaatakować, zanim on zaatakuje mnie. Nie było to
śmieszne. Nie wiadomo, jaka jest przyczyna powstania mięsaków i nie wiadomo dokładnie, jak je
leczyć.
KLIK: Znów unosiłem się nad Joshuą. Wciąż leżał w łóżku i wił się w potwornych bólach, jakie
teraz pamiętałem.
Bruce: “Joshuą. Widzę, że zostałeś ranny broniąc wioski. Mogę ci powiedzieć, że bitwa zakończyła
się zwycięstwem. Twoja wioska odparła atak wroga”.
Wrażenie: Nie mógł się skupić na tym, co mówiłem, gdyż jego/mój ból był zbyt wielki. Był tak
porażający, że Joshuą musiał wytężyć wszystkie siły, jaki mu pozostały, aby skupić się na
czymkolwiek innym. Pamiętałem to uczucie. Uświadomiłem sobie, że Joshuą nie wie, że umarł w
wyniku zakażenia, jakie się wdało w ranę po włóczni. W chwili śmierci ból trzymał go w swych
kleszczach tak mocno, że Joshuą nie zauważył zmiany. Tak bardzo z nim walczył, że i po śmierci
nie zaprzestał tej walki. Dla niego ból wciąż był potwornie, śmiertelnie rzeczywisty. Utknął w
Focusie 23, w kleszczach bólu. Wciąż cierpiał na swoim łóżku, tak samo jak w dniu, w którym
umarł. Wiedziałem teraz, że moje mięsaki musiały być w jakimś stopniu związane z faktem, że
Joshuą, część mnie samego, tkwił w bólach, spowodowanych infekcją wątroby, która go zabiła.
Fakt, że nieustannie doświadczał tego bólu, był w jakiś stopniu przyczyną mojej rzadko spotykanej
choroby w tej samej części ciała. Wiedziałem, że gdybym mógł odzyskać Joshuę, moje mięsaki
mogłyby nawet zniknąć. Czułem też, że jeśli nie uda mi się odzyskać Joshui, cień jego śmiertelnej
infekcji, który rzucał się na chorobę w obecnym życiu, moje mięsaki, w końcu mnie zabije. Nagle
odzyskanie Joshui stało się sprawą pierwszorzędnej wagi.
Bruce: “Joshuą, kiedy ci się to przytrafiło?” “Jak długo tu jesteś?”
Moje wrażenie, 1300, odnosiło się raczej do roku w kalendarzu hebrajskim niż do liczby lat, przez
jakie wił się na tym łóżku. Postanowiłem wypróbować taktykę, jaką zasugerowała Darlene po
moim doświadczeniu z Benjim.
Bruce: “Joshuą, co twoja religia mówi o niebie-nirwanie-raju-życiu-po-śmierci-królestwie
niebieskim?” Wyobraziłem sobie wszystkie obrazy Życia po Śmierci, jakie tylko przychodziły mi
na myśl. Chciałem być pewien, że Joshuą wiedział, iż pytam go o jego wyobrażenie życia po
śmierci. Nie wiedząc wiele o religii żydowskiej, chciałem upewnić się, że objąłem myślami
wszystko, co możliwe.’
Joshua (imp w odpowiedzi): “Ogród!” Poczułem, że coś ; w nim wzbiera, kiedy przypomniał sobie
nauki swej religii, i dotyczące Ogrodu i tego, czym był. Był to raj, pełen jedzenia i wody, mleka i
miodu wystarczało dla wszystkich. ] Była to obietnica życia po śmierci, którą jego Bóg złożył; jego
narodowi.
Bruce: “Joshua, przyszedłem z Ogrodu. Przysłano mnie, abym cię tam zabrał. W Ogrodzie są
ludzie, którzy zajmą, się twoją raną. Zostaniesz uleczony i uwolnisz się od; bólu”. ;
Miałem wrażenie, że Joshua poszedłby nawet i z Diabłem do Piekła, byleby tylko uwolnić się od
tego bólu.
Joshua (podekscytowany): “Co mówisz? Zostanę zabrany do Ogrodu?”
