cztery formy osaczania fragment „Potęgi milczenia”

usa55

– Trzymaj się! – powiedział rozbawiony don Juan. – Tam, gdzie dzisiaj pojedziemy, będziesz musiał być bardzo dokładny. Polecił, bym przejechał granicę, wjeżdżając do meksykańskiej części Nogales. Siedziałem za kółkiem, a on dawał mi wskazówki: kt6rą jechać ulicą, kiedy skręcić w prawo lub w lewo albo jak szybko prowadzić.
 – Znam tę okolicę – oświadczyłem zirytowany. – Powiedz tylko, gdzie chcesz jechać, a zawiozę cię tam niczym prawdziwy taksówkarz. W porządku – odparł. – Pojedź na Heavenward Avenue, numer 1573.

 Nie wiedziałem, gdzie to jest ani czy taka ulica w ogóle istnieje. Prawdę mówiąc, podejrzewałem, że wymyślił tę nazwę, by wpędzić mnie w zakłopotanie. Milczałem. W błyszczących oczach don Juana czaił się chochlik.

– Mania wielkości jest prawdziwym tyranem – oznajmił. – Trzeba długiej, wytrwałej pracy, by zrzucić go z tronu. Znowu zaczął mówić, którędy mam jechać. W końcu kazał mi się zatrzymać przed parterowym domem, stojącym na ma narożnej parceli w bogatej dzielnicy. Coś w wyglądzie tego domu od razu przyciągnęło moją uwagę: podwórzec grubo wysypany żółtobrązowym żwirem, masywne drzwi, ramy okienne i gzymsy –wszystko, podobnie jak dziedziniec, w kolorze ochry. Okna od frontu miały zaciągnięte drewniane żaluzje. Całość wyglądała na typową podmiejską rezydencję przedstawicieli klasy średniej. Wysiedliśmy z samochodu. Don Juan poszedł przodem. Nie zapukał ani nie użył klucza, ale kiedy podeszliśmy do drzwi, otworzyły się bezgłośnie, a w dodatku jeśli mnie wzrok nie mylił, zupełnie bez niczyjej pomocy. Wnętrze domu było bardzo harmonijnie urządzone: gładkie, lśniące czystością ściany bez obrazów, żadnych lamp ani regałów z książkami. Złociste klepki parkietu przyjemnie kontrastowały ze śnieżnobiałymi ścianami. Staliśmy w małej i wąskiej sieni przechodzącej w obszerny wysoki salon z ceglanym kominkiem. Wokół kominka ustawiono w półokręgu luksusowe meble: pośrodku dwie beżowe kanapy, po bokach dwa fotele pokryte materiałem w tym samym kolorze, a przed nimi ciężki, masywny, okrągły stół dębowy. Sądząc z wystroju, mieszkańcy musieli być zamożni, ale oszczędni. I oczywiście, lubili przesiadywać przy ogniu. W fotelach siedzieli dwaj mężczyźni. Mogli mieć po pięćdziesiąt parę lat. Kiedy weszliśmy, wstali. Jeden z nich był Indianinem, a drugi Latynosem. Don Juan najpierw przedstawił mnie temu, który stał bliżej –Indianinowi. 

– To jest Silvio Manuel – rzekł do mnie. – To najpotężniejszy i najbardziej niebezpieczny ze wszystkich czarowników z mojej kompanii. I do tego najbardziej tajemniczy. 

Rysy Silvia Manuela przywodziły na myśl malowidła starożytnych Majów – miał wystające kości policzkowe i wydatne usta. Bladą, prawie żółtą cerą przypominał trochę Chińczyka. Oczy miał skośne, ale pozbawione zmarszczki nakątnęj, duże, czarne i błyszczące. Jego kruczoczarne włosy przetkane były siwymi pasemkami, nic nosił zarostu. Miał z pięć stóp i siedem cali wzrostu, tył szczupły i żylasty. Ubrany był w żółtą koszulę sportową, brązowe szerokie spodnie i cienką beżową marynarkę. Jego strój i sposób zachowania wskazywały, że jest Amerykaninem meksykańskiego pochodzenia. Uśmiechnąłem się i wyciągnąłem do niego dłoń. Nie przyjął jej jednak, tylko skłonił się zdawkowo. 

