Podróż poza wszelką wątpliwość

  elvenstar-3d-wallpaper-1152x864Fragment „Podróży poza wszelką wątpliwość”, B. Moena:

Wahunka i wspólne rzeczywistości alternatywne
Zaraz po przybyciu do Wirginii odbyłem z Rebeką rozmowę, w której pojawiło się zagadnienie
wspólnych rzeczywistości alternatywnych. Rebeka czytała artykuł Charlesa Tarta, naukowca
badającego tę kwestię, i wyjaśniła mi wszystko, opowiadając o jego doświadczeniach. Nasza
rozmowa była dla mnie czymś w rodzaju zarzucenia kotwicy po dopłynięciu do wyspy, którą
nazwałem Wahunka.
Tart badał dwóch studentów-wolontariuszy, którzy doskonale poddawali się hipnozie; czyli szybko
zapadali w głęboki trans. Na początku jeden z nich hipnotyzował drugiego, a potem drugi
hipnotyzował pierwszego. Hipnotyzowali się na przemian, póki obaj nie znaleźli się w głębokim
transie. Wtedy Tart sugerował scenę, do której obaj mieli wkroczyć. Co też robili.
W jednym z tych eksperymentów Tart zasugerował im piaszczystą plażę nad oceanem. Obaj
studenci stwierdzili, że znajdują się na plaży. Nie tylko wyobrażali sobie, że tam są, ale naprawdę
byli razem, na najprawdziwszej plaży nad oceanem. Jak sobie przypominam, widzieli, słyszeli i
wyczuwali się wzajemnie na tyle, że mogli razem pływać w wodzie, która dla nich była zupełnie
rzeczywista. Mówili, że pod stopami czują piasek. Podrzucali piłkę plażową. Ich zdaniem, byli na
plaży w odmiennej rzeczywistości, identycznej z ich światem fizycznym. To właśnie jest wspólna
rzeczywistość alternatywna.
Wyglądało to jak niewiarygodnie fascynujące, zabawne doświadczenie, natychmiast więc
rozpoczęliśmy rozmawiać o tym jak sami moglibyśmy dokonać tego eksperymentu na sobie
wzajemnie. Powiedziałem, że oboje moglibyśmy zacząć od wyobrażenia sobie czegoś, co istniało w
świecie niefizycznym, i to, cokolwiek by to było, mogłoby dać nam podstawy do stworzenia naszej
własnej, wspólnej rzeczywistości alternatywnej, podobnej do tej, jaką opisywali studenci Tarta.
– A co by to miało być? – zapytała Rebeka.
– Może duża pomarańczowa piłka? Coś wielkości piłki plażowej.
– Duża pomarańczowa piłka? Wy, inżynierowie i wasza żywa wyobraźnia!
– Od czegoś przecież trzeba zacząć! Jeśli chodzi tylko o to, żebyśmy oboje wyobrazili sobie to
samo, to czemu nie dużą pomarańczową piłkę? To będzie niewielka wspólna rzeczywistość
alternatywna, ale dobre i to na początek, zapewniam cię.
– A gdzie mamy ją zobaczyć?
– Stańmy jakiś metr od siebie i wyobraźmy ją sobie w powietrzu między nami.
Stanęliśmy naprzeciw siebie i spróbowaliśmy wyobrazić sobie dużą pomarańczową piłkę,
zawieszoną w powietrzu między nami. Wydało mi się, że widzę coś w tym rodzaju, ale przecież nie
mogła to być owa piłka! Nie wydarzyło się nic niezwykłego. Nie wkroczyliśmy wtedy w żadną
wspólną rzeczywistość alternatywną. Tak naprawdę to oboje zaczęliśmy się śmiać z głupoty całego
tego pomysłu i przestaliśmy się nim zajmować.
Kilka tygodni później powiedziałem Rebece o tym dziwacznym odczuciu, które nawiedzało mnie
od lat siedemdziesiątych, a które mogłem, według woli, jakby włączać i wyłączać. Trudno je
opisać. Kiedy chciałem je włączyć, czułem u podstawy czaszki, dokładnie tam, gdzie kończy się
kręgosłup, a zaczyna czaszka, coś w rodzaju łagodnej, elektrycznej, bliżej nieokreślonej kuli
czegoś. Nie miałem pojęcia, co to mogło być ani do czego mogło służyć, ale od samego początku
byłem ciekaw tego zjawiska.
