fragment książki Doroty Terakowskiej pt.”Córka Czarownic”

2-560
Dorota Terakowska

Córka czarownic
Wiosna, jak zazwyczaj, przyszła całkiem niespodziewanie. Dopiero co gałęzie drzew i krzewów otulał biały szron, a mróz, nonszalancki artysta, zapełniał szyby swymi szalonymi rysunkami, gdy nagle, niemal spod śniegu, wypełzły najpierw nieśmiało, a potem buńczucznie pierwsze wiosenne kwiaty. Ziemia – czarna i ciężka – niemal nabrzmiała, parując pod promieniami wczesnego słońca, wydawała głębokie westchnienia, jak matka przygotowująca się do porodu. Echo niosło z oddali głuche, potężne trzaski; to pękał lód na jeziorach.
– Wkrótce skończysz siedem lat, moja Mała – powiedziała Czarownica. – Przestajesz być Dzieckiem. Nadszedł już czas, byśmy się rozstały.
Dziecko – z buzią nasmarowaną maścią z orzecha, co Czarownica nadal czyniła co dzień – zabawiało się właśnie przemienianiem młodziutkiego pączka na gałęzi brzozy w malutkiego, puszystego chomika – i na odwrót. Czarownica obserwowała wychowankę bacznie, gdyż zauważyła, że czyha ona na brak uwagi z jej strony, by pozostawić zaczarowaną rzecz lub istotę w jej nowej postaci.
– Czy chcesz powiedzieć, że teraz zostanę sama? – spytała z zaciekawieniem. Czarownica nie usłyszała w jej głosie żalu i zrobiło się jej trochę smutno.
– Nie – odparła oschle. – Nie zostaniesz sama. Zresztą wkrótce się o tym przekonasz.
Gdy Czarownica zaczęła wkładać do dużego worka niezbędne, ubogie przedmioty, jakie posiadały – Dziecko zrozumiało, że czeka je kolejna wędrówka.
– Nikt nas nie ściga, więc czemu uciekamy?
– Nie uciekamy. Po prostu musimy iść, bo nadszedł Czas – odparła Czarownica.
Już po chwili wędrowały pod górę, w stronę czerniejącego na horyzoncie Wielkiego Lasu. Tym razem długo udało im się przebywać w jednym miejscu, więc Dziecko odwykło od wędrowania. Gdy tylko weszły w Las, musiały zatrzymać się na odpoczynek. Mała oparła głowę o pień wielkiego dębu i przymknęła oczy. Otwierając je, ujrzała, że jej Opiekunka stoi w niewielkiej odległości od królewskiego drzewa i mruczy coś pod nosem.
– Och, daj spokój – powiedziała jej podopieczna z wyraźną satysfakcją. – Jeśli chcesz się dowiedzieć, co mówi Dąb, mogę ci to powiedzieć. Już dawno słyszałam jego słowa… tak… tak… gałęzie jego korony widzą Wieś bez większego kłopotu. To jest b a r d z o wysoki Dąb.
Czarownica spojrzała na nią uważnie i przez wargi jej przebiegł lekki uśmiech, który zaraz jednak ustąpił miejsca jakby żalowi.
– Dąb mówi, że Najeźdźcy przebywają we Wsi po drugiej stronie zbocza, ale idąc skrajem Lasu, ominiemy ich. Za to nie wolno nam zbliżyć się do sąsiedniego Miasteczka, bo tam jest ich cała armia. Podobno wczoraj ścięli głowy paru mieszkańców – mówiło Dziecko bez pośpiechu. – Czy możesz mi wytłumaczyć, dlaczego Najeźdźcy ścinają komuś głowę?
– Robią to wówczas, gdy sądzą, że ludzie buntują się przeciw ich władzy. Czasem jest to tylko podejrzenie, ale niekiedy prawda – odparła Czarownica.
– Czy mam ich żałować? – spytało Dziecko kapryśnie.
– To są twoi rodacy i przyjaciele. Najeźdźcy nimi nie są – odparła Czarownica. – Najeźdźcy czyhają na twoją głowę, i gdybyś tylko wpadła w ich ręce…
– A co z tobą? – zaciekawiło się Dziecko.
– Mnie spaliliby na stosie.