– A to jest Vicente Medrano – don Juan przedstawił mi drugiego mężczyznę. – To najstarszy z moich towarzyszy i najbardziej wykształcony. Nazywam go najstarszym nie ze względu na wiek, ale dlatego, że był pierwszym uczniem mojego dobroczyńcy. 

Vicente wykonał konwencjonalny ukłon, podobnie jak Silvio Manuel, i tak samo jak on nie rzekł ani słowa. Był od Indianina nieco wyższy, ale równie smukły. Miał różową cerę i starannie przystrzyżoną brodę i wąsy. W jego rysach było coś delikatnego: miał wąski, pięknie wyprofilowany nos i małe usta o cienkich wargach. Brwi, gęste i ciemne, kontrastowały z siwiejącym zarostem. Jego oczy również błyszczały, jednak w brązowych tęczówkach czaił się uśmiech. Miał na sobie tradycyjny garnitur, zielonkawy w pepitkę, i sportową koszulę z rozpiętym kołnierzykiem. On również wyglądał na Amerykanina pochodzącego z Meksyku. Odniosłem wrażenie, że to on jest właścicielem domu. W porównaniu z nimi don Juan wyglądał jak indiański peon. Jego słomiany kapelusz, zdarte buty, stare portki koloru khaki i kraciasta koszula pasowały raczej do ogrodnika lub robotnika. Kiedy tak przyglądałem się im trzem, odniosłem wrażenie, że don Juan występuje w przebraniu. Miałem „wojskową” wizję, w której don Juan przewodził jakiejś sekretnej misji: był oficerem, który mimo wszelkich starań nie potrafi ukryć długiego stażu dowódcy. Wyglądało na to, że don Juan jest nie tylko starszy, ale i nieskończenie silniejszy od pozostałych. Mimo to miałem wrażenie, że cała trójka jest w podobnym wieku. 

– Myślę, że już poznaliście się na Carlosie. Nigdy, przenigdy nie spotkałem kogoś, kto by sobie tak folgował – powiedział całkiem serio don Juan. – Posunął się w tym dalej niż nasz dobroczyńca. Powiadam wam, gdy byście szukali kogoś, kto serio traktuje swoje słabostki, oto macie go przed sobą Zaśmiałem się, nikt mi jednak nie zawtórował. Towarzysze don Juana przyglądali mi się, a ich oczy błyszczały osobliwie. 

– Jestem pewien, że będzie z was wspaniałe trio – mówił dalej don Juan. – Najstarsze, wszechwiedzące, najbardziej niebezpieczne i najpotężniejsze, no i, oczywiście, najbardziej pobłażliwe. 

Nikt się nie śmiał. Wpatrywali się we mnie badawczo, aż poczułem się skrępowany. Ciszę przerwał w końcu Vicente. 

– Nie wiem, po co go wprowadziłeś do domu – powie dział oschłym, sarkastycznym tonem. – Chyba nam się na nic nie przyda. Wyprowadź go za dom, na podwórze. 

– I zwiąż go – dodał Silvio Manuel.

Don Juan odwrócił się w moją stronę. 

– Chodź – powiedział miękko i szybkim ruchem głowy wskazał tyły domu. 

Było więcej niż oczywiste, że nie przypadłem tamtym dwóm do gustu. Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Byłem naprawdę zły i urażony, jednak uczucia te tłumił stan wzmożonej świadomości, w którym się znajdowałem. Kiedy znaleźliśmy się na podwórzu, don Juan – niby od niechcenia – podniósł z ziemi rzemień i błyskawicznie owinął go wokół mojej szyi. Poruszał się tak szybko i zgrabnie, że kiedy ochłonąłem, byłem przywiązany jak pies, za szyję, do jednego z dwóch betonowych słupów podpierających strop werandy. Don Juan pokręcił g łową w geście nieufności czy rozczarowania. Wszedł do domu, kiedy tylko zacząłem wrzeszczeć, by mnie odwiązał. Pętla była zresztą tak ciasna, że nie mogłem krzyczeć tak głośno, jakbym sobie tego życzył. Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Powstrzymując gniew, spróbowałem rozplątać węzeł na szyi. Mocno zaciśnięty rzemień był zasupłany w zbity kłąb. Usiłowałem go rozwiązać, ale połamałem sobie tylko paznokcie. Ogarnęła mnie niepohamowana wściekłość. Zawyłem niczym spętane zwierzę. Schwyciłem linę, owinąłem ją wokół nadgarstków i opierając stopy o betonową kolumnę, szarpnąłem. Rzemień był jednak zbyt mocny jak na moje siły. Czułem się poniżony, zacząłem się bać. Lęk mnie otrzeźwił, zrozumiałem, że dałem się oszukać. Zmyliła mnie rzekoma racjonalność don Juana.

