Zapomniane obietnice

Fragment książki Carlosa Castanedy „odrębna rzeczywistość” ukazujący wpływ jaki  mają na nas złożone przyrzeczenia-obietnice …możemy ich nie pamiętać a jednak ich moc ciągle ma nad nami władzę i kieruje naszymi wyborami

73547

 

Przez trzy miesiące don Juan systematycznie unikał rozmów o strażniku. W tym czasie odwiedziłem go cztery razy. Za każdym razem wymagał ode mnie załatwienia jakiegoś sprawunku, a kiedy już się z nim uporałem, po prostu odsyłał mnie do domu. 24 kwietnia 1969 roku, podczas mojej czwartej wizyty, kiedy po kolacji siedzieliśmy przy piecu, w końcu udało mi się go dopaść. Powiedziałem mu, że jego postępowanie wobec mnie jest absurdalne: ja chcę się uczyć, a on nawet nie chce mnie widzieć. Musiałem zaciekle walczyć, żeby pokonać awersję do używania grzybów halucynogennych, a poza tym czułem, że – jak sam powiedział – nie mam czasu do stracenia.

Don Juan cierpliwie wysłuchał moich oskarżeń.

– Jesteś za słaby – powiedział. – Spieszysz się wtedy, kiedy powinieneś czekać, zwlekasz, gdy powinieneś się spieszyć. Za dużo myślisz. Teraz myślisz, że nie masz czasu do stracenia. Chwilę przedtem wydawało ci się, że nie chcesz już więcej palić. Twoje życie jest cholernie rozlazłe, nie jesteś wystarczająco zdyscyplinowany, żeby spotkać się z dymkiem. Jestem za ciebie odpowiedzialny i nie chcę, żebyś umarł jak jakiś cholerny głupek.

Poczułem się zakłopotany.

– Co mam robić, don Juanie? Jestem bardzo niecierpliwy.

– Żyj jak wojownik! Już ci mówiłem, wojownik bierze odpowiedzialność za swoje czyny, nawet za te najbłahsze. Twoje działanie wynika z myślenia, a to niedobrze. Nie udało ci się ze strażnikiem z powodu twoich myśli.

– Dlaczego mi się nie udało, don Juanie?

– O wszystkim myślisz. Myślałeś o strażniku i dlatego nie mogłeś go pokonać. Przede wszystkim musisz żyć jak wojownik. Myślę, że rozumiesz to bardzo dobrze.

Chciałem wtrącić coś na swoją obronę, ale don Juan gestem ręki kazał mi milczeć.

– Twoje życie jest dość zdyscyplinowane – ciągnął. – Właściwie nawet bardziej niż życie Pablita czy Nestora, uczniów Genaro, a jednak oni widzą, a ty nie. Bardziej zdyscyplinowane niż życie Eligia, a jednak on prawdopodobnie zacznie widzieć wcześniej niż ty. To jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Nawet Genaro nie może tego pojąć. Skrupulatnie wykonywałeś wszystko, co ci kazałem. Przekazałem ci wszystko, czego nauczył mnie mój dobroczyńca na pierwszym etapie nauki. Zasada jest dobra, poszczególnych kroków nie można zmienić. Zrobiłeś wszystko, co trzeba, a jednak nie widzisz, choć dla tych, co widzą, na przykład dla don Genaro, wyglądasz, jakbyś widział. Opieram się na tym, ale wprowadza mnie to w błąd. Ty zawsze odwracasz kota ogonem i zachowujesz się jak idiota, który nie widzi, co oczywiście tobie odpowiada.