Rebeka potrafiła świetnie wyczuwać najróżniejsze stany świadomości,
pomyślałem więc, że mogłaby mi pomóc rzucić na to jakieś światło.
– Czy możesz poczuć to w tej chwili? – zapytała.
– Pewnie, muszę tylko zamknąć oczy i wyczuć ten punkt u podstawy czaszki.
– No to już, włącz to, a ja zobaczę co się z tym da zrobić.
Rebeka zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Ja również zamknąłem oczy i starałem się poczuć
owo delikatne elektryczne wrażenie. Kiedy mi się to udało i skupiłem się na nim, dziwne poczucie
zintensyfikowało się, jak zwykle.
– Hmm… zostałam wyrzucona w tunel! – odezwała się Rebeka.
Otworzyłem oczy i wyłączyłem dziwne uczucie.
– Nic ci nie jest? – zapytałem trochę zaniepokojony.
– Chyba nie. Spróbujmy jeszcze raz. Znów zamknąłem oczy, skupiłem się na owym uczuciu i znów
je zintensyfikowałem.
– Znów jestem w tunelu, poruszam się bardzo szybko – powiedziała. – Nie przerywaj jeszcze przez
jakiś czas.
Nagle, ja również ujrzałem przesuwające się szybko ściany tunelu, szerokiego na jakieś dwa metry.
Miały niejednolitą, ziarnistą powierzchnię i mknęły tak szybko, że nie mogłem dostrzec żadnych
szczegółów.
– Ja też jestem w tunelu!
– Mój tunel właśnie skręcił w dół i w prawo – poinformowała mnie Rebeka.
Mój zrobił to samo jeszcze zanim zdążyła wypowiedzieć do końca te słowa. Wciąż byłem skupiony
na moim dziwnym wrażeniu i jednocześnie patrzyłem na śmigające po moich bokach ściany tunelu.
Potem mój tunel skręcił w górę pod kątem 90°, a ja nadal w nim tkwiłem, automatycznie podążając
wraz z nim.
– Czy ty też właśnie skręciłaś ostro w górę? – zapytałem.
– Tak! – i po kilku sekundach dodała – Ściany się zmieniły, mają teraz coś w rodzaju wzoru, jakby
były zrobione z cegieł.
– Moje też!
Wciąż pędziliśmy tunelem, aż przestałem odczuwać owo dziwne wrażenie. Jak tylko ponownie
skupiłem się na nim, uczucie pędu przez tunel powróciło. Przebywaliśmy w nim jeszcze przez
jakieś pięć minut, lecz potem nie potrafiłem już znów przywołać tego uczucia, więc zatrzymaliśmy
się.
Kilka tygodni później siedzieliśmy sobie w gorącej kąpieli. Zbliżała się północ, na ciemnym niebie
świeciły jasno gwiazdy.
– Bruce – odezwała się Rebeka – spróbujemy jeszcze raz, to znaczy, mam na myśli to twoje dziwne
uczucie w karku.
– Dobrze – zgodziłem się. – Wiesz co, chyba powinienem jakoś to nazwać, bo znudziło mi się
wciąż to nazywać “to dziwne uczucie u podstawy czaszki”.
– A masz już jakąś nazwę?
– Może “Wahunka”? – nazwa po prostu pojawiła mi się w głowie.
– Wa… co?
– Wahunka.
– Dobrze, czemu nie Wahunka! – roześmiała się.
Zamknąłem oczy, skupiłem się na Wahunce i poczułem jak rośnie i intensyfikuje się wrażenie
owego czegoś u podstawy czaszki. W ciągu piętnastu czy dwudziestu sekund, z rozmiaru mniej
więcej winogrona, urosło do rozmiarów piłki tenisowej, i zmieniło się. Nie czułem już łagodnego,
delikatnego wrażenia elektryczności, lecz raczej silny uścisk. Potem ujrzałem coś co leciało na
mnie z góry. Widziałem to moimi niefizycznymi oczyma. Olbrzymia, pomarańczowa kula pojawiła się nagle, nie wiadomo skąd, uderzyła bezgłośnie w wodę i pomknęła dalej, przez dno, ku środkowi Ziemi. Kiedy ponownie zdołałem otworzyć moje fizyczne oczy, okazało się, że Rebeka już dawno
otworzyła swoje.