Bruce: “Tak, Joshua, po to właśnie tu przyszedłem. Przyszedłem po to, aby zabrać cię do Ogrodu.
Joshua, daj mi rękę.
Wciąż unosząc się nad łóżkiem, wyciągnąłem rękę i mocno pochwyciłem nadgarstek Joshui.
Czułem, jak jego ręka zaciska się na moim nadgarstku z równą siłą. Trzymając go mocno,
pociągnąłem w górę, chcąc podnieść go na moją wysokość. Kiedy mi się to udało, coś, co
wyglądało jak kruchy, jasny kawałek barwnego celofanu, uniosło się z jego ciała. Miało kształt
ciała Joshui, lecz chyba niewiele* w tym było substancji. Kiedy owo coś całkiem wyszło z jego
ciała, ból zniknął. Odniosłem wyraźne wrażenie, że nowe ciało Joshui wyglądało w jego oczach
identycznie jak stare. Nie zauważył żadnej różnicy, poza tą, że ból minął.
Skinąłem na Przewodnika: “Jestem całkowicie skupiony na trzymaniu Joshui. Nie mam zamiaru go
stracić, bez względu na wszystko. A tym masz nas zaprowadzić do Focusa 27″.
Scena z łóżkiem pod nami rozpłynęła się w ciemności i zniknęła. Czułem ruch, z początku słaby, a
potem coraz silniejszy.
Joshua (bardzo podekscytowany): “Lecę w powietrzu!”
Bruce: “Tak, oczywiście, Joshua. Lecimy. Pamiętasz jak wyjaśnia to twoja religia?”
Joshua (wciąż bardzo podekscytowany): “Och, tak! Pamiętam. Anioły/Duchy latają. Moja religia
naucza, że Anioły/Duchy potrafią latać”.
Bruce: “No to sobie wyjaśniliśmy, prawda, Joshua? Przysłano mnie z Ogrodu jako Anioła / Ducha,
abym cię tam zabrał. A ponieważ jesteś ze mną, też latasz”.
Nie miałem nic przeciwko małemu wybiegowi, żeby tylko mieć pewność, że nie stracę Joshui,
zanim dotrzemy do Ogrodu, gdziekolwiek to było.
Joshua: To ma sens. Rozumiem”.
Moje wrażenie mówiło mi, że wcale nie był całkiem pewien, że powinien umieć latać tylko dlatego,
że jest ze mną. Na szczęście wciąż był cokolwiek otumaniony długim okresem cierpienia i może
nieco oszołomiony tym, co się z nim działo obecnie. Wolałem nie przeciągać struny wyjaśniając
mu, że mógł latać, ponieważ nie żył. Ta wiedza mogła być dla niego szokiem, a nie chciałem, aby
cokolwiek przeszkodziło mi w odzyskaniu go.
“Już niedługo, Joshua, przybędziemy do Ogrodu. Już niedługo zobaczysz Ogród. Doktorzy /
uzdrowiciele czekają tam na ciebie. Spotkasz tam też Pomocników / uzdrowicieli, którzy powitają
nas, kiedy przybędziemy”.
Zaledwie skończyłem przesyłać tę myśl do Joshui, odezwał się głos Monroe’a nagrany na taśmie,
żądający, abym opisał to, co właśnie robię. Zignorowałem całkowicie to polecenie. Nie chciałem
ryzykować w najmniejszym stopniu, że Joshua usłyszy, jak mówię na głos do kogoś, kogo nie
widzi. Nie chciałem go stracić. Od odzyskania Joshui zależało to, czy wyleczę się z mięsaków.
Skoncentrowałem się więc na tym, że trzymam go za rękę i zdałem się na Przewodnika. Zdawało
się, że krążymy według jakiegoś wzorca, póki głos Monroe’a nie umilkł. Wyraźnie czułem jak
narastają we mnie silne emocje. Kiedy ucichł głos Monroe’a, nasza trójka – Joshua, Przewodnik i ja
– zawróciliśmy, zaczęliśmy zniżać lot i przygotowywać się do lądowania w Ogrodzie.
