Fragment „Potęgi milczenia” Carlosa Castanedy ..bezlitosny punkt

jaguarhome …..Oczy naguala mogą to sprawić. Nie ma w tym nic trudnego, jeśli weźmie się pod uwagę, że oczy każdej żywej istoty mogą poruszyć czyjś punkt scalający, zwłaszcza jeśli są skoncentrowane na intencji. Jednak zazwyczaj ludzie skupiają wzrok na sprawach tego świata, w poszukiwaniu jedzenia… albo schronienia… – Trącił mnie w ramię. – Albo miłości… – dodał i wybuchnął śmiechem. Don Juan ustawicznie kpił z moich „poszukiwań miłości”. Nigdy nie zapomniał naiwnej odpowiedzi, jakiej mu udzieliłem na pytanie, czego naprawdę szukam w życiu. Oczekiwał wtedy, że przyznam się, iż nie mam jasnego celu, i wprost skręcał się ze śmiechu, kiedy powiedziałem, że szukam miłości. – Dobry myśliwy potrafi zahipnotyzować zwierzynę wzrokiem – kontynuował. – I chociaż swym spojrzeniem przemieszcza punkt scalający ofiary, jednak jego oczy, w poszukiwaniu żywności, spoglądają na ten świat. Zadałem pytanie, czy czarownicy potrafią hipnotyzować spojrzeniem innych ludzi. Zachichotał i zasugerował, że tak naprawdę chciałbym wiedzieć, czy koncentrując się na ziemskim świecie w poszukiwaniu miłości, mógłbym hipnotyzować wzrokiem kobiety. Całkiem poważnie dodał, że od takich pokus chroni czarowników ich koncentracja na intencji – dzięki temu hipnotyzowanie kogokolwiek w ogóle ich nie interesuje. – Aby jednak czarownik, a zwłaszcza nagual, mógł blaskiem swych oczu przemieścić czyjś punkt scalający – mówił dalej – musi być bezwzględny. Oznacza to, że powinien znać szczególne położenie punktu zwane bezlitosnym miejscem. Każdy nagual, jak powiedział mi don Juan, wypracował swój własny, specyficzny odcień bezwzględności. Jeżeli o mnie chodzi, to ze względu na wrodzoną niestabilność mej struktury, ukazuję się osobom widzącym jako świetlista sfera złożona nie z czterech – jak to zwykle bywa w przypadku naguala – ale z trzech połączonych w jedną kulę Taka konfiguracja powoduje, że automatycznie ukrywam swą bezwzględność pod maską pobłażliwości i swobodnego zachowania. – Oceniając naguala, łatwo popełnić błąd – ciągnął don Juan. – Zawsze sprawia on wrażenie kogoś, kim nie jest, i robi to tak doskonale, że wszyscy, nawet ci, którzy go świetnie znają, wierzą w prawdziwość jego kostiumu. – Nie wiem, jak możesz przypuszczać, że ukrywam się pod jakąś maską, don Juanie – protestowałem. – Pragniesz uchodzić za człowieka pobłażliwego i zrelaksowanego – powiedział. – Sprawiasz wrażenie osoby wielkodusznej i współczującej. Nikt nie posądza cię o fałsz. Każdy mógłby przysiąc, że taki naprawdę jesteś. – Ależ taki właśnie jestem! Don Juan zgiął się wpół, tak go to rozśmieszyło. Rozmowa przybrała niemiły dla mnie obrót. Chciałem wyjaśnić sprawę do końca. Ostro zaprotestowałem, mówiąc, że postępuję uczciwie, a jeśli don Juan sądzi inaczej, niech poda mi konkretne przykłady. Odpowiedział, że ponieważ nie potrafię podchodzić do ludzi inaczej niż z bezwarunkową wspaniałomyślnością, mogą oni odnieść fałszywe wrażenie, że jestem rozluźniony i otwarty. Utrzymywałem, że jestem otwarty z natury. Don Juan zaśmiał się i spytał, dlaczego w takim razie zawsze podświadomie oczekuję, że moi rozmówcy będą sobie zdawać sprawę z mojej maskarady. Przypomniał mi, że jeśli ludzie brali moją rzekomą słabość za dobrą monetę, zwracałem się przeciwko nim z tą właśnie zimną bezwzględnością, którą starałem się ukryć. Jego uwagi sprawiły, że byłem bezsilny – nie mogłem znaleźć kontrargumentu. Siedziałem cicho, nie dając poznać po sobie, jak bardzo mnie zranił. Zastanawiałem się, co zrobić, a wtedy don Juan wstał i zaczął szykować się do odejścia. Schwyciłem go za rękaw, by go zatrzymać – by ł to odruch, który mnie samego zaskoczył, a jego rozśmieszył. Usiadł przy mnie znowu, wyglądał na zdziwionego. – Nie chcę być natarczywy – powiedziałem – ale muszę się dowiedzieć czegoś więcej. To nie daje mi spokoju. – Porusz swój punkt scalający – nakazał mi don Juan. – Mówiliśmy już o bezwzględności –

przywołaj ją! Wpatrywał się we mnie z oczekiwaniem, musiał jednak dostrzec, że nie potrafię niczego przywołać, bo podjął temat nagualów i ich różnych wzorców bezwzględności. Powiedział, że jego własna metoda polega na stawianiu ludzi w sytuacji bez wyjścia. W obliczu jednoczesnej konieczności i niemożności ogarnia ich popłoch, podczas gdy on zachowuje pozory rozsądku i zrozumienia. – A co z wyjaśnieniami, których mi zawsze udzielałeś? – zapytałem. – Czy nie są owocem rozsądku i pragnienia, bym zrozumiał? – Nie – odrzekł. – Wynikają z mojej bezwzględności. Upierałem się, że naprawdę pragnę wszystko zrozumieć. Don Juan poklepał mnie po ramieniu i stwierdził, że istotnie, moja potrzeba zrozumienia jest prawdziwa, ale z moją wyrozumiałością jest wręcz przeciwnie. Dodał, że nagualowie maskują bezwzględność automatycznie, niekiedy nawet wbrew własnej woli. Kiedy go słuchałem, przemknęło mi przez głowę, że temat bezwzględności omówiliśmy wyczerpująco już dość dawno temu. – Nie jestem rozsądny – mówił dalej don Juan, patrząc mi w oczy. – Wyglądam na takiego, bo moja maska jest bez zarzutu. To, co uważasz za rozsądek, jest w istocie moim nieprzejednaniem. Kompletny brak litości to właśnie bezwzględność. Ty natomiast skrywasz swój brak litości za fasadą wielkoduszności. Z pozoru jesteś otwarty i