– Widziałaś to, co ja? – zapytałem.
– Jeśli widziałeś ogromną pomarańczową kulę, coś w rodzaju pomarańczy wielkości piłki plażowej,
to owszem, widziałam to! – odparła.
– Ja też!
Wybuchnęliśmy szaleńczym śmiechem zdawszy sobie sprawę z tego, że właśnie wyszło nam małe,
zapomniane już ćwiczenie, które próbowaliśmy zrobić kilka tygodni wcześniej. Pojawiła się
pomarańczowa kula, co prawda nie całkiem taka, jaką sobie wyobrażałem wtedy, nie stała w
miejscu w powietrzu między nami, lecz spadła z nieba niczym kamień. Kiedy w końcu
zapanowaliśmy nad sobą, wróciłem do Wahunki.
– Jestem z powrotem w tunelu – oświadczyła Rebeka.
– Ja też!
Co dziesięć lub dwadzieścia sekund jedno z nas opisywało jak najzwięźlej co widzi. Tunel zmienił
kierunek, strukturę, barwę i wzór. Potem w ogóle z niego wyszedłem i znalazłem się w niewielkim
pokoju. Był to bardzo wyrazisty, kolorowy obraz pokoju wielkości mniej więcej trzydziestu metrów
kwadratowych, z tak wysoko położonym sufitem, że nie byłem w stanie go dojrzeć. Pod przeciwną
ścianą, twarzą do niej, stała kobieta, której nie znałem. Zrobiłem kilka kroków w lewo, żeby móc
lepiej jej się przyjrzeć.
– Jestem w pokoju. Widzę jakąś kobietę. Stoi twarzą do ściany, w odległości jakiegoś metra od niej
– poinformowałem Rebekę.
– Ja też jestem w pokoju. Stoję pod ścianą, patrzę w górę na światło rozświetlające cały pokój –
odparła Rebeka.
– Na lewe ramię kobiety pada promień światła – opisywałem dalej. Ujrzałem jak kobieta odwraca
głowę, jakby chcąc spojrzeć na swoje lewe ramię, a potem z powrotem zwraca wzrok ku górze, ku
źródłu światła.
– Tak, światło pada na moje lewe ramię. Kobieta odwróciła głowę i zatrzymała wzrok dokładnie na
mnie.
– Czy to ty stoisz w rogu pokoju?
– Tak – pomachałem do niej niefizyczną ręką. – Ten w kącie to ja i macham do ciebie!
– Ja też tu stoję i też macham do ciebie! – odparła.
– Czy przed tobą jest kominek? Stąd wygląda to właśnie jak kominek.
Niefizyczną Rebeka uklękła, spojrzała na kominek, a potem, wciąż na klęczkach, zaczęła iść w jego
kierunku.
– Nie, to nie kominek. To raczej jakiś inny tunel – powiedziała, weszła do środka i zniknęła w nim.
Podszedłem bliżej, opadłem na kolana i wczołgałem się za nią do środka. Kiedy wyszedłem po
drugiej stronie, okazało się, że znajduję się wysoko w powietrzu i spoglądam w dół na przepiękny,
okrągły, głęboki, błękitny staw. Otaczała go kompletna ciemność. Z mojego punktu
obserwacyjnego, jakieś sto metrów nad stawem, wyraźnie widziałem metalowy pierścień o średnicy
mniej więcej pięćdziesięciu metrów. Tuż nad powierzchnię wody wystawało około dwudziestu
niewielkich, złotawych rurek, rozmieszczonych po okręgu w jednakowej odległości od siebie.
– Jak daleko jesteś od stawu? – zapytałem.
– Tuż nad powierzchnią wody. Widzę cały staw i coś w rodzaju małych rurek, które wystają z wody.
– Chyba jestem trochę wyżej niż ty. Widzę staw i całkiem sporą przestrzeń wokół niego; jest
zupełnie czarna.