Słowa don Juana bardzo mnie zmartwiły. Nie wiem czemu, ale byłem bliski łez. Zacząłem mówić o swoim dzieciństwie i zalała mnie fala litości dla siebie. Don Juan patrzył na mnie przez chwilę, po czym odwrócił wzrok. Było to przenikliwe spojrzenie. Poczułem, jakby objął mnie wzrokiem. Odniosłem wrażenie, jakby mnie delikatnie uciskały dwa palce, poczułem dziwne pobudzenie, swędzenie, przyjemny dreszcz w okolicy splotu słonecznego. Stałem się świadomy okolicy brzucha. Czułem tam ciepło. Nie mogłem dłużej mówić z sensem, a tylko mamrotać, więc zupełnie przestałem.

– Może chodzi o obietnicę – powiedział don Juan po długiej przerwie.

– Proszę?

– O obietnicę, którą złożyłeś kiedyś, dawno temu.

– Jaką obietnicę?

– Może ty mi powiesz. Pamiętasz, prawda?

– Nie pamiętam.

– Przyrzekłeś kiedyś coś bardzo ważnego. Pomyślałem sobie, że może właśnie ta obietnica powstrzymuje cię przed widzeniem.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Mówię o obietnicy, którą złożyłeś! Musisz o niej pamiętać.

– Jeśli wiesz, co to była za obietnica, to czemu mi nie powiesz, don Juanie?

– Nic ci to nie da, że powiem.

– Czy chodzi o obietnicę, którą złożyłem samemu sobie?

Przez chwilę pomyślałem, że może mówi o moim postanowieniu przerwania nauki.

– Nie. Chodzi o coś, co wydarzyło się dawno temu – powiedział.

Roześmiałem się. Byłem pewien, że don Juan prowadzi ze mną jakąś grę. Poczułem, że robię się złośliwy. Podekscytowała mnie myśl, że mogę oszukać don Juana, który – jak uważałem – wiedział o owej obietnicy równie mało, co ja. Byłem pewien, że działa po omacku i próbuje improwizować. Spodobał mi się pomysł zrobienia mu kawału.

– Czy chodzi o coś, co przyrzekłem mojemu dziadkowi?

– Nie – powiedział, a jego oczy błysnęły. – Nie chodzi też o to, co przyrzekłeś swojej kochanej babuni.

Śmieszna intonacja, z jaką wypowiedział słowo “babunia”, rozbawiła mnie. Pomyślałem, że don Juan zastawia na mnie jakąś pułapkę, miałem jednak ochotę grać do końca. Zacząłem wymieniać po kolei wszystkich ludzi, którym mogłem obiecać coś bardzo ważnego. Przy każdym z nich don Juan mówił nie. Potem skierował rozmowę na moje dzieciństwo.

– Czy twoje dzieciństwo było smutne? – zapytał poważnie.

Powiedziałem mu, że tak naprawdę nie było smutne, może trochę trudne.

– Każdy tak czuje – powiedział, patrząc na mnie znowu. – Ja również jako dziecko byłem bardzo nieszczęśliwy i przerażony. Trudno jest być Indianinem, bardzo trudno. Jednak wspomnienia tego okresu nie mają już dla mnie znaczenia, chociaż wtedy było naprawdę ciężko. Przestałem myśleć o trudnościach w swym życiu, zanim jeszcze nauczyłem się widzieć.

– Ja też nie myślę o dzieciństwie – powiedziałem.

– No to czemu cię zasmuca? Czemu chce ci się płakać?

– Nie wiem. Może kiedy myślę o sobie jako o dziecku, współczuję sobie i wszystkim ludziom. Czuję się bezbronny i smutny.

Utkwił we mnie wzrok i znowu w okolicy brzucha doświadczyłem dziwnego uczucia jakby dotyku delikatnie uciskających dwóch palców. Odwróciłem wzrok, a potem znowu spojrzałem na niego. Patrzył w dal poza mnie. Wzrok miał zamglony, nie skupiony na niczym.

– To była obietnica dzieciństwa – powiedział, przerywając ciszę.

– Co obiecałem?

Nie odpowiedział. Miał zamknięte oczy. Mimowolnie uśmiechnąłem się. Chociaż wiedziałem, że poruszał się po omacku, straciłem całą chęć zrobienia mu kawału.