Poniżej widziałem zieloną trawę i drzewa. Poszybowaliśmy delikatnie ku szerokiej ścieżce
ciągnącej się przed nami. Po obu stronach ścieżki, szerokiej jak jednopasmowa jezdnia, rosła bujna,
zielona trawa, a niewysokie wzgórza ciągnęły się jak okiem sięgnąć. Dalej ujrzałem ogromne,
posągowe drzewa, które przypominały mi sekwoje w Kalifornii. Las wyglądał na stary. Szeroka
przestrzeń między drzewami i brak gałęzi przy gruncie, pozwalały dojrzeć zieloną trawę,
wyglądającą jak puszysty dywan.
Ścieżka, na której wylądowaliśmy, wiła się wśród zielonego, sielskiego krajobrazu i znikała w
oddali. Ogród Joshui był przepiękny! Były tam budynki, otoczone pionowymi kolumnami światła,
jakiego jeszcze w życiu nie widziałem. Były tam ogromne, zapierające dech w piersiach budynki,
uwieńczone iglicami, strzelającymi wysoko w niebo. Miękkie, pierzaste, obłoki, pastelowo-różowe,
żółte i złote zdawały się oświetlać cały Ogród. Przypomniały mi owe cudownie różowo-złote
zachody słońca nad górami. Z budynków wyrastały w niebo kolumny delikatnego, rozproszonego,
różowawego światła. Chciałbym umieć namalować niebiańskie piękno tych budynków i iglic.
Kiedy śledziłem wzrokiem bieg ścieżki zauważyłem, że zbliżyli się do nas dwaj ludzie. Stali oni na
ścieżce, twarzami zwróceni ku miejscu, gdzie wylądowała nasza trójka. Zaczęli podchodzić do nas
wolnym krokiem. Długie, gęste, srebrnobiałe brody, sięgały im niemal do pasa. Uśmiechali się
radosnym, promiennym uśmiechem. Trochę chyba łysieli, a wokół głów powiewały ich
srebrnobiałe włosy. Obaj mieli na sobie ciężkie, sięgające ziemi, powiewające suknie, utkane z
szorstkiego płótna. Niespecjalnie wysocy, byli jednak dość rośli. Każdy z nich miał w ręku długą
laskę, jakby po prostu właśnie wybrali się na spacer i przypadkiem znaleźli się w miejscu naszego
lądowania. Szli powoli, co jeszcze dodawało im majestatu. Może dlatego tak wolno szli, aby Joshua
mógł przyzwyczaić się do nowego otoczenia i przypomnieć sobie, czego nauczała go jego religia.
Dwaj mężczyźni zbliżyli się do zdumionego Joshui i odwrócili się twarzami do budynków
widniejących w oddali. Puściłem Joshuę, a obaj mężczyźni z kolei chwycili go za ręce. Przepełniała
go radość i jednocześnie zdumienie. Najlepiej chyba opiszę jego stan słowami “absolutnie
ekstatyczna obawa”. Potem wszyscy trzej poszli ścieżką, wijącą się między drzewami, kierując się
ku pastwisku i dalekim budynkom.
Kiedy tak stałem i patrzyłem jak się oddalają, uświadomiłem sobie, jak silne emocje narastały we
mnie od chwili spotkania Joshui. Od samego początku trzymałem je w ryzach, a teraz zaczęły
wypływać i musiałem się im poddać. Trudno mi wyrazić słowami, jaką ogromną ulgę i
wdzięczność czułem. Nagrywając moje wrażenie na taśmę, musiałem wielokrotnie przerywać,
zanim znów mogłem mówić dalej. Opowiedziałem wszystko, co się wydarzyło i znów poczułem
niewysłowioną wdzięczność dla wszystkich Przewodników i Pomocników, którzy towarzyszyli mi
do tej pory. Umilkłem, niezdolny do wypowiedzenia jednego więcej słowa, a łzy radości spływały
mi po policzkach. Nie byłem w stanie powiedzieć nic więcej. Po prostu leżałem tam i płakałem.
Przewodnik: “Chodźmy do twojego miejsca”.
Bruce: €œW porządku”.