rozluźniony, naprawdę jednak jesteś równie wspaniałomyślny, jak ja rozsądny. Obaj jesteśmy oszustami. Sztukę ukrywania faktu, że nie znamy współczucia, opanowaliśmy do perfekcji. Natomiast dobroczyńca don Juana maskował swój brak litości postawą niefrasobliwego żartownisia, który nie potrafi się oprzeć pokusie płatania figli każdej napotkanej osobie. – Mój dobroczyńca nosił maskę osoby szczęśliwej, spokojnej i nie dbającej o nic – mówił don Juan. – Ale w środku był, jak wszyscy nagualowie, zimny jak lód. – Ależ ty wcale nie jesteś zimny, don Juanie – powiedziałem szczerze. – A jednak to prawda – stwierdził. – To moja doskonała maska sprawia, że czujesz bijące ode mnie ciepło. Następnie przedstawił mi maskę naguala Eliasa: tworzyły ją irytująca drobiazgowość i dosłowność, sprawiające wrażenie uważności i dokładności. Kiedy don Juan opisywał zachowanie naguala Eliasa, pilnie mi się przyglądał – chyba z tego powodu nie umiałem się skupić na jego słowach. Z wielkim wysiłkiem zbierałem myśli. Patrzył na mnie jeszcze przez moment, a potem ponownie przystąpił do objaśniania istoty bezwzględności. Jego objaśnienia nie były mi już jednak potrzebne. Oświadczyłem, że przywołałem to wspomnienie, o które mu chodziło: chwilę, w której moje oczy po raz pierwszy rozjarzył blask. Dawno temu, na samym początku mojego terminowania, osiągnąłem – bez niczyjej pomocy – nowy poziom świadomości: mój punkt scalający znalazł się w położeniu zwanym bezlitosnym miejscem.

10. BEZLITOSNE MIEJSCE

Don Juan oznajmił, że nie ma potrzeby, przynajmniej na razie, omawiania szczegółów przywołanego wspomnienia, ponieważ rozmowa służy tylko do przywoływania przeszłych zdarzeń – kiedy punkt scalający przemieści się, całe wydarzenie jest przeżywane na nowo. Dodał, że wspomnienie odtworzy się najlepiej, jeśli będziemy spacerowali. Tak więc wstaliśmy z miejsca. Szliśmy powoli, w milczeniu, szlakiem wiodącym w stronę gór, dopóki nie odtworzyłem całego zdarzenia. Pewnego popołudnia, kiedy wracając z Nogales w Arizonie, przejeżdżaliśmy przez przedmieścia Guaymas, miasta w północno-zachodnim Meksyku, zauważyłem, że z don Juanem dzieje się coś złego. Przez ostatnią godzinę był cichy i ponury jak nigdy wcześniej. Nie przejmowałem się tym aż do chwili, kiedy jego ciało wykrzywił nieopanowany skurcz. Broda opadła mu na klatkę piersiową jakby mięśnie karku nie mogły utrzymać ciężaru głowy. – Niedobrze ci, don Juanie? – spytałem, zaalarmowany sytuacją. Nie odpowiadał. Sapał, oddychając przez usta. W pierwszej części naszej podróży, która zajęła kilka godzin, wszystko z nim było w porządku. Dużo rozmawialiśmy na różne tematy. Kiedy zatrzymaliśmy się po paliwo w Santa Ana, gimnastykował się nawet, żeby rozluźnić mięśnie barków, wspierając się dłońmi o dach samochodu. Teraz sytuacja była całkiem inna. – Co się z tobą dzieje, don Juanie? – zapytałem. Poczułem, że strach ściska mi gardło. Don Juan ze spuszczoną głową wybełkotał, że chce jechać do pewnej restauracji. Powoli, drżącym głosem, opisał mi drogę. Zatrzymałem wóz na bocznej uliczce oddalonej o jedną przecznicę od restauracji. Kiedy chciałem wysiąść, don Juan schwycił mnie kurczowo za rękę. Ponieważ uparł się, że wysiądzie od mojej strony, musiałem mu pomóc przeleźć przez fotel kierowcy i wydostać się z samochodu – był to naprawdę karkołomny wyczyn. Gdy już wysiadł, wsparł się na mnie obydwiema rękami, by wyprostować plecy. W taki też sposób powlekliśmy się w stronę rudery, w której mieściła się knajpa. Don Juan wisiał mi na ramieniu całym ciężarem. Oddychał szybko i trząsł się okropnie. Nie wiedziałem, co robić. Kiedy się niespodziewanie potknąłem, musiałem się oprzeć o ścianę – mało brakowało, żebyśmy obydwaj upadli. Byłem tak niespokojny, że nie potrafiłem zebrać myśli. Spojrzałem mu w oczy. Nie było w nich blasku. Gdy przyczłapaliśmy wreszcie do restauracji, troskliwy kelner pośpieszył, jak na rozkaz, w naszą stronę, żeby pomóc don Juanowi. – Jak się pan dzisiaj miewa? – krzyknął mu do ucha. Zaciągnął don Juana do stolika, posadził go tam i zniknął. – Czy on cię zna, don Juanie? – zapytałem, kiedy usiedliśmy. Don Juan nawet na mnie nie spojrzał, wybełkotał coś tylko. Wstałem i poszedłem do kuchni poszukać zabieganego kelnera. – Czy zna pan tego staruszka, z którym przyszedłem? – spytałem, kiedy go wreszcie dopadłem. – Jasne – odparł. Sprawiał wrażenie człowieka niecierpliwego, który może udzielić odpowiedzi tylko na jedno pytanie. – To ten pan chory na nadciśnienie. Teraz wszystko stało się jasne: w czasie podróży don Juan dostał lekkiego udaru. Chociaż miałem świadomość, że nie byłem w stanie temu zapobiec, czułem się bezradny i skrępowany. Było mi niedobrze, czułem, że najgorsze dopiero przede mną. Wróciłem do stolika i usiadłem w milczeniu. Nagle pojawił się ten sam kelner z dwoma talerzami krewetek i dwiema miskami zupy żółwiowej. Przyszło mi do głowy, że albo w tej knajpie dają tylko te dwie potrawy, albo don Juan jadał tu zawsze to samo. Mimo gwaru rozmów donośny głos kelnera słychać było wyraźnie. – Smacznego! – wykrzyczał don Juanowi do ucha. – Jeśli będzie mnie pan potrzebował, proszę tylko podnieść rękę, a zaraz przyjdę. Don Juan skinął głową. Kelner konfidencjonalnie poklepał go po ramieniu, po czym odszedł. Don Juan jadł żarłocznie, uśmiechając się