– Byłem chudym dzieckiem – zaczął – i zawsze się bałem.

– Ja też – powiedziałem.

– Najlepiej pamiętam strach i smutek, które ogarnęły mnie, kiedy meksykańscy żołnierze zabili moją matkę – powiedział miękko, jakby to wspomnienie ciągle sprawiało mu ból. – Była biedną, skromną Indianką. Może i dobrze, że jej życie się właśnie wtedy zakończyło. Chciałem, żeby zabili mnie razem z nią, ponieważ byłem dzieckiem. Ale żołnierze złapali mnie i pobili. Kiedy przytuliłem się do ciała matki, uderzali mnie po palcach szpicrutą, aż połamali mi palce. Nie czułem bólu, ale nie mogłem chwycić się matki, więc mnie odciągnęli.

Zamilkł. Ciągle miał zamknięte oczy. Zauważyłem, że jego wargi lekko drżą. Ogarnął mnie głęboki smutek. Do głowy zaczęły mi napływać obrazy z dzieciństwa.

– Ile miałeś wtedy lat, don Juanie? – zapytałem, żeby oddalić własny smutek.

– Może siedem. Był to okres wielkich wojen Indian Yaqui. Żołnierze meksykańscy naszli nas niespodziewanie, kiedy matka gotowała jedzenie. Była bezbronną kobietą. Zabili ją zupełnie bez powodu. To, że umarła w taki sposób, nie ma żadnego znaczenia, ale dla mnie jednak jest to istotne. Nie wiem dlaczego, po prostu tak jest. Myślałem, że zabili również mojego ojca, ale nie. Był ranny. Potem wsadzili nas do pociągu jak bydło i zamknęli drzwi. Przez wiele dni trzymali nas tam w ciemności, jak zwierzęta. Utrzymywali przy życiu dzięki odrobinie pożywienia, które od czasu do czasu wrzucali do wagonu. Mój ojciec umarł od ran w tym wagonie. Z bólu i gorączki popadł w delirium, cały czas powtarzał mi, że muszę przetrwać. Powtarzał mi to do ostatniej chwili życia.

Ludzie zaopiekowali się mną, dali mi jeść. Stara znachorka nastawiła złamane kości. Jak widzisz, przeżyłem. Życie nie było dla mnie ani dobre, ani złe, było ciężkie. Życie jest ciężkie, a dla dziecka staje się czasem straszne.

Zapadło milczenie. Chyba godzina upłynęła w zupełnej ciszy. Miałem mieszane uczucia. Byłem przygnębiony, ale nie potrafiłem powiedzieć dlaczego. Chwilę wcześniej chciałem ośmieszyć don Juana, ale on nagle odwrócił role, był górą. Wydawało się to proste i jasne, lecz wywołało we mnie dziwne uczucie. Los dziecka doświadczającego bólu zawsze był dla mnie drażliwym tematem. W jednej chwili uczucie empatii z don Juanem ustąpiło miejsca poczuciu obrzydzenia do siebie. Robiłem notatki, jakby don Juan był tylko przypadkiem klinicznym. Zamierzałem już podrzeć swoje notatki, kiedy don Juan szturchnął mnie w łydkę palcem nogi, aby zwrócić moją uwagę. Powiedział, że widzi dookoła mnie aurę agresji i jest ciekawy, czy zacznę go bić. Jego śmiech przyniósł cudowną ulgę. Stwierdził, że ulegam gwałtownym wybuchom, ale nie jestem zły i w większości przypadków gniew zostaje skierowany przeciwko mnie samemu.

– Masz rację, don Juanie – powiedziałem.

– Oczywiście – stwierdził śmiejąc się.