KLIK: I nagle byliśmy tam. Żadnego ruchu, po prostu nagle tam byliśmy. Grupa, którą widziałem
tam poprzednio, wciąż na mnie czekała. Siedzieli na krzesłach wokół mojego stołu.
Przewodnik: “Odpocznij sobie teraz. Zwyczajnie pozwól sobie na odpoczynek”.
Odprężyłem się i poczułem, że coś się we mnie zmienia. Nie siedziałem już na krześle, lecz leżałem
płasko na plecach, a na dodatek zmieniłem się w coś w rodzaju dwuwymiarowej istoty. Czułem, że
mam zamknięte oczy i leżę na ogromnej, obrotowej platformie, która obraca się powoli, jakbym
leżał na wielkiej karuzeli, z głową skierowaną ku środkowi, a nogami na zewnątrz. Czułem, jakbym
obracał się powoli leżąc tam na plecach. Zacząłem się uspokajać.
Wciąż mówiłem do magnetofonu, aż załamał się mi głos, a po twarzy spłynęły łzy radości i
wdzięczności. Wtedy głos Monroe’a nagrany na taśmie przypomniał mi, żebym zostawił za sobą
wszelkie emocjonalne energie i wrócił do C-1.
Przewodnik: “Odpręż się, Bruce. Nie próbuj nic robić. Niech głos Boba i dźwięki z taśmy zrobią
wszystko za ciebie. Będę ci towarzyszył w drodze powrotnej do C-1. A ty tylko leż i nie rób nic
więcej”.
Bruce: “Dobrze, z miłą chęcią”. Wrażenie obracania się sprawiło, że coraz bardziej się uspokajałem.
Poszedłem za wskazówkami Przewodnika i nie ruszałem się, ani nie zwracałem żadnej uwagi na
proces powracania do C-1. Wciąż obracając się wolno, zacząłem dostrzegać powiązania między
moją sarkoidozą a śmiercią Joshui, spowodowaną zakażeniem wątroby. Kiedy to do mnie dotarło,
dostrzegłem zasady, którymi się to wszystko kierowało.
Joshua, część mnie samego, został na tym łóżku, wijąc się z bólu, przez wieki całe nieświadomy
swej własnej śmierci. Jesteśmy częścią tej samej istoty, dlatego w pewien sposób jesteśmy ze sobą
złączeni. Wynikiem tego, jest fakt, że nasze osobiste doświadczenia wpływają na nas wzajemnie.
Sarkoidoza jest medyczną tajemnicą. Przyczyna tej choroby jest nieznana, nie wiadomo też jak ją
leczyć. Widziałem ranę zadaną włócznią i zakażenie, jakie spowodowała, co by wyjaśniało infekcję
w mojej własnej wątrobie. Wspomnienie tej rany i zakażenia wyraziło się w moim fizycznym ciele.
W mym obecnym życiu niosłem ze sobą wspomnienie zakażenia, jakiemu uległa część mnie, wieki
temu. Niosłem ze sobą to wspomnienie w moim obecnym, fizycznym ciele. Tylko, że teraz nie
miałem żadnej rany czy infekcji, która mogłaby wyrazić tamto wspomnienie, dlatego też
zachorowałem na tę rzadką, niewyjaśnioną chorobę, nazywaną sarkoidozą.
Zanim dotarłem do C-1, zrozumiałem, że ta część procesu uczenia się, jak służyć pomocą Tu, w
Tym Życiu, może mi pomóc w mojej obecnej fizycznej egzystencji. Odzyskując części siebie
samego, przypominając je sobie i wyrażając je, miałem szansę uleczenia siebie. Uleczenie to,
mogło mieć charakter fizyczny, psychiczny lub duchowy, w zależności od tego, czego potrzebowała
część mnie, którą właśnie odzyskałem.
Kiedy opuszczałem moje pomieszczenie CHEC, wciąż jeszcze znajdowałem się pod ogromnym
wrażeniem doświadczenia z Joshuą. Streściłem je krótko memu współlokatorowi, ale emocje znów
wzięły górę i znów nie mogłem mówić. Przez całą sesję nie mówiłem wiele. Czułem się
emocjonalnie rozchwiany i trochę jakby odrętwiały.
