Ostatni romans naguala Juliana

Fragment książki Carlosa Castanedy „Potęga milczenia”
OSTATNI ROMANS NAGUALA JULIANA

600026_594821517212747_552105394_nNa patio domu don Juana było chłodno i cicho jak na klasztornym krużganku. Rosło tam blisko siebie kilka dużych drzew owocowych, które dawały przyjemny chłód i tłumiły wszelkie hałasy. Kiedy po raz pierwszy się tam zjawiłem, skrytykowałem ich nielogiczne rozmieszczenie: miały za mało miejsca. Don Juan odpowiedział, ż drzewa te nie należą do niego i że są one wolnymi i niezawisłymi drzewnymi wojownikami, którzy wstąpili do jego kompanii. Moje uwagi, odpowiednie w przypadku zwykłych drzew, tu były nie na miejscu. Uznałem to wtedy za zwykłą metaforę. Nie wiedziałem, że don Juan wszystko, co mówi, traktuje dosłownie Teraz oto siedzieliśmy na trzcinowych fotelach, twarzą zwróceni do ciężkich od owoców drzew. Wspomniałem, że to równie piękny, co intrygujący widok, ponieważ nie jest to pora owocowania. 

 

– Jest z tym związana pewna ciekawa historia – przyznał don Juan. – Jak wiesz, drzewa te są moimi towarzyszami-wojownikami. Obrodziły, ponieważ niedawno tu, w ich obecności, wszyscy moi towarzysze mówili, co myślą i czują o naszej ostatniej podróży. Teraz drzewa już wiedzą, że kiedy ruszymy w ostatnią podróż, weźmiemy je ze sobą. Patrzyłem na niego zdumiony. 

 

– Nie mogę ich tu zostawić – wyjaśnił don Juan. One także są wojownikami. Związały swoje losy z naszą grupą wojowników. Poza tym wiedzą, co do nich czuję. Ich punkty scalające leżą bardzo nisko w ich olbrzymich świetlistych powłokach. Dzięki temu znają nasze uczucia, na przykład to, które ogarnia nas teraz, kiedy omawiamy moją ostateczną podróż. Milczałem, ponieważ nie chciałem roztrząsać tego zagadnienia. Następne słowa don Juana rozproszyły jednak moje obawy. 

 

– Drugi abstrakcyjny rdzeń magicznych historii nazywa się „pukaniem ducha do drzwi” – zaczął. – Pierwszy rdzeń, „przejawy ducha”, to konstrukcja, jaką intencja tworzy i stawia na drodze czarownika, po czym zaprasza go do wejścia. Jest to budowla intencji widziana przez czarownika. „Pukanie ducha” jest tą samą konstrukcją widzianą oczyma początkującego, którego zaprasza się, a raczej zmusza, do wejścia. Drugi abstrakcyjny wątek mógłby być historią samą w sobie. Jak wiemy, kiedy duch ukazał się człowiekowi, ten nie zareagował. Duch zastawił wtedy na niego pułapkę. Uciekł się do fortelu nie dlatego, by osobnik ten miał jakieś szczególne właściwości – niezrozumiały łańcuch wydarzeń zetknął ich po prostu ze sobą, kiedy duch zapukał do drzwi. Jest oczywiste, że żaden z przejawów ducha nic trafił człowiekowi do przekonania. Tak naprawdę były przeciwieństwem wszystkiego, co wiedział i czym był. Nic dziwnego, że nasz śmiertelnik kategorycznie i niezwłocznie odmówił wszelkiego kontaktu z duchem. Nie zamierzał dać się nabrać na tego rodzaju dziwaczne bzdury – sam wiedział lepiej, co dla niego dobre. Jednym słowem, obydwaj znaleźli się w impasie. 

