Fragment książki”Potęga Milczenia” Carlosa Castanedy

PRZESKOK MYŚLOWY   Zwycięskie-zdjęcie-w-kategorii-Kosmos-i-Ludzie-530x272

Do domu don Juana doszliśmy rankiem, w porze śniadania. Byłem wygłodniały, ale nie zmęczony. Jaskinię opuściliśmy jeszcze o świcie, kierując się w stronę doliny. Zamiast najkrótszym szlakiem don Juan poprowadził mnie okrężną drogą, wzdłuż rzeki. Wyjaśnił, że nim dotrzemy do domu, musimy ochłonąć. Odpowiedziałem, że użycie liczby mnogiej jest z jego strony miłym gestem – sądziłem, że jedyną osobą, która ma zamęt w głowie, jestem ja. Don Juan odparł, że nie kieruje się uprzejmością, ale swoim przygotowaniem wojownika. Powiedział, że wojownik musi ustawicznie wystrzegać się właściwego zwykłym ludziom prostactwa, albowiem jest istotą urzekającą, choć bezwzględną – samotnikiem o wykwintnym smaku i manierach, którego ziemskim celem jest ostrzyć broń i trzymać ją w ukryciu, tak aby nikt nie domyślił się jego bezwzględności. Po śniadaniu pomyślałem, że nie od rzeczy będzie się przespać jednak don Juan utrzymywał, iż nie powinienem tracić na to czasu. Powiedział, że niestety wkrótce utracę tę odrobinę jasności umysłu, która mi jeszcze pozostała. Gdybym zasnął, znikłaby od razu. – Nietrudno zgadnąć, że o intencji właściwie nie da się rozmawiać – powiedział pośpiesznie, przyglądając mi się badawczo. – Samo jednak stwierdzenie tego nic nie wnosi. Z tego właśnie powodu czarownicy uciekają się do magicznych opowieści, z nadzieją, że ich abstrakcyjne wątki przemówią kiedyś do słuchaczy. Rozumiałem jego słowa, jednak nadal nie pojmowałem, czym jest abstrakcyjny wątek i jakie miało być jego znaczenie w moim przypadku. Kiedy próbowałem się nad tym zastanowić, zalał mnie potok myśli, obrazy przelatywały przez mój umysł tak szybko, że nie mogłem się na nich skoncentrować. Nie umiałem ich spowolnić na tyle, by je rozpoznać. W końcu ogarnął mnie gniew i uderzyłem pięścią w stół. Don Juan zatrząsł się ze śmiechu. – Zrób to, co wczorajszej nocy – poradził, mrugając do mnie okiem. – Zwolnij tempo. Moje nieudane próby wyzwoliły we mnie agresję: wszcząłem jakiś bezprzedmiotowy spór, a potem, kiedy pojąłem swój błąd, zacząłem przepraszać za brak opanowania. – Nie przepraszaj – powiedział don Juan. – Muszę ci powiedzieć, że sprawa, którą chcesz zrozumieć, leży w tej chwili poza zasięgiem twoich możliwości. Być może później, to znaczy za wiele lat, uchwycisz jej sens. Błagałem, by nie zostawiał mnie w mroku i omówił abstrakcyjne wątki. Nie było dla mnie jasne, co według niego miałem z nimi zrobić. Zapewniałem, że stan wzmożonej świadomości, w którym się znajduję, mógłby mi pomóc zrozumieć jego wyjaśnienia. Nakłaniałem, żeby się pośpieszył, bo nie byłem pewien, jak długo ten stan może potrwać. Powiedziałem – pół żartem, pół serio – że już niedługo, kiedy powrócę do swego zwykłego stanu, będę jeszcze głupszy niż wcześniej. Don Juan roześmiał się, zapewne nie traktując mnie poważnie. Ja natomiast, słysząc własne słowa, popadłem w melancholię. Don Juan łagodnie wziął mnie pod rękę, posadził w wygodnym fotelu, po czym usiadł naprzeciwko mnie. Wpatrywał się w moje oczy z taką siłą, że nie mogłem odwrócić wzroku. – Czarownicy nieustannie osaczają samych siebie – powiedział pocieszająco, jakby chciał mnie ukoić samym tonem głosu. Chciałem powiedzieć, że już jestem spokojny, a moje roztrzęsienie musiało być spowodowane brakiem snu, nie dał mi jednak dojść do słowa. Zaręczył, że nauczył mnie o osaczaniu wszystkiego, co mógł, i że do wiedzy tej, zmagazynowanej w zakamarkach mej wzmożonej świadomości, na razie nie potrafię dotrzeć. Powiedziałem mu wtedy o ogarniającym mnie uczuciu: miałem wrażenie, że coś mnie dławi. Czułem, że siedzi