Kiedy podzieliliśmy się na mniejsze grupy dyskusyjne, usiadłem cicho i słuchałem jak inni
opowiadali o swoich doświadczeniach. W pewnym momencie jeden z uczestników zadał pytanie.
– Jaki jest sens w tym, co robimy? Idę do Focusa 23, chwytam kilku z nich i wyciągam do Focusa
27. Nigdy nie zdołam wydostać ich wszystkich. Czuję się, jakbym chodził do Focusa 23 z
ciężarówką, ładował na nią kupę gówna i wyładowywał to wszystko w Focusie 27.
Byłem obudzony i zdegustowany tym, że ktoś mógł postrzegać odzyskiwanie części siebie samego,
jako niekończące się ładowanie na ciężarówkę góry tałatajstwa. Kaznodzieja, ukryty gdzieś we
mnie, chciał wskoczyć na kazalnicę, przejąć pałeczkę i zacząć pouczać. Włączyłem się spokojnie
do dyskusji, która potem wynikła i zapytałem, czy mógłbym omówić tę kwestię. Skinąłem ku
Rebece, nauczycielce, która kierowała naszą rozmową. Wiedziałem, że widziała ogień, jaki
rozbłysnął w moich oczach.
Kiwnęła głową bez słowa, a ja otrzymałem imp: “Powiedz mu do słuchu, Bruce”.
Opowiadałem historię odzyskania Joshui, cały czas patrząc tamtemu prosto w oczy. Skończywszy
powiedziałem mu, że nie mam żadnych wątpliwości co do tego, iż moja sarcoidosis już zaczęła
ustępować. Czułem energię wirującą w mojej wątrobie i w prawnym boku. Kaznodzieja we mnie
płonął i nie brał jeńców.
Nic więc dziwnego, że biedak poczuł się cokolwiek zaszczuty. W swojej obronie powiedział, że
przeszedł terapię, przeprowadzoną za pomocą hipnozy regresywnej i wydała mu się ona łatwiejsza i
mniej skomplikowana niż odzyskiwania. Pamiętam jak patrzyłem przez niego i mówiłem, a w
moich słowach brzmiał sarkazm, że gdybym był w jego punkcie rozwoju, może reagowałbym tak
samo. Ale w każdym razie czułem, że to, co robiłem było właściwe. Biedak. Byłem tak oburzony,
że naprawdę pofolgowałem sobie jego kosztem. Ale przecież, postrzeganie części siebie samego,
które zagubiło się gdzieś po drodze, za kupę nieczystości, wydawało mi się oburzające! Jestem
pewien, że oni też poczuliby się obrażeni!
Po krótkiej przerwie nasza grupa zgromadziła się w dużej sali konferencyjnej, aby omówić następną
taśmę. To ćwiczenie miało być kolejną wizytą w Focusie 27, podczas której mieliśmy badać Życie
po Życiu. Spodziewałem się, że albo tam wrócimy, albo będziemy musieli odzyskać jakąś następną
część siebie. Sądziłem, że może jest to potrzebne do całkowitego wyleczenia mojej sarkoidozy.
Tym razem przeniosłem się do mojego miejsca w Focusie 27, spodziewając się zastać tam
Przewodnika, który poprowadziłby dalej poprzednie ćwiczenie. Po raz pierwszy miałem
jakiekolwiek wrażenie ciągłości ćwiczeń, nagranych na różne taśmy. Kiedy Przewodnik zbliżył się i
zatrzymał z lewej strony, pomyślałem o jej symbolicznej naturze. Według niektórych nauk
ezoterycznych, lewa strona ciała człowieka jest stroną kobiecą. Przyszło mi na myśl, że Przewodnik
zatrzymujący się z tej właśnie strony, chce w jakiś sposób wyrazić to, jak ja sam odbieram
informacje. Zdawało się, że informacje przechodzą przez kobiecą (lewą) stronę mego ciała, a
dopiero potem kierują się do męskiej (prawej). Przez umysł przebiegały mi myśli typu, kobiecość to
intuicja, męskość to logika. Dopiero za chwilę byłem w stanie zacząć rozmowę z Przewodnikiem,
wciąż stającym po mojej lewej stronie.