do siebie od czasu do czasu. Byłem tak niespokojny, że na samą myśl o jedzeniu zbierało mi się na mdłości. Po pewnej chwili oswoiłem się z ogarniającym mnie uczuciem: im bardziej się denerwowałem, tym bardziej byłem głodny. Spróbowałem jedzenia – było przepyszne. Po posiłku poczułem się nieco lepiej. Sytuacja jednak nie uległa zmianie, a niepokój pozostał. Kiedy don Juan skończył, raptownie uniósł rękę nad głowę. W jednej chwili zjawił się kelner i wręczył mi rachunek. Zapłaciłem. Kelner pomógł don Juanowi wstać. Podprowadził go do drzwi, a nawet wyszedł z nim na zewnątrz i wylewnie się z nim pożegnał. Droga powrotna przebiegała podobnie jak poprzednio. Don Juan wisiał na moim ramieniu całym ciężarem, dyszał i zatrzymywał się co kilka kroków dla złapania oddechu. Kelner nadal stał w drzwiach, jakby chcąc się upewnić, czy bezpiecznie prowadzę don Juana. Zanim don Juan wgramolił się do samochodu, upłynęły ze dwie, trzy minuty. – Powiedz, co mogę dla ciebie zrobić, don Juanie`? – spytałem, jakby błagając go o zmiłowanie. – Cofnij auto – rozkazał drżącym, ledwie słyszalnym głosem. – Chcę jechać na drugi koniec miasta, do sklepu. Tam też mnie znają, są moimi przyjaciółmi. Powiedziałem, że nie mam pojęcia, o jakim sklepie mówi. Wybełkotał coś tylko i dostał ataku wściekłości. Tupał nogami i gniewnie wydymał wargi, ślina kapała mu na koszulę. Potem uspokoił się, jakby miał moment jasności umysłu. Przeraźliwie długo próbował uporządkować myśli i w końcu zdołał wytłumaczyć mi, jak dojechać do sklepu. Mój niepokój sięgał zenitu, obawiałem się, że udar jest bardziej rozległy, niż sądziłem początkowo. Chciałem się pozbyć staruszka, zawieźć go do rodziny lub znajomych. Nie wiedziałem, gdzie ich szukać, a innego pomysłu nie miałem. Zawróciłem więc i pojechałem na drugą stronę miasta, do sklepu, który miał się tam znajdować. Zastanawiałem się, czy nie wrócić do restauracji i nie spytać kelnera o rodzinę don Juana. Miałem nadzieję, że może ktoś w sklepie będzie go znał. Im więcej rozmyślałem o moim nieprzyjemnym położeniu, tym bardziej sobie współczułem. Don Juan był już do niczego. Ogarnęło mnie poczucie dotkliwej straty i zagubienia. Wiedziałem, że będzie mi go brakować, jednak to wrażenie nikło w porównaniu z rozdrażnieniem, jakie wywoływał fakt, że muszę być przy nim w jego najgorszych chwilach. Prawie godzinę jeździłem w kółko, szukając sklepu. Nigdzie go nie było. Don Juan przyznał, że może popełnił błąd, a sklep jest w innym mieście. Byłem zmordowany i nie wiedziałem, co począć. W zwykłym stanie świadomości nie opuszczało mnie dziwne wrażenie, że wiem o don Juanie więcej niż podpowiada mi rozum. Teraz natomiast jego szaleństwo sprawiło, że byłem, nie wiedząc czemu, pewien, iż gdzieś tam, w Meksyku, czekają na niego jego przyjaciele. Wszystko to wyczerpało mnie także duchowo – dręczył mnie niepokój pomieszany z poczuciem winy. Martwiłem się, że siedzę tu ze słabowitym, być może śmiertelnie chorym starcem, wyrzuty sumienia natomiast spowodowane były obawą, że jestem wobec niego nielojalny. Zaparkowałem koło nadbrzeża. Prawie dziesięć minut trwało, nim don Juan wysiadł z samochodu. Poszliśmy w stronę oceanu, ale kiedy zbliżyliśmy się do brzegu, don Juan zaparł się jak muł i nie chciał iść dalej. Wymamrotał, że woda w zatoce Guaymas go przeraża. Zawrócił i poprowadził mnie na główny plac miasta. Na zakurzonym rynku nie było ani jednej ławki i don Juan usiadł na krawężniku. Tuż obok przejechał samochód z zakładu komunalnego, obracające się szczotki wzniosły obłok kurzu, który przyprawił mnie o atak kaszlu. Sytuacja była tak nieznośna, że przyszło mi do głowy, żeby zostawić go tam, gdzie siedzi. Zakłopotany tym pomysłem, poklepałem go po plecach. – Musisz zrobić wysiłek i powiedzieć mi, gdzie mam cię zabrać – powiedziałem miękko. – Gdzie mam z tobą pójść? – A idź do diabła! – zawołał łamiącym się, chrapliwym głosem. Kiedy to usłyszałem, zacząłem podejrzewać, że to wcale nie był udar, tylko inna choroba mózgu, która odebrała mu rozum i uczyniła gwałtownym. Nagle don Juan wstał i zaczął iść przed siebie. Wyglądał na bardzo chorego: w ciągu paru godzin postarzał się i stracił swoją żywotność. Miałem przed sobą starego, słabego człowieka. Pośpieszyłem mu z pomocą. Zalała mnie fala litości. Ujrzałem siebie samego w podeszłym wieku, słabowitego starca, ledwie powłóczącego nogami. Był to widok nie do zniesienia -wzruszył mnie bardziej niż położenie don Juana. Złapałem staruszka za rękę i cicho obiecałem, że zaopiekuję się nim bez względu na wszystko. Niespodziewanie z objęć litości do samego siebie wyrwał mnie wymierzony mi policzek. Zanim ochłonąłem, don Juan uderzył mnie jeszcze raz, w kark. Stał twarzą do mnie, trzęsąc się ze wściekłości, jego półotwarte usta drżały. – Kim jesteś? – krzyknął nieswoim głosem. Zwrócił się do grupki gapiów, którzy natychmiast zebrali się w pobliżu. – Nie znam tego człowieka – oświadczył. – Pomóżcie mi. Jestem samotnym, starym Indianinem. Ten obcokrajowiec chce mnie zabić. Oni tak właśnie robią z bezradnymi starymi ludźmi: zabijają ich dla przyjemności. Przez tłumek przeszedł pomruk niezadowolenia. Kilku młodych, silnych mężczyzn rzuciło mi groźne spojrzenia. – Co robisz, don Juanie? – spytałem głośno. Chciałem pokazać zebranym, że znamy się nie od dziś.