 

– Wiesz, to idiotyczna historia – oświadczył don Juan niespodziewanie. – Powiem ci nawet, że cała ta opowieść służy ukojeniu tych, których niepokoi cisza abstrakcji. Przyglądał mi się chwilę, po czym się uśmiechnął. – Lubisz słowa – powiedział oskarżycielskim tonem. – Przeraża cię samo wspomnienie o milczącej wiedzy, natomiast najgłupsze nawet historie wprawiają cię w błogi nastrój i zapewniają poczucie bezpieczeństwa. Jego filuterna mina tak mnie rozbawiła, że wybuchnąłem śmiechem. Potem don Juan przypomniał mi, że opowiadał mi już szczegółowo, jak to duch zapukał do jego drzwi. Przez chwilę nie mogłem pojąć, o czym mówi. 

 

– Nie chodzi tylko o to, że kiedy umierałem od postrzału, natknął się na mnie mój dobroczyńca – wyjaśnił.– Tego dnia odszukał mnie i zapukał do mnie sam duch. Mój dobroczyńca zrozumiał, że znalazł się w tym miejscu, by stać się medium dla ducha. Bez interwencji ducha moje spotkanie z nagualem Julianem nie miałoby znaczenia. Don Juan powiedział jeszcze, że nagual może stać się medium, o ile wcześniej duch da znak, że można się nim posłużyć. Znak ten może być ledwie zauważalnym zjawiskiem albo zupełnie bezpośrednią komendą. Z tego powodu żaden nagual nie może planować ani decydować. kto zostanie jego uczniem. Natomiast kiedy duch ujawni poprzez znaki swoją wolę, nagual nie poskąpi trudu dla jej wypełnienia. 

 

– Dzięki długotrwałej praktyce – ciągnął don Juan – czarownicy, a zwłaszcza nagualowie, uczą się rozpoznawać, czy duch zaprasza ich do wejścia do wznoszących się przed nimi budowli; potrafią zapanować nad więzią łączącą ich z intencją. Zawsze uprzedzają rozwój wydarzeń – wiedzą, co duch dla nich szykuje. Don Juan oświadczył, że rozwój czarownika jest drastycznym procesem mającym na celu oczyszczenie więzi z duchem. Połączenie to u zwykłego człowieka jest praktycznie niewykorzystane, a sami czarownicy z początku nie mają żadnego pożytku ze swej więzi, gdyż nie poddaje się ona ich woli. Podkreślił, że aby czarownicy mogli uaktywnić swoją więź, muszą mieć nieskrępowane i niezachwiane postanowienie – szczególny stan umysłu zwany niezłomną intencją.
Źródłem niezłomnej intencji może być jedynie nagual. Akceptacja tego faktu jest jedną z większych trudności, jakie napotyka uczeń w czasie pobierania nauki Nie mogłem dostrzec w tym nic trudnego. – Uczniem można nazwać osobę dążącą do oczyszczenia i uczynnienia swej więzi z duchem – wyjaśnił don Juan. – Kiedy więź uczynnia się, osoba ta przestaje być uczniem. Zanim do tego dojdzie, praktykantowi, aby mógł czynić postępy, potrzeba nieskrępowanej woli, której, oczywiście, nie posiada. Uczeń może wówczas przyjąć ją od naguala, a także, z jego pomocą, odrzucić swoją osobowość. Don Juan przypomniał mi jeszcze raz, że w świecie magii niechętnie widzi się ochotników, jako że ci mają własne postanowienia, przez co wyjątkowo trudno im odrzucić swoją osobowość. Kiedy świat magii domaga się od nich myślenia i działania przeciwstawnego ich własnym zamierzeniom, ochotnicy po prostu opierają się zmianie.

 

 – Uczynnienie więzi ucznia jest dla naguala największym wyzwaniem i najciekawszą częścią jego pracy – ciągnął don Juan – i jednocześnie jego największym problemem. Jest oczywiste, że od osobowości naguala zależy, czy plany ducha będą skromne, czy też przybiorą kształt skomplikowanych labiryntów. 

 

Don Juan zapewnił mnie, że chociaż mógłbym mieć na ten temat odmienne zdanie, nie jestem wcale trudnym uczniem. Jego dobroczyńca miał z nim dużo więcej problemów. Przyznał, że mam trochę dyscypliny wewnętrznej, która przydaje się od czasu do czasu. Jemu samemu brakowało samozaparcia, a jego dobroczyńca miał go jeszcze mniej. 