Bruce: “Co tym razem, idziemy do kręgu, czy odzyskujemy kolejną część mnie?” W jakiś sposób
nie byłem zdziwiony, gdy stwierdziłem, że Przewodnik zignorował moje pytanie.
Przewodnik: “Idź za mną do Ogrodu. Sprawdzimy jak się ma Joshua”.
KLIK: Żadnego wrażenia ruchu czy czasu, po prostu nagle byliśmy w Ogrodzie.
Znajdowaliśmy się jakieś trzy metry nad ziemią, unosząc się nad brązowawymi budynkami.
Widziałem brukowane ulice w delikatnych kolorach beżu i brązu. Wszystko rozświetlała jasność
nie rzucająca cieni, jakby cały czas, na bezchmurnym niebie świeciło południowe słońce.
Zbliżaliśmy się do budynku z ogromnym dachem w kształcie kopuły, który musiał być czymś w
rodzaju świątyni. Zatrzymaliśmy się dokładnie pośrodku kopulastego dachu świątyni i spojrzeliśmy
do środka, przez dach. Wyglądało to, jakby pewna część dachu była przezroczysta. Patrząc w dół,
widziałem całe wnętrze świątyni.
Obok piaskowego koloru ołtarza stało dwóch starców, którzy wyszli nam na spotkanie, kiedy
przyprowadziliśmy Joshuę. Na tym ołtarzu umieścili Joshuę; leżał na plecach, a oni do niego coś
mówili. Patrzyłem i słuchałem jak wyjaśniali, że w Ogrodzie znano wszystkie najnowsze
osiągnięcia medycyny, że lekarze posiedli wiedzę i umiejętności, wykraczające poza najśmielsze
marzenia lekarzy z czasów życia Joshui na Ziemi.
Wyjaśnili mu dalej, że jego raną zajmie się zespół najlepszych lekarzy w Ogrodzie. Patrząc na jego
ciało, wyraźnie widziałem w jego prawym boku, tuż pod żebrami, wielką, ziejącą dziurę,
wypełnioną ropą. Starcy powiedzieli Joshui, że kiedy jego rana zostanie całkiem uleczona, na jego
ciele nie zostanie po niej nawet najmniejsza blizna. Tak wspaniale ją wyleczą, powiedzieli mu, że
będzie miał wrażenie, iż nigdy jej nie odniósł. Słuchając ich i widząc, jak Joshua reaguje na ich
słowa, czułem jego niepomierne zdumienie, że coś takiego w ogóle jest możliwe.
Starcy wyjaśniali mu dalej, że znieczulili go już wcześniej i nie poczuje żadnego bólu. Zachęcili go,
żeby obserwował pracujących przy jego ranie uzdrowicieli. Słuchając ich czułem, że robili
wszystko, co w ich mocy, aby tylko przekonać Joshuę, iż proces uleczania jego rany dzieje się
naprawdę. Jeśli chodziło o samego Joshuę natomiast, to przecież miał prawdziwą ranę, ‚którą
naprawdę należało wyleczyć. Jego doświadczenie, jako człowieka żyjącego fizycznym życiem na
Ziemi, mówiło mu, że taka rana wymaga długiego procesu leczenia. Byłem pewien, że starcy
równie dobrze mogli sprawić, aby rana zniknęła na oczach Joshui. Lecz tego typu cudowne
uleczenie nie spełniłoby jego oczekiwań. Mogłyby powstać wtedy gdzieś tam, głęboko w nim,
wewnętrzne blizny zwątpienia. Uzdrawiając go w sposób, jaki wybrali, nie tylko uleczyliby
zewnętrzne, lecz również wewnętrzne, psychiczne skutki rany. Zafascynowało mnie to, jaką
dogłębną znajomość ludzkiej psychiki posiedli ci dwaj. Zdawali sobie sprawę z tego, że wszystkie
uczucia Joshui, dotyczące jego rany, należało uleczyć z taką samą starannością, jak samą ranę.