Nie znam cię! – wykrzyknął. – zostaw mnie w spokoju! Odwrócił się do tłumu i poprosił o pomoc. Chciał, żeby mnie przytrzymali, dopóki nie przyjedzie policja. – Trzymajcie go – nalegał. – I proszę, niech ktoś wezwie policję. Oni będą wiedzieli, co z nim zrobić. Wyobraziłem sobie meksykańskie więzienie. Nikt nie dowiedziałby się, że tam jestem. Kiedy pomyślałem, że zanim ktoś zauważy moje zniknięcie, miną cale miesiące, zacząłem błyskawicznie działać. Kopnąłem pierwszego z młodych ludzi, który się do mnie zbliżył, po czym rzuciłem się do panicznej ucieczki – wiedziałem, że zależy od tego moje życie. Kilku młodzieńców ruszyło za mną w pogoń. Kiedy biegłem w stronę g łównej ulicy, zdałem sobie sprawę, że w miasteczku takim jak Guaymas pełno jest policjantów na pieszym patrolu. Na razie nie było widać żadnego. Nie chcąc się natknąć na któregoś z nich, wpadłem do pierwszego lepszego sklepu. Tam zacząłem udawać, że rozglądam się za pamiątkami. Usłyszałem tupot nóg. Ścigająca mnie grupa przebiegła obok. Szybko opracowałem plan: kupić tyle rzeczy, ile tylko zdołam. Liczyłem na to, że sprzedawcy wezmą mnie za turystę, chciałem poprosić któregoś z nich, by pomógł mi odnieść zakupy do samochodu. Wybranie odpowiednich przedmiotów zajęło mi jakiś czas. Zapłaciłem młodemu sprzedawcy, by poniósł część sprawunków. Niestety, kiedy znaleźliśmy się w pobliżu samochodu, zobaczyłem stojącego tam don Juana, otoczonego grupką ludzi. Rozmawiał z policjantem sporządzającym notatki. Wszystko na nic – mój plan się nie powiódł, nie sposób było dostać się do samochodu. Poleciłem młodemu człowiekowi położyć pakunki na chodniku i powiedziałem, że wkrótce będzie przejeżdżał tędy mój przyjaciel, który zabierze mnie do hotelu. Chłopak mnie zostawił, a ja, trzymając paczki na wysokości twarzy, ukryłem ją przed don Juanem i towarzyszącymi mu ludźmi. Gdy zobaczyłem policjanta oglądającego kalifornijskie tablice rejestracyjne mojego wozu, zrozumiałem, że skazany jestem na porażkę. Oskarżenie, jakie złożył ten stary kretyn, było zbyt poważne. Dla każdego policjanta moja ucieczka mogła być tylko potwierdzeniem winy. Poza tym trudno się było spodziewać, że policjant zignoruje oczywistą sytuację – z pewnością od razu zaaresztowałby obcokrajowca. Stałem tam, u wejścia do jakiegoś budynku, prawie godzinę. Policjant odszedł, ale tłum nadal otaczał don Juana, który szybko i nerwowo coś wykrzykiwał, żywo przy tym gestykulując. Byłem zbyt daleko, żeby to usłyszeć, ale mogłem wyobrazić sobie, o czym mówi. Konieczny był inny plan. Zastanawiałem się, czy nie wynająć pokoju w jakimś hotelu i nie przeczekać tam kilka dni, zanim zdecyduję się zrobić wypad w kierunku mojego samochodu. Myślałem też o powrocie do sklepu i wezwaniu taksówki. Nigdy nie jechałem taksówką w Guaymas, nie wiedziałem, czy w ogóle tam jakieś kursują. Mój plan spełzł na niczym, kiedy uświadomiłem sobie, że jeśli policjanci znali się na rzeczy, a sprawę don Juana potraktowali poważnie, na pewno już sprawdzili hotele. Być może gliniarz, który rozmawiał z don Juanem, oddalił się właśnie w tym celu. Potem przyszło mi do głowy inne rozwiązanie: dostać się na dworzec i wsiąść do autobusu jadącego w kierunku granicy albo do jakiegokolwiek innego miasta – byle dalej od Guaymas. Porzuciłem ten plan od razu. Byłem pewien, że don Juan podał policji moje nazwisko. Na pewno zawiadomili już spółki transportowe. Wpadłem w popłoch. Żeby się uspokoić, wziąłem parę głębokich oddechów. Zauważyłem, że tłum otaczający don Juana zaczął się rozpraszać. Policjant pojawił się znowu, w towarzystwie drugiego. Po chwili odeszli. W tym momencie poczułem nieodpartą potrzebę działania, zupełnie jakbym przestał panować nad ciałem. Podszedłem do wozu, niosąc wszystkie pakunki. Bez śladu lęku czy zdenerwowania otworzyłem bagażnik, włożyłem paczki, po czym odemknąłem drzwi od strony kierowcy. Don Juan stał na chodniku koło samochodu, patrząc na mnie w roztargnieniu. Przyglądałem mu się z zupełnie nietypowym dla mnie chłodem. Nigdy dotąd czegoś takiego nie doświadczyłem: nie była to nienawiść ani gniew, ani irytacja. Trudno też było to nazwać rezygnacją czy cierpliwością. Była to raczej zimna obojętność, zatrważający brak litości. W tamtej chwili nie dbałem zupełnie o to, co stanie się z nim czy ze mną. Wtedy don Juan otrząsnął się jak mokry pies. W jednej chwili stał się na powrót – jakby wszystko do tej pory było tylko złym snem – człowiekiem, którego znałem. Szybko wywrócił marynarkę na drugą stronę – można ją było nosić na dwa sposoby, po jednej stronie była beżowa, po drugiej czarna. Teraz ubrany był na czarno. Wrzucił swój słomiany kapelusz do samochodu i starannie zaczesał włosy. Wyłożył kołnierz koszuli na marynarkę – od razu zrobił się młodszy. Bez słowa zaczął mi pomagać przy pakowaniu reszty sprawunków. Kiedy policjanci, zaalarmowani odgłosem otwierania i zamykania drzwi, podbiegli ku nam, dmuchając w gwizdki, don Juan raźnym krokiem wyszedł im na spotkanie. Wysłuchał ich uważnie i zapewnił, że nie mają się czym martwić. Wyjaśnił, że musieli napotkać jego ojca, schorowanego starego Indianina, który przeszedł udar mózgu. Rozmawiając z nimi, otwierał i zamykał drzwi samochodu, jakby sprawdzając zamki, oraz przenosił paczki z bagażnika na tylne siedzenie. Jego wigor i młodzieńcza siła były przeciwieństwem sposobu poruszania się staruszka, z którym jeden z policjantów rozmawiał kilka minut wcześniej

 