Oceniłem swoje położenie tak obiektywnie, jak tylko umiałem. Doszedłem do wniosku, że jedynym sposobem na uwolnienie się jest przecięcie liny. Zacząłem gorączkowo pocierać rzemień o ostry brzeg kolumny. Miałem nadzieję, że jeśli zerwę linę przed przybyciem któregoś z mężczyzn, zdołam dostać się do samochodu i odjechać, nie oglądając się za siebie. Pocąc się i stękając, tarłem rzemieniem, dopóki wystarczająco go nie nadwątliłem. Wtedy zaparłem się stopą o słup, ponownie owinąłem linę wokół nadgarstków i pociągnąłem ze wszystkich sił. Kiedy rzemień się zerwał, potoczyłem się po ziemi i przez otwarte drzwi wpadłem do domu. Zobaczyłem nad sobą ich wszystkich: don Juana, Vicente’a i Silvia Manuela. Stali wokół mnie, bijąc brawo. 

– Cóż za efektowne wejście oświadczył Vicente, pomagając mi się podnieść. – Zmyliłeś mnie. Nie sądziłem, że jesteś zdolny do takich wybuchów. 

Don Juan podszedł do mnie i jednym ruchem rozwiązał supeł na mojej szyi, zdejmując z niej zerwany rzemień. Otrząsłem się ze strachu, wysiłku i złości. Łamiącym się głosem spytałem don Juana, dlaczego poddaje mnie takim torturom. Cała trójka wybuchnęła śmiechem, w tym momencie nic nie wskazywało na to, że chcą mnie zastraszyć.

 – Chcieliśmy cię poddać próbie, by zobaczyć jaki naprawdę jesteś – odpowiedział don Juan. 

Zaprowadził mnie do jednej z kanap i grzecznie poprosił, bym usiadł. Vicente i Silvio Manuel zasiedli w fotelach, a don Juan naprzeciwko mnie, na drugiej sofie. Śmiałem się nerwowo, ale nie przejmowałem się już niczym – ani moją sytuacją, ani don Juanem i jego przyjaciółmi. Wszyscy trzej przyglądali mi się z niekłamanym zaciekawieniem. Vicente uśmiechał się, chociaż wyglądało na to, że desperacko próbuje zachować poważną minę. Silvio Manuel gapił się na mnie, kręcąc głową. Nic odrywał ode mnie wzroku. 

– Związaliśmy cię – odezwał się don Juan – ponieważ pragnęliśmy dowiedzieć się, jaki jesteś: pełen wdzięku, cierpliwy, bezwzględny czy sprytny. Doszliśmy do wniosku, że nie masz żadnej z tych cech. Jesteś raczej niezmiernie pobłażliwy dla siebie, tak jak powiedziałem wcześniej. Gdybyś nie pofolgował swojej gwałtowności zauważyłbyś na pewno, że ten niezwykły węzeł na twojej szyi jest nic niewart: można go przesunąć. Vicente wymyślił ten węzeł, by zmylić swych przyjaciół. 

– Gwałtownie szarpałeś linę. Z pewnością brakuje ci wdzięku – powiedział Silvio Manuel. 

Milczeli przez chwilę, po czym wybuchnęli śmiechem. 