we mnie coś, co zniechęca mnie do wszystkiego i drażni, tak że chce mi się trzaskać drzwiami i przewracać stoły. – Źródłem tego uczucia, którego wszyscy czasem doświadczamy – stwierdził – jest nasze połączenie z intencją, które w ten sposób przypomina o swoim istnieniu. Czarownicy odczuwają to jeszcze intensywniej, właśnie dlatego, że aby sterować złączem z intencją, muszą je najpierw uwrażliwić. Kiedy intensywność oddziaływania złącza wzmaga się, czarownicy zmniejszają ją poprzez osaczania samych siebie. – Wciąż nie mogę zrozumieć, co nazywasz osaczaniem – oznajmiłem. – Chociaż jednocześnie czuję, że gdzieś w głębi duszy pojmuję wszystko. – Wobec tego postaram się wyjaśnić ci to, co sam już wiesz – rzekł don Juan. – Osaczanie jest
bardzo prostą sprawą: to szczególny sposób postępowania, wymagający przestrzegania określonych reguł. Jest to zachowanie tajemnicze, ukradkowe, zwodnicze i szokujące. Osaczanie siebie polega na bezwzględnym i sprytnym potrząśnięciu sobą samym. Don Juan powiedział, że kiedy świadomość czarownika zapada się pod naporem doznań – co właśnie działo się ze mną – najlepszą, a czasami jedyną metodą osaczenia się jest wywołanie wstrząsu za pomocą pojęcia śmierci. – Dlatego wyobrażenie śmierci ma w życiu czarownika fundamentalne znaczenie – kontynuował. – Zawsze chciałem cię przekonać, że wiedza o naszym bliskim, nieuchronnym końcu jest źródłem trzeźwości umysłu, i dlatego uczyłem cię bardzo wielu rzeczy dotyczących śmierci. Najkosztowniejszym błędem, jaki my, zwykli ludzie, możemy popełnić, jest żywienie nadziei, iż jesteśmy nieśmiertelni – zupełnie jakbyśmy wierzyli, że jeśli nie będziemy myśleli o śmierci, uchronimy się przed nią. – Musisz przyznać, don Juanie, że niemyślenie o śmierci z pewnością ratuje nas przed martwieniem się nią. – Owszem, temu służy to znakomicie – przyznał. – Jednak taki cel jest bezwartościowy dla przeciętnego człowieka, a dla czarownika jest po prostu kpiną. Brak jasnego wyobrażenia śmierci pozbawia nasze życie porządku, trzeźwości i piękna. Dlatego czarownicy ze wszystkich sił starają się przedstawić sobie ten istotny obraz. Dzięki niemu potrafią z całą wyrazistością pojąć, że mogą umrzeć w każdej chwili. Ta świadomość daje im odwagę, by być cierpliwym, a jednak działać; by być posłusznym, nie stając się głupim. Don Juan wpatrywał się we mnie. Uśmiechnął się i skinął głową. – Tak właśnie sprawy się mają – ciągnął. – Wyobrażenie śmierci jest jedynym źródłem odwagi czarowników. Dziwne, nieprawdaż? Dzięki temu obrazowi stać ich na przebiegłość wolną od pr6żności, a przede wszystkim na bezwzględność bez obawy o zarozumiałość. Uśmiechnął się ponownie i szturchnął mnie łokciem. Powiedziałem, że wyobrażenie własnej śmierci niesamowicie mnie przeraża. Rozmyślam o niej ciągle, ale z pewnością nie daje mi to odwagi ani nie pobudza do działania – raczej staję się cyniczny albo przygnębiony. – Twój problem jest bardzo prosty – stwierdził don Juan. – Trudno ci się pozbyć natrętnych myśli i wyobrażeń. Mówiłem ci już, że czarownicy walczą z obsesją, osaczając samych siebie. Istnieje wiele sposobów osaczania Jeśli nie chcesz posłużyć się wyobrażeniem własnej śmierci, wykorzystaj wiersze, które mi czytałeś. – Słucham? – Powiedziałem ci już, ze lubię poezję z wielu powodów – odpowiedział. – Używam jej do osaczania samego siebie, przy jej pomocy potrząsam własnym jestestwem. Kiedy czytasz, przysłuchuję się, ucinam toczący się w mym wnętrzu dialog i pozwalam przybrać na sile wewnętrznemu milczeniu. Wówczas poezja miesza się z milczeniem, wywołując wstrząs. Wyjaśnił przy tym, że poeci nieświadomie tęsknią za światem magii. Ponieważ jednak nie są poszukującymi wiedzy czarownikami, tęsknota jest