 

– Ma to znaczenie w przypadku przejawów ducha – kontynuował. – czasami trudno je w ogóle dostrzec. Je żeli o mnie chodzi, przejawy te przyjęły postać rozkazów. Zostałem postrzelony, krew wylewała się z dziury w mojej piersi. Mój dobroczyńca musiał działać szybko i pewnie, tak jak z nim postępował jego dobroczyńca. Czarownicy wiedzą, że im trudniejszy do wykonania jest rozkaz, tym więcej będą mieć kłopotów z przyszłym uczniem. 

 

Do największych korzyści, jakie wyniósł z kontaktów z dwoma nagualami, don Juan zaliczył możność usłyszenia tych samych historii opowiedzianych z przeciwstawnych punktów widzenia.Dla przykładu, opowieść o nagualu Eliasie i przejawach ducha stawała się z perspektywy ucznia skomplikowaną historią o pukaniu ducha do drzwi młodego aktora. 

 

– Wszystko, co wiązało się z moim dobroczyńcą, było bardzo zagmatwane – powiedział don Juan i wybuchnął śmiechem. – Kiedy miał dwadzieścia cztery lata, duch właściwie nie tyle zapukał do jego drzwi, ile je wyważył. Cała historia zaczęła się wiele lat wcześniej, kiedy dobroczyńca don Juana był przystojnym młodzieńcem pochodzącym z przyzwoitej stołecznej rodziny. Był majętny, wykształcony, czarujący i zniewalający. Kobiety kochały się w nim od pierwszego wejrzenia. Lubił sobie pobłażać i nie miał za grosz samodyscypliny. Wymigiwał się od wszystkiego, co nie przynosiło mu natychmiastowej korzyści. 

 