– Nie jesteś bezwzględny ani sprytny – kontynuował don Juan. – Gdyby tak było, z łatwością rozsupłałbyś obydwa węzły i uciekł z rzemieniem w ręku. Nie jesteś też cierpliwy. W takim wypadku jęczałbyś tam i kwiczał, aż wreszcie dojrzałbyś leżące pod ścianą nożyce, którymi mógłbyś przeciąć linę w dwie sekundy i oszczędzić sobie cierpień i wysiłku. Gwałtowności ani tępoty nie trzeba cię uczyć – to już znasz. Możesz się jednak nauczyć, jak być bezwzględnym, sprytnym, cierpliwym i pełnym wdzięku. 
Don Juan wyjaśnił mi, że bezwzględność, spryt, cierpliwość i wdzięk stanowią istotę osaczania. Są to podstawy, których wraz z ich implikacjami naucza się stopniowo, ostrożnie i skrupulatnie. Byłem pewien, że mówi pod moim adresem, patrzył jednak cały czas na Vicente’a i Silvia Manuela, którzy przysłuchiwali się jego słowom z najwyższą uwagą, potakując od czasu do czasu. Don Juan powtarzał z naciskiem, że nauczanie osaczania jest dla czarownika jednym z trudniejszych zadań. Podkreślał, że bez względu na to, co jego towarzysze zrobią, by nauczyć mnie osaczania, i bez względu na to, co ja miałbym o tym sądzić, o ich uczynkach zadecyduje ich własna nieskazitelność. Możesz być pewien, że wiemy, co robimy. Dopilnował tego nasz dobroczyńca, nagual Julian – powiedział don Juan i cała trójka ryknęła śmiechem, wprawiając mnie w zakłopotanie. Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Don Juan wiele razy zwracał uwagę na istotny fakt, że obserwując postępowanie czarowników, można by ich posądzić o złe zamiary, podczas gdy w rzeczywistości zawsze działają nieskazitelnie. – Jak możesz to obiektywnie ocenić, jeśli sam w tym siedzisz? zapytałem. – Dokuczanie innym wynika z chęci zysku – odparł. – Jednakże cel postępowania czarowników jest ukryty i z osobistą korzyścią nie ma nic wspólnego. Radości, z jaką działają, nie można uznać za profit – jest to raczej cecha ich charakteru. Przeciętny człowiek przystępuje do działania jedynie wtedy, gdy przewiduje jego intratność; wojownicy twierdzą, że działają nie dla zysku, ale w imię ducha. Zastanowiłem się nad jego słowami. Działanie bez oglądania się na korzyści było dla mnie obcym pojęciem. Inwestowanie i nadzieję zapłaty za swoje czyny wyssałem z mlekiem matki. Don Juan moje milczące zamyślenie uznał najwidoczniej za oznakę sceptycyzmu, bo zaśmiał się i spojrzał na swych towarzyszy.

– Weźmy dla przykładu naszą czwórkę – kontynuował. – Ty, Carlosie, uważasz, że

inwestujesz w tę sytuację i kiedyś w końcu odniesiesz z niej jakiś pożytek. Jeśli cię rozzłościmy lub rozczarujemy, możesz chcieć nam dokuczyć dla wyrównania rachunku. My natomiast nie mamy zamiaru osiągać osobistych korzyści, nasze czyny wynikają z naszej nieskazitelności. Nie jesteś w stanie nas rozgniewać czy sprawić nam zawodu. Don Juan uśmiechnął się do mnie i powiedział, że choć czasem mogło to wyglądać inaczej, jednak od chwili, w której spotkaliśmy się na pętli autobusowej, jego zachowanie w stosunku do mnie wypływało tylko z nieskazitelności. Wyjaśnił, że musiał spowodować, bym przestał mieć się na baczności, dzięki czemu łatwiej osiągnąłem stan wzmożonej świadomości. To właśnie w tym celu powiedział mi, że mam rozpięty rozporek. 