Nalegał, abym opowiedział mu o swoim dzieciństwie. Zacząłem opowiadać o latach strachu i samotności, opisałem bezustanną walkę o przetrwanie i utrzymanie ducha. Metafora “utrzymanie ducha” rozbawiła go.

Mówiłem długo. Słuchał z poważnym wyrazem twarzy. Nagle jego oczy znowu mnie “dotknęły” i przestałem mówić. Po chwili przerwy don Juan stwierdził, że nikt mnie nigdy nie poniżył i dlatego nie jestem naprawdę zły.

– Jeszcze nie zostałeś pokonany – powiedział.

Powtórzył to zdanie cztery czy pięć razy, poczułem się więc zobligowany zapytać go, co chce przez to powiedzieć. Wyjaśnił, że pokonanym jest się w takiej sytuacji życiowej, której nie można uniknąć. Ludzie są albo zwycięzcami, albo pokonanymi i w zależności od tego stają się albo prześladowcami, albo ofiarami. Te dwa rodzaje zachowań dominują, dopóki nie opanuje się widzenia. Widzenie usuwa iluzję zwycięstwa, klęski czy cierpienia. Dodał, że powinienem nauczyć się widzieć wtedy, kiedy jestem zwycięzcą, żeby uniknąć wspomnień okresu poniżenia.

Zaprotestowałem, że nie jestem i nigdy nie byłem zwycięzcą. Jeśli moje życie było czymkolwiek, to tylko porażką.

Wybuchnął śmiechem i rzucił kapelusz na podłogę.

– Jeśli twoje życie jest taką porażką, to nadepnij na mój kapelusz – rzucił mi żartobliwe wyzwanie.

Szczerze broniłem swojego stanowiska. Don Juan spoważniał. Jego oczy zwęziły się w cienkie szparki. Powiedział, że uważam swoje życie za porażkę z innych przyczyn niż sama porażka. Potem szybko i niespodziewanie wziął moją głowę w swoje ręce, przykładając dłonie do moich skroni. Popatrzył mi w oczy dzikim wzrokiem. Ze strachu wziąłem głęboki wdech przez usta. Uwolnił moją głowę i oparł się o ścianę, wciąż na mnie patrząc. Jego ruchy były tak szybkie, że kiedy on zdążył się już rozluźnić i wygodnie oprzeć o ścianę, ja wciąż byłem w połowie oddechu. Kręciło mi się w głowie, czułem się nieswojo.

– Widzę małego płaczącego chłopca – powiedział don Juan po chwili przerwy.

Powtórzył to kilka razy, tak jakbym nie zrozumiał. Wydawało mi się, że mówi o mnie, kiedy byłem dzieckiem, więc nie zwróciłem na to specjalnie uwagi.

– Hej! – powiedział don Juan, domagając się ode mnie całkowitej uwagi. – Widzę małego płaczącego chłopca.

Zapytałem go, czy to ja jestem tym chłopcem. Powiedział, że nie. Potem spytałem, czy jest to wizja mojego życia, czy też wspomnienie z jego życia. Nie odpowiedział.

– Widzę małego chłopca – mówił dalej. – On płacze i płacze.

– Czy znam tego chłopca? – zapytałem.

– Tak.

– Czy to jest mój mały?

– Nie.

– Czy on teraz płacze?

– On teraz płacze – powiedział z przekonaniem.

Pomyślałem, że don Juan ma wizję kogoś, kogo znam, kto jest małym chłopcem i w tym właśnie momencie płacze. Wymieniłem imiona wszystkich znanych mi dzieci, ale don Juan powiedział, że nie miały one nic wspólnego z moją obietnicą. Natomiast ma z nią związek owo płaczące dziecko.

Zdania don Juana wyglądały na niespójne. Powiedział, że będąc dzieckiem, obiecałem coś komuś i że płaczące dziecko ma związek z tą obietnicą. Zarzuciłem mu brak sensu. Spokojnie powtórzył, że widzi, jak płacze mały chłopiec, którego ktoś skrzywdził.