Wiedziałem,  że don Juan robi to przedstawienie właśnie dla niego – na miejscu tego człowieka nie miałbym wątpliwości, że mam przed sobą syna tego starego, stukniętego Indianina. Don Juan podał im nazwę restauracji, gdzie znają jego „ojca”, po czym bez żenady wręczył im łapówkę. Nie miałem ochoty odzywać się do policjantów. Coś sprawiło, że stałem się w środku twardy, zimny oraz oszczędny w gestach i słowach. W milczeniu wsiedliśmy do auta. Policjanci nawet nie próbowali mnie o nic pytać, wyglądali na zbyt zmęczonych. Ruszyliśmy w drogę. – Cóż to było za przedstawienie, don Juanie? – spytałem, zaskoczony własnym oziębłym tonem. – To była pierwsza lekcja bezwzględności – odparł. Zwrócił mi uwagę, że w drodze do Guaymas ostrzegł mnie, że zamierza mi jej udzielić. Przyznałem się, że nie zwróciłem na to uwagi, sądziłem, że tylko zwyczajnie rozmawiamy dla zabicia nudy w czasie podróży. – Nigdy nie rozmawiam ot tak, zwyczajnie – odrzekł surowo. – Powinieneś to już wiedzieć. To, co dzisiaj zrobiłem, było stworzeniem warunków, w których mógłbyś odpowiednio przemieścić swój punkt scalający. W tym nowym położeniu znika wszelka litość, dlatego nazywa się je bezlitosnym miejscem. Jedyny problem polega na tym, że do bezlitosnego miejsca należy w zasadzie dotrzeć o własnych siłach, tylko z niewielką pomocą z zewnątrz. Nagual jedynie przygotowuje arenę działania – uczeń musi przemieścić swój punkt scalający samodzielnie. Dzisiaj to właśnie ci się udało. Pomogłem ci, może z pewną przesadą, przemieszczając własny punkt scalający w położenie, w którym stałem się słabowitym i nieobliczalnym starcem. Nie grałem człowieka starego i schorowanego – naprawdę byłem stary. . Złośliwy błysk w oku don Juana kazał mi sądzić, że mój rozmówca dobrze się bawi. – Nie było to konieczne – kontynuował. – Mogłem tak tobą pokierować, że poruszyłbyś swój punkt scalający nawet bez uciekania się do chwytów poniżej pasa, ale wtedy sam bym na tym nie skorzystał. Ponieważ była to jedyna w swoim rodzaju okazja, chciałem wiedzieć, czy potrafię działać – na swój sposób – jak mój dobroczyńca. Uwierz mi: nie mniej niż ciebie zaskoczyłem siebie samego. Przepełniał mnie niebywały spokój. Nie miałem trudności z akceptacją każdego słowa don Juana, nie odczuwałem też potrzeby zadawania pytań – rozumiałem wszystko bez objaśniania. Potem don Juan powiedział coś, co już było mi wiadome, ale czego nie umiałem wysłowić, gdyż nie mogłem znaleźć stosownych określeń. Otóż każdy czyn czarownika jest konsekwencją ruchu jego punktu scalającego, o którym z kolei decyduje ilość energii, jaką czarownik dysponuje. Wspomniałem don Juanowi, że wiem nie tylko to, ale także dużo więcej. Odpowiedział, że w ludzkim wnętrzu istnieje olbrzymie ciemne jezioro milczącej wiedzy, dostępnej naszej intuicji. Dodał, że potrafię wyczuć jej obecność lepiej, od przeciętnych ludzi, ponieważ podążam ścieżką wojownika. Czarownicy, jak mówił, są Jedynymi istotami na ziemi, które celowo wykraczają poza poziom intuicji, przygotowując się do wykonania dwu transcendentalnych kroków: pierwszym jest wyobrażenie sobie istnienia punktu scalającego, drugim – jego poruszenie. Ciągle podkreślał, że do największej perfekcji czarownicy doszli w dziedzinie wiedzy dotyczącej potencjału, jaki posiadamy jako istoty zdolne do percepcji, oraz w tej, która określa zależność percepcji od pozycji punktu scalającego. W tym momencie odczułem pogorszenie koncentracji – nie dlatego, że byłem nieuważny czy zmęczony, ale dlatego, że mój umysł zaczął z własnej inicjatywy bawić się w przewidywanie słów don Juana. Było to tak, jak gdyby nieznana część mojej istoty bezskutecznie próbowała znaleźć stosowne słowa dla wyrażenia jakiejś myśli. Kiedy don Juan mówił, miałem wrażenie, że mogę przewidzieć, w jaki sposób wyrazi moje własne, bezgłośne myśli. Nie mogłem się nadziwić, że tak dobrze potrafi je wysłowić. Tak czy owak, przewidywanie, co powie, zmniejszyło moją koncentrację. Raptownie zjechałem na pobocze. I tam po raz pierwszy w życiu poznałem dualizm mojej osoby. W moim wnętrzu istniały dwa, najwyraźniej odrębne, elementy. Pierwszy był stary jak świat, spokojny i obojętny, masywny, nieprzenikniony i ze wszystkim innym powiązany. Wszystko go cieszyło, choć niczego nie oczekiwał. Drugi natomiast był młody, jasny, delikatny i mobilny, a także szybki i nerwowy. Troskał się o siebie, gdyż czuł się niepewnie, i niczym się nie radował – po prostu dlatego, że nie potrafił się z niczym związać. Był samotny, odsłonięty i podatny na zranienie. Tą właśnie częścią mnie spoglądałem na świat. Postanowiłem rozejrzeć się dokoła tą niepewną, delikatną i zatroskaną składową. Wszędzie jak okiem sięgnąć, widziałem wielkie, rozległe pola. Ta część mojej istoty nie mogła się zdecydować, czy ma być dumna z ludzkiej przedsiębiorczości, czy smucić się widokiem pobrużdżonego pługami, upstrzonego obcymi roślinami odwiecznego majestatu sonorskiej pustyni. Tymczasem starej, ciemnej i masywnej części było to obojętne. Powstał spór: lekka składowa pragnęła, by ciężka zajęła jakieś stanowisko; ta natomiast chciała, by lekka uspokoiła się i radowała. – Dlaczego się zatrzymałeś? – spytał don Juan.