– Miało cię to zaszokować – oznajmił, uśmiechając się szeroko. – Jesteśmy tylko prostymi Indianami, więc stać nas tylko na prymitywne wstrząsy. Im więcej wojownik ma ogłady, tym bardziej finezyjne i dopracowane są jego sposoby wpływania na ludzi. Muszę przyznać, że nasze chamstwo przyniosło nam sporo uciechy, zwłaszcza wtedy, kiedy przywiązaliśmy cię jak psa. Wszyscy trzej uśmiechnęli się szeroko i zaśmiali półgłosem, tak jakby w domu był ktoś, komu nie chcieli przeszkadzać. Następnie don Juan, nie podnosząc głosu, oznajmił, że ponieważ znajduję się teraz w stanie wzmożonej świadomości, łatwiej zrozumiem to, co ma do powiedzenia na temat dwóch umiejętności: osaczania i intencji. Nazwał je ukoronowaniem wysiłków czarowników dawnych i obecnych czasów – sprawą, którą zajmują się teraz tak samo, jak tysiące lat temu. Zapewnił mnie, że osaczanie jest punktem wyjścia, i dlatego przed dokonaniem na swej ścieżce. czegokolwiek wojownik musi nauczyć się osaczać. Następnym etapem jest nauka intencji, a dopiero na samym końcu możliwe jest dowolne przemieszczanie punktu scalającego. Znakomicie rozumiałem, co mówi. Niespodziewanie dla siebie samego zdałem sobie sprawę z możliwości, jakie otwiera przemieszczanie punktu scalającego, jednakowoż brak mi było słów, by objaśnić swoją wiedzę. Kilkakrotnie usiłowałem przekazać im, co wiem, a oni śmiali się tylko z moich bezowocnych wysiłków i namawiali, bym próbował dalej. 

– Czy chcesz, żebym się wypowiedział w twoim imieniu? – zapytał don Juan. – Może uda mi się znaleźć słowa, których chciałbyś użyć, a nie potrafisz? 

Wyglądało na to, że pyta o moje pozwolenie całkiem poważnie. Wydało mi się to tak niestosowne, że zacząłem się śmiać. Don Juan, wykazując wielką cierpliwość, zadał mi to pytanie jeszcze raz, a ja znowu wybuchnąłem śmiechem. Patrzyli na mnie zaskoczeni i zatroskani, jakby nie rozumieli mojej reakcji. Don Juan wstał i oświadczył, że jestem przemęczony i nadszedł czas, bym powrócił do zwykłego świata. 

– Poczekaj jeszcze – chciałem go ubłagać. – Wszystko ze mną w porządku. Po prostu śmieszy mnie, że musisz mnie prosić o pozwolenie. 

– Nie mogę postąpić inaczej – odrzekł – albowiem tylko ty możesz uwolnić słowa stłoczone w twoim wnętrzu. Widzę, że rozumiesz mniej, niż zakładałem. Słowa mają wielką moc i wagę, są tajemnym dobrem osoby, która je posiada. W magicznym świecie istnieje pewna prawidłowość: czarownicy powiadają, że im bardziej zagłębia się nasz punkt scalający, tym więcej mamy wiedzy, a mniej słów dla jej wyrażenia. Czasami zwykły śmiertelnik może znaleźć się w sytuacji, w której jego punkt scalający – bez uchwytne j przyczyny – przemieści się. Człowiek ten w ogóle nie zda sobie sprawy z tego, co się dzieje, będzie jedynie oniemiały i zmieszany. Tu wtrącił się Vicente. Zaproponował, bym został z nimi jeszcze trochę. Don Juan zgodził się i zwrócił w moją stronę.