Bardzo starałem się poukładać jego zdania w jakiś uporządkowany wzór, ale nie potrafiłem powiązać ich z niczym, czego byłem świadomy.

– Poddaję się – powiedziałem – ponieważ nie mogę sobie przypomnieć, żebym przyrzekał komuś coś ważnego, a już szczególnie dziecku.

Znowu zmrużył oczy i powiedział, że to konkretne płaczące dziecko, które właśnie teraz płacze, pochodzi z mojego dzieciństwa.

– On był dzieckiem wtedy, kiedy ja byłem dzieckiem i ciągle płacze? – zapytałem.

– On jest dzieckiem, które teraz płacze – upierał się don Juan.

– Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz, don Juanie?

– Owszem.

– To nie ma sensu. Jak on może być teraz dzieckiem, skoro był mały, kiedy ja byłem dzieckiem?

– On jest dzieckiem teraz i płacze – upierał się don Juan.

– Czy możesz mi to wyjaśnić, don Juanie?

– Nie. Ty musisz mi to wyjaśnić. Za nic w świecie nie mogłem zrozumieć, o co mu chodzi.

– On płacze! On płacze! – powtarzał ciągle don Juan hipnotyzującym tonem. – A teraz cię obejmuje. On jest ranny! On jest ranny! Patrzy na ciebie. Czy nie czujesz jego wzroku? Klęczy i obejmuje cię. Jest młodszy od ciebie. Przybiegł do ciebie. Ma złamaną rękę. Czy czujesz jego rękę? Jego nos wygląda jak guzik. Tak! To jest guzikowy nos.

Zaczęło mi brzęczeć w uszach i straciłem poczucie, że znajduję się w domu don Juana. Słowa “guzikowy nos” wprowadziły mnie błyskawicznie w scenę z dzieciństwa. Znałem chłopca o guzikowym nosie! Don Juan znalazł drogę do jednego z najbardziej ukrytych zakamarków mojego życia. Teraz zrozumiałem, o jaką obietnicę mu chodziło. Poczułem uniesienie, rozpacz i podziw dla don Juana i jego doskonałego manewru. Skąd, u diabła, wiedział o chłopcu o guzikowym nosie, którego znałem w dzieciństwie? Wspomnienie wywołane przez don Juana podnieciło mnie do tego stopnia, że mocą pamięci przeniosłem się do czasów, kiedy miałem osiem lat. Moja matka opuściła nas dwa lata wcześniej, a ja spędzałem najpotworniejsze lata swojego dzieciństwa, krążąc między siostrami matki, które robiły za jej obowiązkowe zastępczynie i opiekowały się mną na zmianę przez kilka miesięcy. Każda z nich miała liczną rodzinę, więc niezależnie od ich dobroci i opiekuńczości, miałem dwudziestu dwóch kuzynów, którzy ze mną rywalizowali. Ich okrucieństwo było czasami doprawdy zaskakujące. Czułem wtedy, że jestem otoczony przez wrogów. W ciągu następnych straszliwych lat prowadziłem rozpaczliwe i nikczemne wojny. W końcu – do dzisiaj nie wiem jak – udało mi się pokonać wszystkich kuzynów. Naprawdę byłem zwycięzcą. Nie został mi już żaden liczący się konkurent. Nie wiedziałem jednak o tym. Nie wiedziałem też, jak zatrzymać wojnę, która konsekwentnie rozprzestrzeniła się na teren szkoły.