Nagle gwałtownie i z hukiem otworzyły się podwójne drzwi znajdujące się u stóp ołtarza. Do
pomieszczenia wmaszerowały dwa rzędy chirurgów, po trzech w każdym, ubranych we
współczesne kitle i rękawice. Równiutko, z precyzją kompanii honorowej, zbliżyli się do ołtarza.
Zatrzymali się, ustawili w dwóch rzędach, po obu stronach ołtarza, jakby stanęli przy stole
operacyjnym. Widziałem, że Joshua był całkowicie i kompletnie zaskoczony ich nagłym
pojawieniem się. Patrzył, jak delikatnie oczyszczali, przepłukiwali i zszywali otwartą ranę.
Specjalnie postarali się, aby Joshua wszystko dokładnie widział.
Tak bardzo zaabsorbowała mnie cała scena, że zupełnie zapomniałem o Przewodniku, który mnie
tam przywiódł. Jego głos zaskoczył mnie.
Przewodnik: “Rozumiesz?”
Bruce: “Tak. Joshua musi uwierzyć, że jego rana została całkowicie uleczona według jego pojęć,
zanim zostanie ona naprawdę uleczona. Trzeba to zrobić tak, aby przekonał się o tym w sensie
fizycznym. Kiedy zobaczy swoje własne ciało i gładką skórę, bez śladu dawnej rany, wtedy jego
uleczenie będzie całkowite. Ale to musi się stać tak, jak to się działo za jego fizycznego życia. Musi
być dla niego wiarygodne. Brak blizny Joshua może zaakceptować, ponieważ znajduje się w
Ogrodzie, czyli Niebie, gdzie wszystko jest możliwe. Scena odegrana przez chirurgów i
ówczesnych uzdrowicieli ma mu zapewnić podstawy dla jego wiary. W pewnym sensie Joshua
oszukał sam siebie i uwierzył w uleczenie, gdyż wie, że znajduje się w Niebie, gdzie wszystko
można zrobić. I tu jest związek z moją sarkoidozą. Gdyby, na przykład, Joshua ponownie narodził
się, przed całkowitym uleczeniem, do nowego życia i nowego fizycznego ciała, przyniósłby pamięć
tej rany. Każda szczątkowa pamięć o tej ranie miałaby wpływ na to ciało. Moje własne ciało i ta
dziwna choroba, której przyczyny, ani sposobu uleczenia nie zna nikt, jest przykładem tego, co by
się stało”.
Przewodnik: €œWracamy do ciebie”.
KLIK: Znów byliśmy w moim miejscu w Focusie 27. Grupa wciąż tam była, wciąż siedzieli na
moich krzesłach.
Przewodnik: “Odpocznij teraz. Nie staraj się nigdzie iść. Niech dźwięki z taśmy zrobią wszystko za
ciebie”.
Bruce: W porządku”. Kurcze, ci goście naprawdę mówią prosto z mostu.
Tym razem nie doświadczyłem owego dwuwymiarowego wrażenia wirowania co ostatnim razem.
Tym razem był to całkiem inny cykl obrotów. Czułem, jakbym stał się kulą różnokolorowego
światła, wirującą przez moje ciało wzdłuż swojej własnej, pionowej osi. Oś ta była w jakiś sposób
przymocowana do zewnętrznego brzegu wielkiego dysku, a jednocześnie prostopadła względem
niego. Wielki dysk również obracał się wokół swej własnej osi, a ogólne wrażenie całościowe było
dość szczególne; jakbym nieustannie obracał się w przeciwną stronę, tylko nie miałem pojęcia do
czego przeciwną. Nie odczuwałem żadnych zawrotów głowy ani teraz, ani wtedy, gdy miałem
wrażenie dwuwymiarowości na obracającym się dysku. Czasami czułem, że nie jestem jedyną kulą
kolorowego światła kręcącego się na tym dysku. Nie widziałem pozostałych, po prostu czułem ich
obecność.