 – Pierwszą zasadą osaczania jest to, że wojownik osacza samego siebie – powiedział. – Robi to bezwzględnie, sprytnie, cierpliwie i z wdziękiem. Chciałem się roześmiać, ale: don Juan nie dał mi sposobności. Przedstawił zwięzłą definicję osaczania. Stwierdził, że jest to sztuka wyszukiwania nowych sposobów zachowania dla osiągnięcia określonych celów. Powiedział, że w codziennym życiu ludzie zasadniczo postępują rutynowo. Każde zachowanie, które odbiega od sztampy, w nietypowy sposób wpływa na całe nasze jestestwo. Ponieważ niezwykłe efekty tego rodzaju sumują się, stają się czymś, czego poszukują czarownicy. Wyjaśnił, że kiedy dawni czarownicy jasnowidze widzieli, zauważyli, że niecodzienne zachowanie sprawia, iż punkt scalający drży. Wkrótce odkryli, że jeśli niezwykłe zachowanie praktykuje się systematycznie i mądrze nim kieruje, można doprowadzić do poruszenia punktu scalającego. Prawdziwym wyzwaniem dla tych czarowników jasnowidzów – ciągnął don Juan – było znalezienie systemu zachowań wolnych od małostkowości i labilności, uwzględniających jednocześnie etykę i estetykę, odróżniających czarowników – wizjonerów od zwykłych kuglarzy. Przerwał. Wszyscy trzej spoglądali na mnie, jakby szukając w mych oczach i twarzy oznak zmęczenia. 

– Każdy, kto zdoła przemieścić swój punkt scalający w nowe położenie jest czarownikiem – podjął
po chwili don Juan. – Po osiągnięciu tego, człowiek potrafi uczynić swoim współbraciom wszystko, co złe lub dobre. Tak więc czarownik może stać się kimś w rodzaju szewca lub piekarza. Misją czarowników – wizjonerów jest wykroczyć poza to położenie, do tego zaś potrzebują etyki i estetyki. Potem powiedział, że dla czarowników osaczanie jest podstawą wszystkich ich czynów. Niektórym czarownikom nie odpowiada termin „osaczanie” – mówił dalej. – Używa się go, ponieważ oddaje on oddziaływanie z ukrycia. Nazywają je również sztuką niewidzialności, ale pojęcie to jest równie nieudane. My sami, ze względu na nasz pokojowy charakter, nazywamy je sztuką kontrolowanego kaprysu. Możesz nadać mu taką nazwę, jaką zechcesz. My jednak będziemy je nadal nazywać osaczaniem, ponieważ, jak stwierdził nasz dobroczyńca, „tropiciel” brzmi lepiej niż niezręczne określenie „sprawca kontrolowanego kaprysu” Wspomnienie ich dobroczyńcy rozweseliło całą trójkę niczym gromadkę dzieciaków. Doskonale wszystko rozumiałem. Nie miałem pytań ani wątpliwości. Jedyną szczególną sprawą było uczucie, że muszę mocno koncentrować się nad każdym słowem don Juana, żeby utrzymać się na wodzy – w przeciwnym wypadku moje myśli pobiegłyby szybciej, wyprzedzając jego tok rozumowania. Zauważyłem, że skupiam wzrok na ruchu jego ust, a słuch na brzmieniu głosu. Kiedy tylko zdałem sobie z tego sprawę, nie byłem już w stanie nadążyć za jego słowami. Nie mogłem się skoncentrować. Don Juan nadal mówił, ale ja przestałem słuchać. Zastanawiałem się nad trudną do wyobrażenia możliwością życia w stanie permanentnie wzmożonej świadomości. Zacząłem dociekać, czy taki stan można by wykorzystać w codziennej walce o byt: czy sprzyjałby łatwiejszej ocenie różnych sytuacji, zapewnił większą od przeciętnej szybkość reakcji, a może zwiększył inteligencję? Don Juan nagle ucichł i spytał, o czym myślę.

 – Jakiś ty praktyczny! – skomentował moje rozważania. – Sądziłem, że w stanie wzmożonej świadomości ujawni się artystyczna, mistyczna część twojej natury. Don Juan odwrócił się w stronę Vicente’a i poprosił go o odpowiedź na moje pytanie. Vicente odchrząknął i potarł o uda spocone dłonie. Można było odnieść wrażenie, że ma tremę. Zrobiło mi się go żal. Moje myśli zaczęły biec coraz szybciej. Kiedy na dodatek zaczął się jąkać, przypomniał mi mojego ojca, takiego, jakim go zawsze widziałem: nieśmiałego, bojącego się ludzi. Nie udało mi się jednak zbyt długo rozpamiętywać tej wizji, gdyż oczy Vicente’a rozjarzyły się jakimś dziwnym wewnętrznym blaskiem. Zrobił groźną minę, po czym przemówił: stanowczo, tonem eksperta. 