Klasy w wiejskiej szkole, do której chodziłem, były mieszane. Pierwsze i trzecie klasy dzieliła jedynie przestrzeń między ławkami. Tam właśnie spotkałem małego chłopca o płaskim nosie, którego przezywano Guzikowy Nos. Był pierwszakiem. Czasem dokuczałem mu, wybierając go zupełnie przypadkowo, bez konkretnego zamiaru. Mimo to, co mu robiłem, zdawał się mnie lubić. Chodził za mną i nawet potrafił utrzymać w tajemnicy to, że byłem odpowiedzialny za niektóre wybryki nękające dyrektora. A jednak ciągle mu dokuczałem. Pewnego dnia celowo przewróciłem ciężką stojącą tablicę. Spadła na niego. Ławka, przy której siedział, złagodziła nieco uderzenie, które jednak złamało mu obojczyk. Upadł. Pomogłem mu wstać. Zobaczyłem w jego oczach ból i strach, kiedy patrzył na mnie i tulił się do mnie. Szok spowodowany widokiem jego bólu i strzaskanego ramienia był ponad moje siły. Przez lata prowadziłem zażarte wojny przeciwko kuzynom, aż wygrałem. Pokonałem wrogów, czułem się dobrze i władczo, aż do momentu kiedy widok Guzikowego Nosa, małego, płaczącego chłopca zniszczył wszystkie moje zwycięstwa. Natychmiast porzuciłem wszelką walkę. Postanowiłem – jeśli tylko się da – nigdy więcej nie zwyciężać. Myślałem, że jego ramię trzeba będzie uciąć i złożyłem obietnicę, że jeśli ten mały chłopiec wyzdrowieje, to już nigdy nie zostanę zwycięzcą. Dla niego zrezygnowałem z wygranych. Tak to wtedy rozumiałem.

Don Juan otworzył jątrzącą się ranę mojego życia. Kręciło mi się w głowie, czułem się pogrążony. Źródło niczym nie złagodzonego smutku zaprosiło mnie i zanurzyłem się w nie. Poczułem na sobie ciężar swoich czynów. Wspomnienie małego chłopca o guzikowym nosie, który miał na imię Joaquin, wywołało we mnie tak wielki ból, że zapłakałem. Powiedziałem don Juanowi, jak smutno było mi z powodu tego chłopca, który nigdy niczego nie miał. Tego małego Joaquina, nie mającego pieniędzy na lekarza, któremu nigdy nie nastawiono porządnie złamania. Wszystkim, co mogłem mu dać, były moje dziecinne zwycięstwa. Było mi tak bardzo wstyd.

– Uspokój się, chłopie – powiedział władczo don Juan. – Dałeś wystarczająco dużo. Twoje zwycięstwa były zdecydowane i ty sam je odniosłeś. Dałeś wystarczająco dużo. Teraz musisz zmienić obietnicę.

– W jaki sposób mam ją zmienić? Czy mam tylko to powiedzieć?

– Takiej obietnicy nie można zmienić słowami. Być może wkrótce dowiesz się, co trzeba zrobić, żeby ją zmienić. Może nawet będziesz już wtedy widział.

– Czy mógłbyś mi dać jakieś wskazówki, don Juanie?

– Musisz cierpliwie czekać wiedząc, że czekasz i wiedząc, na co czekasz. To jest ścieżka wojownika. A jeśli chodzi o spełnienie obietnicy, to powinieneś mieć świadomość, że jej dotrzymujesz. Wtedy przyjdzie czas, kiedy twoje czekanie skończy się i nie będziesz musiał już dłużej honorować tej obietnicy. Niczego więcej nie możesz zrobić dla tego chłopca. Tylko on mógłby unieważnić ten czyn.

– W jaki sposób?

– Ucząc się, jak zmniejszyć swoje pragnienia do zera. Dopóki będzie myślał, że jest ofiarą, dopóty jego życie będzie piekłem. A twoja obietnica pozostanie ważna, dopóki nie przestaniesz tak samo uważać. To, co nas unieszczęśliwia, to pragnienie. Gdybyśmy nauczyli się redukować swoje pożądania do zera, to najmniejsza rzecz, jaką otrzymywalibyśmy, byłaby prawdziwym darem. Nie martw się, zrobiłeś Joaquinowi dobry prezent. Bycie biednym albo pożądającym to tylko myśl. Tak samo jest z nienawiścią, głodem albo bólem.