Dość mi się podobało to dziwaczne uczucie wirowania, nie zwróciłem nawet większej uwagi na
głos Monroe’a z taśmy, nakłaniający do powrotu do C-1. W końcu jednak wyruszyliśmy w drogę
powrotną, podczas której odczuwałem niewielki fizyczny ból, na wysokości mniej więcej Focusa
15, obszaru bez czasu, ból umiejscowił się po prawej stronie klatki piersiowej, trochę powyżej
miejsca, gdzie znajdowała się rana Joshui, gdzieś w okolicach górnej części prawego płuca. Nagle
wyraźnie poczułem, że znajduję się w palącym się budynku, a dym i żar niszczą moje płuca. W
moim obecnym życiu nigdy nie znalazłem się w płonącym budynku. Miałem wrażenie, że tego, kim
byłem w tym palącym się domu, również trzeba było’ odnaleźć i odzyskać. Idąc za radą
Przewodnika, który zakazał mi przecież podróżowania, postanowiłem zająć się tym później. Kiedy
dotarliśmy do C-1, poczułem, że znów jestem po właściwej stronie. Raz na jakiś czas celowo
skupiałem uwagę na tej części mego ciała, gdzie znajdowała się rana Joshui. Czułem wtedy coś w
rodzaju prądów energetycznych, przebiegających przez ten obszar. Skądś wiedziałem, że są to
oznaki trwającego właśnie procesu uzdrawiania, i jak Joshua byłem pewien, że zakończy się on
szczęśliwie. Wiedziałem, że moja sarkoidoza zostanie wyleczona.
Później tego wieczoru, już w łóżku, przypomniałem sobie ból, który odczułem mijając Focus 15.
Postanowiłem posłużyć się Energią Delfina, aby odnaleźć i uleczyć tę część mnie samego, od której
promieniował ten ból. Przywołałem mego delfina uzdrowiciela, Decky: zasypiając, wyobraziłem
sobie jak Decky odpływa w poszukiwaniu tej nieznanej części mnie, gdziekolwiek ona była.
Podczas ostatniej sesji całej grupy, siedząc jak zwykle z przodu, ogarnęło mnie poczucie, że
wszyscy uczestnicy programu Linia Życia są doskonali tacy jacy są. Przypomniałem sobie dziwnie
silne odczucie osądzania, które towarzyszyło mi podczas jazdy samochodem z lotniska, jeszcze
przed rozpoczęciem programu. Zrozumiałem, że wtedy zdenerwowało mnie najbardziej owo
trywialne i żartobliwe podejście moich współpasażerów do czegoś, co dla mnie było świętą,
duchową podróżą. Czekając na tę ostatnią sesję uświadomiłem sobie, że mój własny bagaż religijny
w jakiś sposób izolował mnie od innych, czysto ludzkich zachowań. Obserwowałem jak inni
odgrywają te role mego ludzkiego ja, które ja zawsze tłumiłem w sobie i oddzielałem od mej
duchowej wędrówki. Mój własny rytuał religijny nie pozwalał mi na zintegrowanie tego, co
postrzegałem jako moje duchowe ja, z moim ludzkim ja.
W religiach fundamentalistycznych najbardziej nie podobało mi się to, że okazały się być tą częścią
mnie, którą odrzuciłem. Żyjąc według zasad, które stały się dla mnie klapkami na oczach, nie
pozwoliłem, aby moje ludzkie ja zdobyło jakakolwiek duchową wiedzę lub zrozumienie. Nic więc
dziwnego, że duchowe złączenie z wszechświatem mogłem odczuwać jedynie podczas
zrytualizowanych duchowych obrządków. Poza nimi mogłem kłamać, oszukiwać, kraść i niszczyć
planetę bezkarnie. Jednak jakoś nigdy te aspekty życia nie wystąpiły u mnie, nie miałem więc z
nimi problemu. Siedząc wtedy w sali i czekając na rozpoczęcie ostatniej sesji, w jednej sekundzie
uświadomiłem sobie, że wszyscy pozostali uczestnicy programu odzwierciedlali mnie samego, gdyż
po prostu byli tacy, jacy byli. Byli po prostu częścią szerszego ja, którego istnienie właśnie
zacząłem sobie uświadamiać.
kosmos-lew-fiolet-h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s