Jego głos wywołał we mnie jakiś oddźwięk, ale trudno określić, czy tym, kto zareagował, byłem właśnie ja. Brzmienie jego głosu dociążyło najwidoczniej lekką część mojej osoby, albowiem nagłe stałem się znowu sobą – takim jak zwykle. Opisałem don Juanowi, jak przed chwilą uświadomiłem sobie swoją dwoistość. Don Juan stwierdził, że w kategoriach położenia punktu scalającego utraciłem stabilność. Moja lekka składowa stała się tak ulotna, jak w chwili dostrzeżenia mojej podwójnej natury, i oto znowu rozumiałem jego wyjaśnienia. Powiedział, że kiedy punkt scalający zmienia swoje położenie i dociera do bezlitosnego miejsca, racjonalizm i zdrowy rozsądek chwieją się w posadach. Odczuwając pradawną, mroczną i milczącą stronę siebie samego, wejrzałem w naturę poprzedników rozumu. – Rozumiem wszystko, o czym mówisz – oświadczyłem_ – Wiem wiele, ale nie umiem o tym opowiedzieć. Nie mam pojęcia, od czego zacząć. – Wspomniałem ci już o tym – rzekł. – To, co przeżyłeś, a co nazywasz dualizmem, jest spojrzeniem z innej pozycji punktu scalającego. W tym położeniu potrafisz wyczuć starszą stronę człowieka. To, co ta strona wie, nazywa się milczącą wiedzą. Nie umiesz jej jeszcze wypowiedzieć. – Dlaczego? – spytałem. – Aby ją wysłowić, musiałbyś zużyć wielkie ilości energii – odpowiedział. – Jak na razie nie masz jej w nadmiarze. Milcząca wiedza, dostępna każdemu z nas, to perfekcyjne opanowanie i poznanie wszystkiego. Jednak ponieważ wiedza nie myśli, me umie się sama wysłowić. Czarownicy wierzą, że kiedy człowiek zdał sobie sprawę ze swojej wiedzy i zapragnął ją zgłębić, stracił ją z oczu. Ta nieopisana, milcząca wiedza to oczywiście intencja – duch, abstrakcja. Człowiek popełnił błąd, kiedy usiłował poznać ją bezpośrednio, tak jak zdobywa się wiedzę o codziennym świecie – im bardziej się starał, tym bardziej stawała się ulotna. – Ale co to właściwie znaczy, don Juanie? – zapytałem. – Oznacza to, że człowiek porzucił milczącą wiedzę dla sfery rozumu – odrzekł. – Im bardziej wiąże się z tą sferą, tym mniej uchwytna staje się intencja. Uruchomiłem silnik. Pojechaliśmy dalej w milczeniu. Don Juan nie próbował pouczać mnie, dokąd jechać i jak prowadzić – co często robił, by pobudzić moją zarozumiałość. Właściwie nie miałem pojęcia, gdzie jedziemy. Kierowało mną coś w moim wnętrzu, pozwoliłem tej składowej przejąć inicjatywę. Późnym wieczorem znaleźliśmy się w jakimś wiejskim zakątku stanu Sinaloa w północno -zachodnim Meksyku, przed dużym domem, będącym własnością grupy czarowników don Juana. Wydawało mi się, że jechaliśmy tylko chwilę. Nie mogłem sobie przypomnieć żadnych szczegółów podróży, wiedziałem jedynie, że nie rozmawialiśmy. Dom wyglądał na opuszczony. Nie było żadnych oznak ludzkiego bytowania, jednak wiedziałem, że przyjaciele don Juana są tam obecni – nie widziałem ich, ale ich wyczuwałem. Don Juan zapalił kilka naftowych lamp, po czym usiedliśmy przy masywnym stole. Wyglądało na to, że przygotowuje się do spożycia posiłku. Zastanawiałem się, co powiedzieć, gdy nagle do pokoju wkroczyła kobieta, która postawiła na stole tacę z jedzeniem. Jej wyjście z ciemności i pojawienie się w kręgu światła jakby spod ziemi, zaskoczyło mnie. Jęknąłem bezwiednie. – Nie bój się, to tylko ja, Carmela – powiedziała i zniknęła, rozpływając się w mroku. Siedziałem z otwartymi ustami. Don Juan wybuchnął śmiechem tak głośnym, że musiało go być słychać w całym domu. Przyszło mi do głowy, że ten odgłos sprowadzi kogoś do pokoju, nikt jednak nie przyszedł. Próbowałem jeść, ale nie byłem głodny. Rozmyślałem o kobiecie. Nie znałem jej. Prawdę mówiąc, świtało mi w głowie, kim jest, nie potrafiłem wszelako wydostać wspomnienia o niej z mgły ogarniającej mój umysł. Usilnie starałem się pozbierać myśli. Było to tak męczące, że w końcu tego zaniechałem. Kiedy przestałem o niej myśleć, prawie natychmiast ogarnął mnie dziwny, obezwładniający niepokój. Zrazu pomyślałem, że przytłacza mnie ten wielki ciemny dom i panująca w nim i wkoło niego cisza. Gdy z oddali dobiegł odgłos szczekania psów, uczucie to stało się udręką – rosło we mnie, prawie mnie rozsadzając. Don Juan zareagował błyskawicznie: skoczył ku mnie i pchnął mnie ręką w plecy, aż zatrzeszczało. Ucisk przyniósł mi natychmiastową ulgę. Gdy się uspokoiłem, stwierdziłem, że wraz z niepokojem, który prawie mnie pochłonął, odeszło wyraźne poczucie znajomości wszystkiego. Nie potrafiłem już przewidzieć, jak don Juan wyrazi to, co wiem. Don Juan udzielił mi wtedy pewnych istotnych wyjaśnień. Po pierwsze, przyczyną niepokoju, który ogarnął mnie jak burza, był spowodowany raptownym pojawieniem się Carmeli nagły ruch mojego punktu scalającego oraz moje wysiłki przemieszczenia go w położenie, w którym zdołałbym tę kobietę zidentyfikować. Radził mi oswoić się z myślą, że mój punkt scalający będzie się nadal przemieszczał, a więc podobne ataki niepokoju będą się powtarzały.