– Nie mogę w to uwierzyć, don Juanie. Jak to możliwe, że głód i ból to tylko myśli?

– Teraz dla mnie są to tylko myśli. To wszystko, co wiem. Udało mi się tego dokonać. Zauważ, że moc tego osiągnięcia jest wszystkim, co posiadamy, aby przeciwstawić się siłom naszego życia. Bez tej mocy jesteśmy śmieciami, pyłem na wietrze.

– Nie mam wątpliwości co do tego, że udało ci się to osiągnąć, don Juanie, ale jak prosty człowiek, taki jak ja czy Joaquin, może tego dokonać?

– Przeciwstawianie się siłom życia zależy od nas, od jednostek. Powtarzałem ci to wielokrotnie: tylko wojownik jest w stanie przeżyć. Wojownik wie, że czeka i wie, na co czeka. A kiedy czeka, nie pragnie niczego i dlatego każda najmniejsza rzecz, jaką dostaje, jest czymś więcej niż może przyjąć. Jeśli chce jeść, poradzi sobie, ponieważ nie jest głodny. Kiedy coś rani jego ciało, potrafi to powstrzymać, ponieważ nie czuje bólu. Odczuwanie głodu albo bólu oznacza, że człowek poddał się i nie jest już wojownikiem, a wtedy siły głodu i bólu zniszczą go.

Chciałem dalej bronić swego stanowiska, ale przestałem, ponieważ zdałem sobie sprawę, że kłócąc się tworzę barierę osłaniającą mnie przed pustoszącą siłą czynu don Juana, czynu, który dotknął mnie tak głęboko i z taką mocą. Skąd wiedział? Pomyślałem, że może opowiedziałem mu historię chłopca o guzikowym nosie podczas jednego z głębokich stanów niezwykłej rzeczywistości. Nie przypominałem sobie, żebym mu o tym mówił, ale przebywanie w takich warunkach powodowało zrozumiałe luki w pamięci.

– Skąd wiedziałeś o mojej obietnicy, don Juanie?

– Widziałem ją.

– Widziałeś ją, kiedy wziąłem Mescalito, czy kiedy paliłem twoją miksturę?

– Widziałem ją teraz. Dzisiaj.

– Widziałeś wszystko?

– Ty znowu swoje. Powiedziałem ci, że opowiadanie o widzeniu jest pozbawione sensu. To jest nic.

Nie nalegałem. Na poziomie emocjonalnym byłem przekonany.

– Ja też kiedyś złożyłem ślubowanie – powiedział nagle don Juan.

Ton jego głosu poderwał mnie.

– Obiecałem mojemu ojcu, że przeżyję, żeby zniszczyć jego zabójców. Żyłem z tą obietnicą przez całe lata. Teraz obietnica zmieniła się. Nie interesuje mnie już niszczenie kogokolwiek. Nie nienawidzę Meksykanów. Nikogo nie nienawidzę. Nauczyłem się, że niezliczone ścieżki, którymi przechodzimy przez życie, są sobie równe. Prześladowcy i prześladowani i tak w końcu spotykają się, a ważne jest jedynie to, że dla jednych i drugich życie było zbyt krótkie. Dzisiaj jestem smutny nie dlatego, że moja matka i ojciec umarli, tak jak umarli. Jest mi smutno, ponieważ byli Indianami. Żyli jak Indianie i umarli jak Indianie i nigdy nie dowiedzieli się, że przede wszystkim byli ludźmi.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Zapomniane obietnice

  1. Myślę, że obietnice działają na obie strony – nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy, a zapomniane obietnice i podświadomość to niezwykła przygoda… cóż za wspaniały tekst, dzięki za przytoczenie… wczytam się wieczorem 🙂 warto! pozdrawiam – miłego dnia 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s