Był jedynym synem bogatej wdowy, miał cztery kochające siostry. Wszystkie te kobiety świata poza nim nie widziały. Został przez nie tak wychowany, że przy swoim usposobieniu mógł zachowywać się tylko w jeden sposób: pozwalał sobie na wszystko, co wychodziło poza przyjęte normy. Jego równie rozwydrzeni koledzy uważali go za degenerata, którego życiowym celem były nie etyczne postępki. Ciągłe wybryki osłabiły go fizycznie. Zapadł na gruźlicę, śmiertelne przekleństwo tamtych czasów. Choroba nie poskromiła go, przeciwnie: stał się jeszcze bardziej wyuzdany. Ponieważ nie miał ani odrobiny samokontroli, oddał się rozpuście bez reszty. Zrujnował zdrowie i nie było już dla niego ratunku. Nieszczęścia zazwyczaj chodzą parami – to powiedzenie potwierdziło się w przypadku dobroczyńcy don Juana. Kiedy podupadł na zdrowiu, odeszła jego matka jedyna osoba, która dawała mu wsparcie i poskramiała jego zapędy. Zostawiła mu w spadku pokaźny majątek który powinien był mu wystarczyć do końca życia. Ponieważ jednak nie miał za grosz dyscypliny wewnętrznej, przepuścił wszystko w kilka miesięcy. Bez zawodu i źródła utrzymania, mógł już tylko żyć na cudzy rachunek. Niestety, kiedy brakło pieniędzy, przyjaciele go opuścili. Nawet kobiety, które kiedyś go kochały, teraz od wróciły się od niego. Po raz pierwszy w życiu stanął twarzą w twarz z przykrą rzeczywistością. Jego stan zdrowia nie wróżył mu długiego życia. On jednak umiał utrzymać się na powierzchni – by zarobić na życie, po stanowił pracować. Nie potrafił jednak zmienić swoich upodobań do cielesnych uciech. Pod ich wpływem w poszukiwaniu pracy udał się do jedynego miejsca, w jakim czuł się swojsko: do teatru. Aktorskie pozy miał we krwi, a większość dorosłego życia spędził w towarzystwie aktorek – były to wystarczające kwalifikacje. Wstąpił do prowincjonalnej trupy teatralnej występującej z dala od kręgu jego przyjaciół i znajomych. Był aktorem grającym na uczuciach, suchotniczym bohaterem sztuk moralnych i religijnych. Don Juan zwrócił mi uwagę na ironię losu w życiu jego dobroczyńcy. Oto on, zatwardziały grzesznik, który umierał na skutek swojej rozwiązłości, odgrywał role świętych i mistyków. Zdarzyło mu się nawet grać Jezusa w wielkanocnym widowisku pasyjnym. Zdrowie dopisywało mu jeszcze, kiedy ze swym teatrem objeżdżał północne
stany. W mieście Durango zaszły dwa ważne zdarzenia; młody aktor stanął u kresu swoich dni, a do jego drzwi załomotał duch. Śmierć nadeszła równocześnie z pukaniem ducha. Za stała go w biały dzień, kiedy romansował w zaroślach z młodą kobietą. Był wtedy bardzo osłabiony, a tego dnia mocno się nadwerężył. Pełna życia i werwy, zakochana do szaleństwa dziewczyna obietnicą współżycia nakłoniła go, by poszedł z nią w odległe, opuszczone miejsce. Kiedy tam przybyli, ze wszystkich sił opierała mu się całymi godzinami. Kiedy w końcu uległa, był kompletnie wyczerpany, kaszlał tak bardzo, że ledwie oddychał. przy ostatnim namiętnym uścisku poczuł rwący ból w łopatce. Miał wrażenie, że coś rozdziera mu pierś, a gwałtowny kaszel przyprawił go o mdłości. Nie potrafił jednak zapanować nad swym dążeniem do przyjemności – nie zatrzymał się ani na chwilę. Wtedy, przybrawszy postać krwotoku, nadeszła śmierć. Duch pojawił się w tej samej chwili, zrodzony przez człowieka, który przybył z pomocą. Już wcześniej młody aktor zauważył, że śledzi ich jakiś Indianin, ale potem zapomniał o nim, pochłonięty namiętnością. Widział dziewczynę jak we śnie. Była pewna siebie i opanowana. Ubrała się szybko i sprawnie, po czym oddaliła się b łyskawicznie