– Odpowiadając na twoje pytanie – rzekł – powiem, że wzmożona świadomość nie przynosi doraźnych życiowych korzyści. Gdyby tak było, mielibyśmy tu na karku całą ludzkość. To nam jednak nie grozi, albowiem osiągnąć ten stan nie jest łatwo. Istnieje, oczywiście, nikła szansa na to, że uda się to zwykłemu śmiertelnikowi – w takim wypadku zwykle kończy się to, czasami nieodwracalnie, pomieszaniem zmysłów. 

Cała trójka wybuchnęła śmiechem. 

– Czarownicy mówią, że wzmożona świadomość stanowi drzwi do intencji – dodał don Juan. – I korzystają z tej drogi. Powinno ci to dać do myślenia. Z rozdziawioną gębą wpatrywałem się w każdego z nich po kolei. Miałem wrażenie, że jeśli będę miał otwarte usta, lepiej zrozumiem tę zagadkę. Zamknąłem oczy i otrzymałem odpowiedź. Wyczułem ją, nie wymyśliłem. Jednakże, choć bardzo się starałem, nie umiałem wypowiedzieć jej słowami. – No proszę – powiedział don Juan. – Sam doszedłeś do odpowiedzi, jakiej mógłby ci udzielić czarownik, ale nie masz dosyć energii, by ją wygładzić i wysłowić. Doświadczałem wtedy czegoś więcej niż tylko braku słów dla wyrażenia myśli, przeżywałem jakby na nowo coś, co przed wiekami znikło z mej pamięci: wrażenie, że nic: wiem, co czuję, albowiem nie nauczyłem się jeszcze mówić i brak mi środków, by przełożyć uczucia na myśli. 

– Precyzyjne sformułowanie w myśli lub słowie tego, co chciałbyś powiedzieć, wymaga niezmierzonych nakładów energii – odezwał się don Juan, wyrywając mnie z zadumy. 

Zamyśliłem się tak mocno, że zapomniałem, od czego zacząłem moje rozważania. Gapiłem się, skołowaciały, na don Juana, i przyznałem, że nie mam pojęcia, o czym przed momentem mówiliśmy i co robiliśmy. Pamiętałem tylko incydent z rzemieniem i to, co don Juan mówił do mnie bezpośrednio potem. Nie umiałem przywołać uczucia, które przepełniało mnie dosłownie przed chwilą. 

– Zmierzasz w złym kierunku – powiedział don Juan. – Starasz się przypomnieć sobie swoje myśli w zwykły sposób. W tej sytuacji trzeba postępować inaczej. Przed sekundą to uczucie cię przepełniało, wiesz, że było W nim coś szczególnego. Takich doznań nie da się odtworzyć za pomocą pamięci. Musisz je przywołać intencją jego odtworzenia. 

Zwrócił się do Silvia Manuela, który siedział rozparty, z wyciągniętymi pod stołem nogami. Indianin wpatrywał się we mnie jak sroka w kość. Jego czarne oczy świeciły jak kawałki obsydianu. Kiedy wydał z siebie świdrujący, ptasi krzyk, nie drgnęła mu nawet powieka.

– Intencja!!! – wrzeszczał. – Intencja!!! Intencja!!! 

Jego nieludzkie okrzyki przeszywały mnie na wskroś. Zjeżyły mi się włosy na karku, dostałem gęsiej skórki. Mój umysł pozostał jednak wolny od strachu i skierował się od razu ku przywołaniu utraconego doznania. Nie rozkoszowałem się nim zbyt długo, gdyż stało się bardzo intensywne i gwałtownie przemieniło się w coś innego. I wówczas uświadomiłem sobie nie tylko to, dlaczego wzmożona świadomość jest bramą do intencji. – pojąłem, czym intencja w ogóle jest. I przede wszystkim zrozumiałem, że tej wiedzy, choć jest dostępna każdemu, nie sposób wyrazić słowami. Da się ją poczuć, doświadczyć, ale nie objaśnić. Dociera się do niej, przechodząc przez różne poziomy świadomości. Wzmożona świadomość jest bramą do intencji. Niestety, nawet tego wejścia nie da się opisać. Można tylko z niego skorzystać. Tego dnia bez żadnego instruktażu poznałem jeszcze jedną cząstkę wiedzy: oto w stanie surowym wiedza o intencji jest dostępna wszystkim ludziom, jednak władać nią może tylko ten, kto ją wypróbował. Byłem wtedy niesamowicie zmęczony – to właśnie dlatego w moich reakcjach odbiło się katolickie wychowanie, jakie otrzymałem. Przez moment wierzyłem, że intencja to Bóg. Kiedy im o tym powiedziałem, wyśmiali mnie. Vicente odparł, że intencja nie może być Bogiem, ponieważ jest siłą, której nie sposób opisać, a tym bardziej sobie wyobrazić. 