wszystkim, co im pozostaje. – Zobaczmy, czy poczujesz, o co mi chodzi – powiedział, wręczając mi wybór wierszy Jose Gorostizy. Otworzył książkę w założonym miejscu i wskazał swój ulubiony utwór. …tę śmierć żywą, zawzięte konanie nieustanne które Cię, Boże, zabija w twoich kształtach starannych, i w różach, i w kamieniach, i w owych gwiazdach hardych, i w Ciele, co się spopiela niczym stos podpalony przez śpiew, przez sen głęboki i przez spojrzenia barwę … Boże, na odpryskach Twoich, tych, co przed wiekami wieków może Cię zabiły ongiś, a myśmy nic nie wiedzieli, okruchy, fusy, popioły
po Tobie, który wciąż jesteś obecny jak gwiazda owa przez światło swoje skłamana światło bez gwiazdy, jałowe, co ziemi sięga i kryje bezmierną jej katastrofę. (Jose Gorostiza, Śmierć nieskończona, przekł. Krzysztof Andrzej Jeżewski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971, wyd. I

Słysząc te słowa – odezwał się don Juan, kiedy skończyłem czytać – czuję, że ten człowiek widzi istotę rzeczy. Możemy widzieć ją razem: on i ja. Nie obchodzi mnie, o czym ten wiersz opowiada. Ważne jest jedynie uczucie, jakie wzbudza we mnie tęsknota poety. Przejmuję jego nostalgię, a wraz z nią towarzyszące jej piękno. I nie mogę się nadziwić, że on, niczym prawdziwy wojownik, obsypuje tym bogactwem słuchaczy, swych odbiorców, pozostawiając dla siebie tylko tęsknotę. To dramatyczne przeżycie, doznanie tego wstrząsającego piękna, jest właśnie osaczaniem. Wywody don Juana poruszyły mnie do żywego, potrąciły nieznaną strunę w mym wnętrzu. – Nie – odparł zdecydowanie..– Choć mogłoby się tak się zdawać, śmierć nie jest naszą nieprzyjaciółką ani niszczycielką. – Czym więc jest w takim razie? – zapytałem. – Czarownicy powiada-ją, że śmierć jest jedynym godnym nas przeciwnikiem, który rzuca nam wyzwanie. Naszym przeznaczeniem – zwykłych ludzi i czarowników – jest stanąć do walki, jednak tylko czarownicy zdają sobie z tego sprawę. – Wydaje mi się, don Juanie, że to życie, a nie śmierć, jest dla nas próbą sił. – Życie jest tylko ciągiem zdarzeń, za pomocą których śmierć nas wypróbowuje – odrzekł don Juan. – Śmierć jest działającą siłą, a życie areną, na której zmagają się tylko dwaj zawodnicy: śmierć i my sami. – Sądziłem, że to my, ludzie, rzucamy wyzwanie śmierci – zaoponowałem. – Nie masz racji – odparł. – Jesteśmy bierni. Pomyśl tylko jeżeli się poruszamy, to tylko wtedy, kiedy czujemy napór śmierci. To ona narzuca tempo naszym działaniom i intensywność uczuciom. Popycha nas bezlitośnie, aż nas zniszczy i wygra walkę, albo aż my dokonamy niemożliwego i ją pobijemy. Czarownicy pokonują śmierć, a ona uznaje swoją porażkę, pozwalając im odejść wolno i zostawiając ich na zawsze w spokoju. – Czy oznacza to, że czarownicy stają się nieśmiertelni? – zapytałem. – Nie, nie o to chodzi – odpowiedział. – Śmierć przestaje ich niepokoić, to wszystko. – Ale co to znaczy, don Juanie? – Oznacza to, że myślą dokonuje się przeskoku, sięgając tego, co niepojęte. – No, ale co to znaczy, że myślą sięgamy niepojętego? – pytałem, starając się ukryć rosnącą agresję. – Problem polega na tym, że pewne określenia rozumiemy inaczej. – Nie jesteś ze mną szczery – przerwał mi don Juan. – Przecież wiesz, co chcę powiedzieć. Żarty sobie stroisz, pytając mnie o racjonalne wytłumaczenie przeskoku myśli w obręb niepojętego. Dokładnie wiesz, co to znaczy. – Nie, nie wiem – oświadczyłem. Wtedy zdałem sobie sprawę, że wiem, a raczej wyczuwam, o co mu chodzi. Jakąś częścią swojego jestestwa potrafiłem wyjść poza racjonalne rozumowanie i pojąć, a nawet wyjaśnić, nie uciekając się do przenośni, przeskok myśli w obręb niepojętego. Kłopot w tym, że część ta była zbyt drobna, by dało się nią