Każdy ruch punktu scalającego przypomina umieranie – powiedział. – Rozpadamy się, po czym na nowo, z dużo większą siłą, łączymy z naszym źródłem. To wzmocnienie energii odczuwa się jako morderczy niepokój. – Co mam robić, kiedy mi się to przytrafi? – zapytałem. – Nie rób nic – odrzekł. – Tylko czekaj. Wybuch energii sam się skończy. Niebezpieczna jest tylko nieświadomość tego, co będzie się z tobą działo. Jeśli będziesz to wiedział, nic ci się nie stanie. Następnie zaczął mówić o ludziach żyjących na długo przed nami. Otóż nasz przodek wiedział, co i jak powinien robić. Skuteczne działanie zwróciło jego uwagę na własną odrębność, za której sprawą doszedł do wniosku, że także w przyszłości będzie umiał postępować tak, jak do tej pory: przewidywać i planować swoje działania. W ten sposób pojawiła się idea własnego „Ja”: to ono zaczęło decydować o tym, co i w jaki sposób człowiek będzie robił. Gdy poczucie własnej jaźni się wzmocniło, człowiek utracił swój przyrodzony dostęp do milczącej wiedzy. Jego następca, współczesny mieszkaniec Ziemi, został bez nadziei powrotu odsunięty od źródła wszechrzeczy. Jedyne, co może robić, to dawać wyraz swojej rozpaczy, gwałtownie i cynicznie niszcząc samego siebie. Don Juan stwierdził, że przyczyną ludzkiej przewrotności i desperacji jest resztka milczącej wiedzy, która każe się nam domyślać istniejącego dawniej połączenia ze źródłem wszechrzeczy oraz wywołuje w nas wrażenie, że bez tej więzi nie mamy szans na spokój, zadowolenie i spełnienie. Chciałem mu wytknąć wewnętrzną sprzeczność jego wypowiedzi. Przypomniałem mu, że kiedyś opowiadał, iż dla wojownika pokój jest wynaturzeniem, a wojna – stanem normalnym. – To prawda – przyznał – ale wojna nie jest dla wojownika przejawem indywidualnej lub zbiorowej głupoty ani niepotrzebnym gwałtem. Wojnę rozumie on jako totalną walkę z jaźnią, która pozbawiła nas mocy. Następnie don Juan oświadczył, że powinniśmy pod-jąć temat bezwzględności, będącej podstawą magii. Powiedział, że: czarownicy odkryli, iż najmniejszy nawet ruch punktu scalającego zmniejsza tak typową dla współczesnego człowieka nadmierną troskę o własne Ja. Doszli też do wniosku, że to właśnie obecna pozycja punktu scalającego zamienia ludzi naszych czasów w samolubnych morderców, pochłoniętych bez reszty własnym wizerunkiem: straciwszy nadzieję powrotu do wszechźródła, ludzie znaleźli pociechę w swym egoizmie. W ten sposób zatrzymali swoje punkty scalające w pozycji, dzięki której wizerunek własny człowieka zyskał nieśmiertelność. Można więc śmiało powiedzieć, że jakiekolwiek oddalenie się punktu scalającego od jego zwykłego położenia zmniejsza ludzkie przywiązanie do własnego wizerunku i niszczy towarzyszącą mu pychę. Don Juan określił próżność jako siłę generowaną przez ludzki wizerunek własny. Podkreślił, że jest to siła, która unieruchamia punkt scalający – dlatego też priorytetem drogi wojownika jest pozbycie się pychy. Wszystko, co robią czarownicy, zmierza do tego celu. Dodał, że czarownicy odkryli, czym jest próżność: zakamuflowanym użalaniem się nad sobą samym. – Nie wygląda na to, ale to prawda – powiedział. – Litowanie się nad sobą jest prawdziwym wrogiem człowieka i sprawcą jego nieszczęść. Bez niego człowiek nie poważyłby się na tak wielką zarozumiałość. Tymczasem próżność, kiedy się pojawi, zaczyna przybierać na sile – z tego powodu wydaje się nam niezależna od niczego i w tym upatrujemy jej wartości. W normalnych warunkach nic nie zrozumiałbym z jego wyjaśnień, teraz jednak trafiały mi do przekonania, chociaż ze względu na wciąż utrzymującą się dwoistość mojej osoby, wydawały mi się nieco uproszczone. Wyglądało na to, że don Juan kierował swoje myśli i słowa w określoną stronę: do mnie, będącego w zwykłym stanie świadomości. Don Juan powiedział również, że czarownicy są absolutnie przekonani, iż dzięki wypchnięciu punktu scalającego ze zwykłej pozycji osiąga się stan, który trudno nazwać inaczej niż bezwzględnością. Czarownicy wiedzą też z własnej praktyki, że ruch punktu scalającego kruszy zarozumiałość. Kiedy punkt opuści swe zwykłe położenie, rozmywa się nasze wyobrażenie samych siebie nie mogąc się skoncentrować na tym obrazie, nie możemy już sobie współczuć i chełpić się sobą. Jasno wynika z tego, że zarozumiałość jest tylko zamaskowaną litością wobec własnej osoby. Następnie rozpatrzył krok po kroku doświadczenia, które tego dnia zebrałem. Oświadczył, że nagual jako przewodnik i nauczyciel powinien postępować skutecznie, ale i nienagannie zarazem. Ponieważ nagual nie potrafi racjonalnie planować swoich działań, pozwala, by o ich przebiegu zadecydował duch. Zilustrował to przykładem wziętym z tamtego dnia: nie miał żadnych szczególnych planów, dopóki podczas śniadania, które jedliśmy w Nogales, nie otrzymał znaku od ducha. Nakłonił mnie, bym odtworzył to wydarzenie i powiedział mu, co pamiętam. Przypomniałem sobie, że w czasie śniadania byłem bardzo zażenowany, gdyż don Juan stroił sobie ze mnie żarty. – Pomyśl o kelnerce – nakazał don Juan.