– Nie bądź zbyt pewny siebie – rzekł do mnie surowo don Juan. – Nie wyciągaj pochopnych wniosków z twojej pierwszej i jedynej próby. Poczekaj, aż będziesz władał swoją wiedzą, i wtedy określ, jak sprawy się mają. Wspominanie historii o czterech formach osaczania wyczerpało mnie i, co ciekawe, zobojętniło na wszystko. Nie przejąłbym się, gdybym miał tam wtedy, wraz z don Juanem, umrzeć. Było mi wszystko jedno, czy przenocujemy w tej starej czatowni, czy może od razu ruszymy w drogę powrotną przez intensywną ciemność. Don Juan był bardzo wyrozumiały. Poprowadził mnie za rękę jak ślepca i usadził pod dużą skałą, z plecami opartymi o kamienną ścianę. Powiedział, że najlepiej będzie, jeśli zasnę. Zwykły sen sprowadzi mnie znowu do normalnego stanu świadomości.
Reklamy

8 uwag do wpisu “cztery formy osaczania fragment „Potęgi milczenia”

      • Czytam opis powieści”Tortilla Flat” i przyznam,że brzmi nieźle 🙂
        „W niewielkim miasteczku Monterey, tuż po zakończeniu I wojny światowej żyje grupa paisanos, potomków hiszpańskich konkwistadorów. To lekkoduchy, których łączy głęboka pogarda do pracy, żyją więc z grabieży i resztek wyżebranych w restauracjach. Czas upływa im głównie na spaniu, zalecaniu się do kobiet i walce o najcenniejszy kruszec, czyli wino. Głównym bohaterem powieści jest Danny, mieszkający w dzielnicy Tortilla Flat, którego dom staje się miejscem spotkań jego przyjaciół, wiecznie głodnych jadła i przygód: Pilona, Pablo, Jezusa Marii, Wielkiego Joe Portugalczyka i Pirata.
        Adaptując na własny użytek tematy i konstrukcję legend o królu Arturze, Steinbeck stworzył w kalifornijskim miasteczku prawdziwy Camelot i zasiedlił go barwną gromadą rycerzy o manierach rodem z Rabelais’go.

        Może się skuszę i poczytam lubię postaci odbiegające od ogólnie przyjętych standardów zachowań … coś też łączy mnie z autorem też nigdy nie byłam u spowiedzi i nie pomieszkiwałam na koszt państwa 😉
        Może,więc uda mi się załapać klimat dzieła 🙂
        Pozdrawiam

        Polubione przez 1 osoba

      • Rzeczywiście dobry ten opis. Czytając a raczej słuchając książki czuję się w innym świecie, w świecie gdzie ciagle pije się wino…ciekawa jestem jak się skończy:) więc będę słuchać kolejnych rozdziałów. Przypadkowo zamówiłam audio book 🙂 i choć wolę widzieć i trzymać książkę w ręku to jednak się przestawiam i moge słuchać kiedy mi pasuje.

        Polubienie

      • Czytając a raczej słuchając książki czuję się w innym świecie, w świecie gdzie ciagle pije się wino…ciekawa jestem jak się skończy:)

        potencjalnie chorymi wątrobami haahahah:) ja też wolę kontakt z papierową książką …ale widać może tym razem miało tak być może lepiej trafi kiedy posłuchasz a nie poczytasz 🙂

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s