Ze wszystkich rurek wystrzeliły jednocześnie maleńkie płomyczki, niczym płomienie świec.
Rozpłynęły się ku brzegom stawu i stawały się coraz większe, aż osiągnęły wielkość mniej więcej
półtora metra. W punkcie styku z rurkami płomienie były szerokie, a ku górze zwężały się i
kończyły delikatnym języczkiem ognia. U podstawy były na tyle szerokie, że niemal stykały się ze
sobą. Były kolorowe, jak płomienie świec, żywo czerwone, żółte i pomarańczowe, porywająco
piękne na tle głębokiego błękitu wody. Patrząc na płomienie uświadomiłem sobie, że widzę obraz
do złudzenie przypominający doskonały kwiat lotosu.
– Płomienie na stawie wyglądają jak kwiat lotosu – usłyszałem głos Rebeki.
Potem płomienie uleciały w górę w jednym rozbłysku światła. Znad stawu uniosła się kolumna
pięknych płomyków wielkości płatków kwiatu, przeleciała błyskiem obok mnie i strzeliła w górę
jak daleko okiem sięgnąć.
– Czy ty też widzisz kolumnę płomyków unoszącą się ze stawu? – zapytałem.
– Piękne, prawda? – odparła Rebeka.
Zawisłem w powietrzu, obserwując ścianę płomyków, póki nie przestałem czuć Wahunki. Wtedy
cały obraz zniknął. Otworzywszy moje fizyczne oczy, zdałem sobie sprawę, że Rebeka swoje ma
wciąż zamknięte. Nie odzywałem się póki ich nie otworzyła.
– Co to było? – zapytałem niecierpliwie.
– Powiedziałabym, że znajdowaliśmy się we wspólnej rzeczywistości alternatywnej – brzmiała jej
odpowiedź.
Musieliśmy porównywać notatki chyba przez jakieś pół godziny, opowiadając sobie co każde z nas
widziało i czuło. To było tak niezwykłe, ciekawe doświadczenie, że oboje jeszcze przez długi czas
razem badaliśmy wspólne rzeczywistości alternatywne. Wahunka stała się czymś w rodzaju gry. Dla
uczczenia badań Charliego Tarta i gorącej kąpieli, kiedy to po raz pierwszy doświadczyliśmy
wspólnej rzeczywistości alternatywnej, nazwaliśmy ową grę “Zmodyfikowaną gorącą kąpielą
Charliego”. Grałem w nią z dwoma bądź nawet ośmioma osobami jednocześnie. Zasady
“Zmodyfikowanej gorącej kąpieli Charliego” są proste. Każdy uczestnik odpręża się i zamyka oczy.
Włączam Wahunkę i czekam aż osiągnie swą pełną moc. Wtedy wszyscy po kolei opisują, możliwie
jak najzwięźlej, wszystkie doznawane wrażenia. W ciągu pięciu minut od rozpoczęcia gry wszyscy
znajdują się we wspólnej rzeczywistości alternatywnej. Czasami są to fantastyczne, surrealistyczne
sceny, takie jak ów staw i kolumna płomieni. Czasami przed naszymi oczami rozwija się cała
opowieść, niby scena z odległej przeszłości.
Istnieją jednak pewne efekty uboczne, kiedy eksperymentuje się z Wahunka, nic poważnego, po
prostu efekty uboczne. Pewnego dnia przygotowywałem właśnie mój ulubiony sos do spaghetti.
Jest to jedna z niewielu potraw w moim repertuarze kulinarnym, które naprawdę potrafię zrobić.
Kiedy sos zaczął się gotować, pomyślałem czy też Wahunka w jakiś sposób mogłaby na niego
wpłynąć. Nie zastanawiając się wiele, włączyłem ją i poczekałem aż urośnie w siłę. Czułem się
cokolwiek głupio, kiedy tak stałem nad garnkiem, mieszałem jego zawartość wielką drewnianą
łychą i myślałem, że stosuję energię Wahunki do gotowania zwykłego sosu do spaghetti, ale
przecież po to są eksperymenty, żeby się przekonać co się stanie. Minęło jakieś trzydzieści sekund,
kiedy zadzwonił telefon.