Pamiętam tylko, że była nieuprzejma. – Ale jak się zachowywała? – nalegał. – Co robiła, kiedy przyjmowała zamówienie? Po chwili przypomniałem sobie, że kelnerka, młoda kobieta o zaciętym spojrzeniu, rzuciła mi jadłospis i stała nade mną, prawie mnie dotykając, jakby żądała, żebym się pośpieszył i czym prędzej zamówił posiłek. Kiedy czekała, stukając niecierpliwie nogą, upięła w kok swoje długie czarne włosy. To odmieniło ją całkowicie: wyglądała teraz na kobietę atrakcyjną i dojrzałą. Byłem pod wrażeniem tej przemiany – prawdę mówiąc, z tego powodu wybaczyłem jej złe zachowanie. – To był omen – stwierdził don Juan. – Zaciętość i przemiana były znakami danymi od ducha. Następnie powiedział mi, że jako nagual musiał przede wszystkim wyjawić mi swoje zamiary. W prostych słowach, ale w niejasnym kontekście, oświadczył, że udzieli mi lekcji bezwzględności. – Pamiętasz? – zapytał. – Rozmawiałem z kelnerką i starszą panią siedzącą przy sąsiednim stoliku. Kierowany przez don Juana, przypomniałem sobie wreszcie, że praktycznie flirtował ze starszą panią i nieuprzejmą kelnerką. Kiedy jadłem, prowadził z nimi długą rozmowę. Opowiadał im idiotyczne historie o łapownictwie i moralnym zepsuciu członków rządu oraz dowcipy o przygodach wieśniaków w mieście. Potem spytał kelnerkę, czy jest Amerykanką. Zaprzeczyła i roześmiała się, rozbawiło ją to pytanie. Don Juan odpowiedział, że to się dobrze składa, ponieważ– tu wskazał na mnie– ma tu Amerykanina meksykańskiego pochodzenia, mężczyznę szukającego miłości, który po tak dobrym śniadaniu mógłby już tutaj, w tej restauracji, rozpocząć swoje poszukiwania. Kobiety zachichotały – sądziłem, że rozbawiło je moje zakłopotanie. Don Juan powiedział im, że tak naprawdę przyjechałem do Meksyku, by znaleźć sobie żonę. Podając się za mojego rzecznika, spytał, czy nie znają jakiejś uczciwej, skromnej i czystej kobiety, która chciałaby wyjść za mąż i nie miałaby zbyt wielkich wymagań co do męskiej urody. Kobiety śmiały się do rozpuku. Byłem tą sytuacją bardzo zażenowany. Don Juan zwrócił się do kelnerki i zapytał, czy za mnie wyjdzie. Odpowiedziała, że jest zaręczona – wyglądało, że wzięła don Juana serio. – Dlaczego nie pozwoli mu pan samemu przemówić? – spytała starsza pani. – Ma wadę wymowy – odpowiedział don Juan. – Strasznie się jąka. Kelnerka zauważyła, że kiedy wybierałem potrawy, miałem dobrą dykcję. – Ach, jest pani taka spostrzegawcza! – zachwycił się don Juan. – On mówi jak się należy, tylko kiedy zamawia posiłek. Ciągle mu powtarzam, że jeśli chce się nauczyć normalnie mówić, musi być bezwzględny. Przywiozłem go tu, by dać mu parę lekcji bezwzględności. – Biedaczysko – użaliła się nade mną starsza pani. – No, zbierajmy się, jeśli chcemy jeszcze dziś znaleźć jego miłość – powiedział don Juan i wstał od stołu. – Widzę, że traktuje pan sprawę tego małżeństwa poważnie – powiedziała do niego kelnerka. – No pewnie – odrzekł. – Pomogę mu otrzymać to, czego mu potrzeba, żeby mógł przekroczyć granicę i dostać się do tego bezlitosnego miejsca. Myślałem, że don Juan nazywa bezlitosnym miejscem małżeństwo, a może Stany Zjednoczone. Zaśmiałem się z tej metafory i zacząłem się okropnie jąkać, co wystraszyło kobiety, a don Juana pobudziło do histerycznego śmiechu. – Musiałem ci wtedy wyjawić mój cel – powiedział don Juan. – Zrobiłem to, ale nie zwróciłeś na to uwagi. Tak właśnie miało być. Oświadczył, że od kiedy duch się ukazał, wszystko, do samego końca, przebiegało jak po maśle. Pod wpływem transformacji don Juana mój punkt scalający musiał opuścić swe zwykłe, związane z wizerunkiem mojej osoby położenie i przemieścił się, docierając do bezlitosnego miejsca. – Kiedy punkt scalający tkwi w położeniu związanym z naszymi wyobrażeniami, staje się zwornikiem świata, w którym króluje kłamliwe współczucie, okrucieństwo i egocentryzm. W tym świecie liczą się tylko te uczucia, które są dla nas wygodne. W bezwzględności czarownika nie ma okrucieństwa – jest ona przeciwieństwem litowania się nad sobą i pychy. Bezwzględność to trzeźwość umysłu.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Fragment „Potęgi milczenia” Carlosa Castanedy ..bezlitosny punkt

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s