– Ach, tak jak czyniono w Wielkim Królestwie w dawnych czasach, zanim król Luil XIII otoczył Czarownice swoją opieką… – przypomniała uczennica Wielkiej Księgi.
– Tak, do tamtych czasów władcy, rycerze, szlachta, a nawet uczeni i niektórzy zwykli mieszkańcy tej krainy, nienawidzili i bali się wszystkiego, co było inne niż oni sami. Lecz lud chronił Czarownice, wyczuwając, iż nie czynią one niczego złego, a często niosą pomoc. Pod wpływem mądrych praw Luila XIII wszyscy powoli nauczyli się szanować czyjąś odrębność. Z czasem nawet pokochali te, które rozumiały mowę drzew, zwierząt i ptaków, czarowały i odczarowywały przedmioty, leczyły i uzdrawiały chorych, poprawiały pogodę, a wszystko to za sprawą Świętej Magii. Najeźdźcy pochodzą z plemion ongiś koczowniczych, ciemnych, zabobonnych, niewykształconych i nienawidzą wszystkiego, co jest im obce. Ale jest to nienawiść pełna lęku. Dlatego właśnie zaczęli palić na stosach podejrzane
o czary kobiety i ścinać głowy tym, którzy czarom sprzyjają. A teraz wstawaj, musimy ruszać dalej. Mamy jeszcze szmat drogi do przejścia. Zwłaszcza że trzeba szerokim łukiem ominąć Miasteczko.
Czarownica z wychowanką znowu ruszyły w górę, zboczem Lasu. Na jego szczycie, gdzie drzewa, rozstępując się, utworzyły jasną polanę, podróżniczki ponownie przysiadły na zwalonym pniu, aby odpocząć przed dalszymi trudami wędrówki. Tuż koło nich przycupnął barwny ptak i jął dziobem stroszyć złoto–czerwone piórka. Czarownica w zamyśleniu śledziła jego ruchy, a Dziecko leniwie przeciągało się.
– Tydzień temu ścięli aż setkę ludzi w Miasteczku. Jeszcze dziś dobiega stamtąd płacz sierot, rodzin pomordowanych – zaczęła monotonnie mówić Czarownica, nie odrywając nieruchomego spojrzenia od ptaka, który nadal żywo poruszał się na obalonym pniu. Dziecko podniosło głowę i spojrzało na barwne stworzonko.
– On mówi, że zabici nie czynili niczego złego, jedynie lubili słuchać opowieści i legend o dawnych dziejach Wielkiego Królestwa, śpiewali też o nim pieśni, szczególnie jedną z nich, Pieśń Jedyną – ciągnęła monotonnie Czarownica.
– Ale przecież ich dzieci i wnuki będą nadal snuć te opowieści i śpiewać pieśni, skoro już je poznały – zauważyła bystro wychowanka. – Może będą to robić w jeszcze głębszej tajemnicy, ale będą… Nie rozumiem, dlaczego Najeźdźcy zabijają ludzi z takiego powodu…
Kolorowy ptak odfrunął. Obie podróżniczki patrzyły w ślad za jego lotem.
– Zgodnie z regułą myślenia Najeźdźców ci, którzy przywołują dawne, dobre czasy Wielkiego Królestwa, życzą sobie w głębi swych serc, by Najeźdźcy wrócili tam, skąd przyszli, na stepy, są zatem ich wrogami. A wrogów należy, ich zdaniem, zabijać, aby zabić wraz z nimi marzenia o wolnym Wielkim Królestwie – mówiła Czarownica.
– Marzeń nie można zabić – odparło zamyślone Dziecko. – Nie rozumiem, jak mieszkańcy dawnego Wielkiego Królestwa mogli pozwolić, by w ogóle przyszli tu Najeźdźcy. Wytłumacz mi to!
– Już wkrótce się tego dowiesz. To nie moje zadanie – odparła Czarownica. – Ja miałam tylko wychować cię od niemowlęcia na silną i zdrową Dziewczynkę i nauczyć wszystkich tajemnic Wielkiej Księgi. Swoje zadanie wypełniłam, jeśli się nie mylę, z nawiązką, rozwijasz się bowiem szybciej, niż można było sądzić… A teraz przestań już tyle mówić i ruszajmy, bo nie zdążymy na czas.