– Bruce, tu Rebeka, co ty robisz? – posłyszałem w jej głosie lekką irytację.
– Mój sławny sos do spaghetti, a co?
– I coś jeszcze? – zniecierpliwiła się.
– Ee… wiem, że to zabrzmi głupio, ale próbuję skupić Wahunkę w sosie – odpowiedziałem niepewnie.
– Tak myślałam!
– A co, co się stało? – zapytałem.
– Jestem w Instytucie, mam właśnie sesję. Siedzę przy konsolecie i monitoruję dźwięki Hemi-Sync.
Mam towarzyszyć tej kobiecie i pomagać jej w odkrywaniu.
– No?
– No i nagle coś mnie wepchnęło do tunelu. Ściany mkną obok mnie z taką prędkością, że zaledwie
mogę jeszcze myśleć o moich obowiązkach!
– A ja właśnie koncentrowałem się na Wahunce w moim sosie!
– Właśnie, ta sesja zajmie mi jeszcze jakieś trzy kwadranse. Czy mógłbyś przestać
eksperymentować ze swoim sosem póki tu nie skończę, a potem jeszcze dać mi czas na dojazd do
domu?
– Jasne! Wybacz, ale nie zdawałem sobie sprawy, że Wahunka będzie działała na odległość
piętnastu kilometrów.
– No cóż, teraz wiemy o tym oboje. Muszę wracać na sesję, porozmawiamy później.
Rebeka rozłączyła się, a ja wróciłem do mieszania sosu, tym razem bez Wahunki. Od tego czasu
jestem ostrożniejszy z eksperymentowaniem z Wahunka; robię to tylko razem z Rebeką lub
zawiadamiam ją o tym wcześniej. Wtedy po raz pierwszy Wahunka wywarła aż taki efekt na
odległość. Nauczyłem się, że praca z tego typu energetycznymi “zabawkami” wymaga
odpowiedzialności.
Nasze eksperymenty z Wahunka były czymś w rodzaju ćwiczenia jednego rodzaju mięśnia.
Przekonałem się, że mogę używać tego mięśnia jako narzędzia w badaniu Życia po Śmierci. Często
zdarza się tak, że przygotowawszy się do dokonania odzyskania lub zwyczajnego badania, włączani
go po prostu, co w ogromnym stopniu wyczula postrzeganie rzeczywistości niefizycznych.
Podobnie jak punkt Shee-una opisany w Podróżach w Nieznane, stal się on narzędziem
badawczym. Nie wiem tylko dokładnie skąd wziąłem owo narzędzie. Czuję po prostu, że Wahunka
jest czymś naturalnym, co wszyscy posiadamy; ja zwyczajnie miałem szczęście i zauważyłem ją.
Podobnie jak rzadko używany mięsień, u większości ludzi Wahunka jest bardzo słaba.
Podejrzewam, że kiedy rozwijałem umiejętności postrzegania rzeczywistości niefizycznych,
nieświadomie ćwiczyłem ów “mięsień”. Osiągnąwszy pewien poziom siły, zacząłem zauważać jego
obecność. Możliwe, że ci z was, którzy również znajdują się na tej ścieżce, zauważyli u siebie coś
podobnego. Niektórzy z was mogli zauważyć lekkie, jakby elektryczne wrażenie nacisku u
podstawy czaszki. Sądzę, że ci z was, którzy wybrali się w odkrywczą podróż poza granice świata
fizycznego, mogą któregoś dnia doświadczyć owego dziwnego uczucia, które opisuję. Jeśli tak się
stanie, to zachęcam was do poeksperymentowania. Znajdź sobie kogoś, z kim będziesz mógł
pracować, kogoś, kto nie pomyśli, że już ci całkiem odbiło, i wypróbujcie oboje Zmodyfikowaną
Gorącą Kąpiel Charliego. Jeśli okaże się, że oboje choćby w najmniejszym stopniu
doświadczyliście wspólnej odmiennej rzeczywistości, to będzie to znaczyło, że odkryliście wyspę
Wahunki leżącą daleko poza horyzontem świata fizycznego, na oceanie Życia po Śmierci.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s