jak ścigany zając. Widział też Indianina, który podbiegł do niego i próbował go podnieść. Słyszał, jak tamten plecie jakieś bzdury, poświęca się opiece ducha i bełkocze niezrozumiałe słowa w obcym języku. Potem Indianin szybko wziął się do rzeczy – stanął za umierającym i mocno uderzył go w plecy. Ponieważ młody człowiek był jeszcze wtedy w pełni władz umysłowych, doszedł do wniosku, że tubylec albo próbuje go zabić, albo chce przemieścić skrzep. Gdy Indianin zaczął go rytmicznie walić po plecach, młodzieniec był już przekonany, że obcy mężczyzna jest albo kochankiem, albo mężem kobiety i właśnie próbuje pozbawić go życia. Ujrzawszy błyszczące oczy tamtego, zmienił zdanie – zrozumiał, że Indianin jest po prostu szalony i nic go nie łączy z dziewczyną. Ostatnim wysiłkiem woli skoncentrował się na jego bełkotliwych słowach. Indianin mówił o niezmierzonej potędze człowieka, o śmierci, która istnieje tylko dlatego, że z chwilą przyjścia na świat uczyniliśmy ją swym celem, o tym, że intencję śmierci można wytłumić, zmieniając pozycję punktu scalającego. Młodzieniec nie miał już wątpliwości, że tubylec jest skończonym wariatem. Sytuacja, w której się znalazł, tak bardzo przypominała sztukę teatralną oto umierał od ciosów szalonego, mamroczącego idiotyzmy Indianina – że przyrzekł sobie pozostać do samego końca aktorem. Postanowił, że nie zabije go krwotok ani uderzenia – zdecydował, że umrze ze śmiechu. I tak śmiał się i śmiał, aż w końcu umarł. Było oczywiste, że dobroczyńca don Juana nie mógł wziąć Indianina serio. Nikt nie potraktowałby takiej osoby poważnie, a już na pewno nie przyszły uczeń, któremu przecież nie dane było otrzymać magicznego zadania z własnej woli. Don Juan stwierdził, że przedstawił mi już kilka wersji magicznego zadania. Powiedział, że zapewne nie urazi tym nikogo, Jeśli opisze je teraz z punktu widzenia ducha – w takim ujęciu polega ono na oczyszczaniu łączącej nas z duchem więzi. W tym sensie budowla, którą stawia przed nami intencja, Jest bankiem informacji, gdzie nie tyle dowiadujemy się, jak oczyścić naszą więź, ile zdobywamy milczącą wiedzę, dzięki której więź oczyści się sama. Bez tej milczącej wiedzy nie moglibyśmy sprawnie działać pozostałaby nam jedynie nieokreślona tęsknota. Wyjaśnił, że wydarzenia inicjowane przez czarowników za sprawą milczącej wiedzy są wprawdzie bardzo proste, ale tak trudne do zrozumienia, że czarownicy dawno temu postanowili używać na ich określenie wyłącznie przenośni w rodzaju „przejawów ducha” czy pukania ducha do drzwi”. Don Juan stwierdził, że na przykład nie da się sensownie opisać tego, co dzieje się podczas pierwszego spotkania naguala z przyszłym uczniem. Byłoby absurdem wyjaśniać, że nagual koncentruje coś, czego nie sposób sobie wyobrazić, a mianowicie swoją wtórną uwagę – zdobytą dzięki długoletniej praktyce w sztuce magii wzmożoną świadomość – na niewidzialnym połączeniu z ja kimś nieokreślonym, abstrakcyjnym obiektem. W dodatku wszystko to czyni w tym celu, by uwydatnić i oczyścić czyjąś równie niewidoczną więź z tym abstrakcyjnym przedmiotem. Don Juan zwrócił uwagę, że w każdym z nas istnieją wrodzone bariery, które oddzielają nas od milczącej wiedzy. Największą z moich barier była według niego skłonność do ukrywania zadowolenia z siebie pod maską nie zależności. Nalegałem, by podał mi jakiś konkretny przykład Przypomniałem mu, że sam mnie kiedyś przestrzegał przed typowym, stosowanym w dyskusjach wybiegiem jakim jest ogólny krytycyzm nie poparty konkretnymi przykładami. Don Juan spojrzał na mnie i rozpromienił się. 