Po dłuższym i żwawym marszu Czarownica z Dzieckiem wyszły znowu na skraj Lasu z drugiej strony wielkiej góry. Teraz czekało je trudniejsze zadanie, musiały bowiem, omijając wielkim łukiem najbliższą Wieś i pobliskie Miasteczko, przekraść się na zalesione zbocze kolejnego, ciemniejącego na odległym horyzoncie wzniesienia.
– Musimy pokonać dwa takie szczyty, nim dotrzemy do celu naszej drogi – rzekła Czarownica. – Wydaje się jednak, że Najeźdźcy nadal są w Miasteczku, nigdzie ich bowiem poza nim nie widzę…
Ostrożnie wysunęły się z bezpiecznej gęstwiny Lasu i zaczęły iść przez pokryte jeszcze gdzieniegdzie śniegiem pola. Ale śnieg topniał szybko, ustępując miejsca wilgotnej, czarnej ziemi. Gdzieniegdzie wśród jej brył kiełkowała już pierwsza wiosenna trawa. Rosnące z rzadka drzewa wznosiły ku coraz cieplejszemu słońcu swe ciągle nagie, bezlistne konary.
– Teraz łatwo mogliby nas schwytać – powiedziało nagle Dziecko. – Jesteśmy tu doskonale widoczne, i to na dużą odległość. Zwłaszcza gdy idziemy po śniegu. Nasze ciemne, bure płaszcze…
– Przestań, bo przywołasz Zło… – szepnęła Czarownica, ściskając jej rękę w swej dużej, ciepłej dłoni.
– Ale ja je czuję – odparła Mała z namysłem.
– Co czujesz?
– Czuję Z ł o. Jest gdzieś blisko i wkrótce nam zagrozi…
– To ciekawe – mruknęła Czarownica, nie zwalniając ani na chwilę kroku. – Poczułaś je wcześniej niż ja. Tak, teraz ja również wyczuwam bliskość Najeźdźców, choć nigdzie ich nie widzę…
– O, tam… – wskazała jej podopieczna.
Z lewej strony zbliżały się ku nim przez pola małe, czarne punkciki, rosnąc jednak w oczach z każdą sekundą i przybierając powoli kształty galopujących koni. Jeszcze kilka sekund i jeźdźcy stali się wyraźniejsi, a ich zbroje błyszczały w wiosennym słońcu jak małe lusterka. Za moment wiatr przyniósł uciekinierkom echo ich wściekłych wrzasków:
– To one! Kobieta i Dziecko!
– Szybciej! Nie umkną nam!
– Nie mają gdzie! Ani skrawka lasu!
– Wyczha! Gonić je! Gonić!
– Na władcę Urgha, klnę się, że nie ujdą!
– Zabić czarownice!
Czarownica przystanęła i zaczęła rozglądać się rozpaczliwie dookoła. Ale wszędzie rozciągały się jedynie puste, nie dające żadnej osłony pola.
– Nie mamy wyboru – mruknęła. – Jest to ryzyko, ale nie mamy wyboru. Musimy tylko zejść z tego śniegu i stanąć na gołej ziemi. Tam będziemy mniej widoczne, a potem… potem nas przeobrażę.
– Zamień nas w ptaki – poprosiło Dziecko. – Chciałabym choć raz w życiu pofrunąć. A gdy będziemy ptakami, nigdy nas nie złapią.
– Przeobrażając człowieka, nie wolno odrywać go od ziemi – mówiła Czarownica, biegnąc wraz z wychowanką w stronę czerniejącego skrawka pola, na którym śnieg zdołał już stopnieć. – Przeobrażony w ptaka, oderwany od ziemi, może już nigdy na nią nie powrócić. Dlatego przemiana w ptaka jest krokiem ostatecznym.
Zbrojni jeźdźcy na koniach coraz to rośli w oczach, a ich pełne wściekłości wrzaski dobiegały już całkiem wyraźnie uszu uciekających. Na przedzie, na gniadym koniu, pędził potężny, wyjątkowo silnej budowy Najeźdźca, czego nie kryła nawet zbroja.