 

– Kiedyś dawałem ci do zażywania obdarzone mocą rośliny – powiedział. – Początkowo usilnie próbowałeś przekonać siebie, że twoje doświadczenia są tylko halucynacjami. Potem uznałeś, że są to halucynacje o szczególnym znaczeniu. Pamiętam, że śmieszył mnie twój upór, z jakim nazywałeś je dydaktycznymi przeżyciami halucynacyjnymi. 

 

Potem don Juan dodał, że moja potrzeba udowodnienia sobie urojonej niezależności zostawiła mnie w sytuacji bez wyjścia: nie umiałem pogodzić się z jego interpretacją moich doznań, choć jednocześnie po cichu z nim zgadzałem. Zrozumiałem, że rośliny te mają ograniczone zastosowanie – don Juan za ich pomocą zmieniał pozycje mojego punktu scalającego, wprowadzał mnie na jakiś czas w stan całkowicie lub częściowo wzmożonej świadomości.

 

– Bariera niezależności pomogła ci wtedy w pokonaniu tej trudności – ciągnął don Juan. – Jednak aż do dzisiaj bariera ta stoi nienaruszona. To ona jest powodem tego nieokreślonego cierpienia, które cię nęka. Nie mogę się nadziwić, w jaki sposób zawsze udaje ci się naciągnąć wnioski płynące z twoich kolejnych doświadczeń tak, byś wiecznie był zadowolony z siebie. Przyznałem, że moim jedynym sposobem na zachowa nie niezależności było w ogóle nie myśleć o swoich prze życiach. W ataku serdecznego śmiechu don Juan omal nie spadł z trzcinowego fotela, musiał wstać i przejść się, by złapać oddech. Uspokoił się dopiero, kiedy usiadł. Od chylił krzesło do tyłu i założył nogę na nogę. Potem powiedział, że zwykli ludzie nie znają i nigdy nie odgadną przyczyny, dla której tak bardzo interesują ich nieodgadnione zrządzenia losu. Źródłem tego zaciekawienia jest pewien rzeczywisty i potencjalnie przydatny obiekt: nasza więź z intencją. Stwierdził, że od niepamiętnych czasów bieg zwykłych spraw usypia nas, nie dając nam możliwości wyjścia poza bierne zainteresowanie. Dopiero kiedy stajemy u kresu życia, ta naturalna fascynacja losem przybiera odmienny charakter przesłaniająca obraz mgła opada i zaczynamy widzieć. Niestety, to przebudzenie przychodzi wraz ze spowodowanym starzeniem się spadkiem energii i nie starcza nam już sił, by zamienić zainteresowanie w praktyczne i pozytywne odkrywanie. W takiej sytuacji pozostaje nam tylko niejasne, dotkliwe cierpienie, tęsknota za czymś nieopisanym albo po prostu spowodowana świadomością przeoczenia złość. 

 

– Jest wiele powodów, dla których lubię wiersze – oznajmił don Juan. – Chociażby dlatego, że oddają nastrój wojownika i wyjaśniają to, czego właściwie nie da się wytłumaczyć. Przyznał, że poeci doskonałe zdają sobie sprawę ze swojej więzi z duchem, a jednak – w przeciwieństwie do czarowników, których stać także na celowe, pragmatyczne działanie – wszystkim, co mają, jest przeczucie Poeci nie znają ducha bezpośrednio – kontynuował – i dlatego ich utwory nie są prawdziwym ukłonem w jego stronę. Są jednak bardzo blisko. Ze stojącego obok krzesła podniósł mój tomik poezji, wybór wierszy Juana Ramona Jimoneza. Otworzył książkę w uprzednio założonym przez siebie miejscu, wręczył mi ją i dał znać, żebym czytał.

 

Kim jest ten mężczyzna, który dostał się
 do mego pokoju? Czy to ja, czy żebrak, 
który zakradł się do ogrodu 
o zmroku? 
Rozglądam się 
i widzę, że wszystko 
jest takie jak dawniej, lecz odmienne… 
Może okno było otwarte? 
Pewnie spałem już wtedy… 
Czyż mój ogród nie był bladą zielenią spowity? 
Niebo było jasne, błękitne… 
Jest pochmurno 
i wietrznie. 
Miałem chyba, czarne włosy…
 i szare ubranie… 
dziś jestem siwy i czarno odziany… 
Czy to ja stąpam w ten sposób?
 A czy głos, który w sobie słyszę,
 brzmi dźwięcznie jak dawniej? 
Kim jestem? Sobą czy żebrakiem, 
który zakradł się do mojego ogrodu 
o zmroku? 
Rozglądam się… 
Jest pochmurno i wietrznie…
 A mój ogród jest posępny i mroczny… 
Przyszedłem, odchodzę… Czyż nie jest prawdą, 
że spałem już wtedy? 
Posiwiałem… a wszystko 
jest takie jak dawniej, lecz odmienne…

 

Kiedy przeczytałem wiersz jeszcze raz, po cichu, udzielił mi się nastrój niemocy i dezorientacji. Spytałem don Juana, czy czuje to samo.
 – Wydaje mi się, że autor odczuwa ciężar upływających lat i kiedy zdaje sobie z tego sprawę, niepokoi się – odpowiedział don Juan. – Ale to tylko jeden aspekt sprawy. Mnie bardziej interesuje możliwość, że poeta, który przecież nigdy nie zaznał ruchu punktu scalającego, przeczuwa, że może utracić coś wyjątkowego. Ma graniczące z pewnością przeczucie, że istnieje nieznany, straszliwy przez swą prostotę czynnik, wyznaczający nasz los.
Reklamy

4 uwagi do wpisu “Ostatni romans naguala Juliana

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s