– Ten chyba lubi zabijanie – pomyślało bezwiednie Dziecko, biegnąc obok Czarownicy, gdy nagle… nagle poczuło, że wrasta w ziemię i nieruchomieje. Obok niego, z ciemnej, wilgotnej, parującej w słońcu ziemi, wyrósł nagle nagi krzak z ostrymi kolcami.
– …więc jestem teraz podobnym krzakiem jak ona – po-wiedziało sobie Dziecko w myślach i ogromnym wysiłkiem woli poruszyło jedną ze swych gałązek-rąk, by dostrzec na niej także ostre, długie kolce. – Szkoda, że nie mamy pączków. Są takie przyjemne, puszyste, oznajmiają przybycie wiosny. Zwłaszcza bazie. Jesteśmy bardzo ponurymi krzakami. Martwymi. Ciekawa jestem, czy mimo to zakwitłybyśmy, gdyby tak zostawić nas w tej postaci jeszcze kilkanaście dni w ciepłych promieniach słońca?
Tak rozmyślało Dziecko, ufne w czary swej Opiekunki, gdy jeźdźcy z wściekłością wjechali już na czarny spłacheć pola. Dokoła nie rosło żadne drzewo, nie rysował się żaden pagórek, nie było też ani jednego domu, choćby w postaci zrujnowanych szczątków.
– …nie mogły przecież zapaść się pod ziemię! – wrzeszczał Czarny Jeździec na przedzie. – Szukajcie ich! To niemożliwe, by znikły!
– …ale ich nie ma, panie! – wołali inni.
Czarny z furią ciął pejczem po twarzy jednego ze swych towarzyszy.
– Gdy mówię, gamonie, byście szukali, to szukajcie! Nie mogły rozpłynąć się w powietrzu!
– To przecież czarownice, panie – powiedział nieśmiało inny z żołnierzy. – Kto wie, co mogły zrobić…
Konie niespokojnie tańczyły, parskając i kopiąc niecierpliwie kopytami. Rycerze klęli i miotali się nerwowo na niewielkiej przestrzeni. Po chwili dowódca z pełnym nienawiści impetem wyładował swój gniew na jednym z martwych, ostrokolczastych krzewów, tnąc go z całej siły swym krótkim, grubym pejczem. Krzak bezradnie przewrócił się na ziemię. Czarny Jeździec z furią pognał swego konia, a w ślad za nim odjeżdżali, wrzeszcząc i przeklinając, jego współtowarzysze.
…leżący bezwładnie na ziemi krzew powoli, powoli przybierał kształty Czarownicy. Miała zamknięte oczy, leżała nieruchoma, a przez jej bladą twarz przechodziła długa, krwawa pręga.
– Powiedz coś – szepnęło Dziecko. – Powiedz tylko, że żyjesz…
– Żyję – odparła z wysiłkiem Opiekunka.
– To boli – raczej stwierdziła, niż spytała jej podopieczna.
– Boli. Wyjmij z mego worka małą buteleczkę z rubinowego kryształu i wlej mi do ust kilka kropel płynu…
Dziecko posłusznie wykonało polecenie. Płyn w buteleczce był także rubinowy, wyglądał jak krew i kilka jego kropel spłynęło do warg Czarownicy. Na jej twarz wróciła powoli zwykła, zdrowa ogorzałość. Szare, chłodne oczy otwarły się i cięż-kim, nieruchomym spojrzeniem zatrzymały na twarzy pochylonego Dziecka.
– Odjechali?
– Tak – odparła Mała. – Już ich nie widać.
– Więc trzeba się śpieszyć. Mamy już niewiele czasu – po-wiedziała energicznie Czarownica i podniosła się z ziemi.
Krwawa pręga na jej twarzy blakła, a w ciało wyraźnie wstępowały nowe siły. Rubinowy eliksir ukryty w kryształowym flakoniku ujawniał swą moc. Już po chwili Czarownica i Dziecko szły pośpiesznie polami w kierunku coraz bliższej, pokrytej ciemnym Lasem góry.

 

Polecam całość ponieważ bardzo lubię klimat w książkach pani Doroty 🙂

Reklamy

4 uwagi do wpisu “fragment książki Doroty Terakowskiej pt.”Córka Czarownic”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s