dowolnie sterować. Kiedy mu o tym powiedziałem, roześmiał się i przyrównał moją świadomość do huśtawki: w górnym położeniu panowałem nad sobą doskonale, w dolnym natomiast stawałem się racjonalnym tępakiem. Większość czasu spędzałem, wisząc bezużytecznie gdzieś pośrodku, jak nie wiadomo kto – ni pies, ni wydra. – Przeskok myśli w obręb niepojętego – wyjaśnił z nutką rezygnacji – to zstąpienie ducha, akt przełamania barier naszej percepcji. Jest to moment, w którym ludzkie postrzeganie sięga granic. Czarownicy ćwiczą się w sztuce wysyłania zwiadowców, szperaczy, którzy penetrują granice percepcji. Właśnie dlatego lubię wiersze: traktuję je jak moich wysłańców. Oczywiście, jak ci już powiedziałem, czarownicy dużo lepiej od poetów wiedzą, co tacy zwiadowcy potrafią. Wczesnym wieczorem don Juan powiedział, że mamy wiele spraw do omówienia, i zaproponował mi mały spacer. W moim umyśle działo się coś niepojętego. Już wcześniej zauważyłem u siebie dziwną powściągliwość, która to słabła, to przybierała na sile. Początkowo sądziłem, że to zwykłe fizyczne zmęczenie, które zaciemnia mi umysł – tak jednak nie było, jako że myśli formułowałem z niebywałą precyzją. Doszedłem więc do przekonania, że ta osobliwa rezerwa powstała za sprawą osiągnięcia odmiennego stanu świadomości. Wyszliśmy z domu i zaczęliśmy się przechadzać po miejscowym rynku. Nim don Juan zdążył się odezwać, pośpiesznie spytałem go 0 ogarniające mnie poczucie oderwania. Odrzekł, że jest to objaw przemieszczenia energii: kiedy wyzwoli się energię wykorzystywaną za zwyczaj do utrzymywania punktu scalającego w ustalonej pozycji, koncentruje się ona automatycznie na złączu z intencją. Zapewnił mnie, że nie istnieją metody ani techniki, dzięki którym czarownik mógłby się nauczyć na zapas jak przesuwać energię z miejsca na miejsce – ruch ten odbywa się automatycznie wraz z osiągnięciem określonego poziomu sprawności. Zainteresowało mnie, co ten poziom sprawności oznacza. Czyste zrozumienie, odrzekł don Juan. Aby energia przemieściła się w ten sposób, musimy wpierw oczyścić nasze złącze z intencją. Żeby tego dokonać, powinniśmy to tylko, za pomocą czystego zrozumienia, zaplanować. Chciałem, oczywiście, by wytłumaczył mi, czym jest czyste zrozumienie. Zaśmiał się i usiadł na ławce. – Opowiem ci o czarownikach i ich magicznych czynach coś niezwykle ważnego – powiedział. – O tym, jak ich myśl wykracza poza granice rozumu. Niektórzy czarownicy, wyjaśnił, są gawędziarzami. Snucie historii to dla nich nie tylko wysyłanie zwiadowców badających granice ich percepcji, ale także sposób Osiągnięcia doskonałości, zdobycia mocy i dotarcia do ducha. Milczał przez chwilę, najwidoczniej szukając odpowiedniego przykładu. Przypomniał mi, że Indianie Yaqui wyróżniają pewien zbiór zdarzeń z historii, nazywany przez nich „pamiętnymi datami”. Wiedziałem, że są to ustne relacje z historii ich narodu, z czasów prowadzenia wojen z najeźdźcami: najpierw Hiszpanami, potem Meksykanami. Don Juan, który sam był Yaqui, podkreślał, że pamiętne daty opisują klęskę i rozpad jego plemienia. – A więc co ty, człowiek wykształcony, powiedziałbyś o czarowniku-gawędziarzu, który przypominając jakąś pamiętną datę, na przykład, historię Calixto Muni, zmieniłby jej zakończenie? Jednym słowem, zamiast opowiedzieć, jak to Calixto Muni został oprawiony i poćwiartowany przez hiszpańskich katów, co rzeczywiście się zdarzyło, przedstawiłby Calixta Muni jako zwycięskiego buntownika, który obdarza swój lud wolnością? Znałem tę historię. Calixto Muni był Indianinem Yaqui, który aby nauczyć się sztuki wojennej, pływał długie lata po Morzu Karaibskim na statku pirackim. Kiedy powrócił do rodzinnej Sonory, zdołał wszcząć bunt przeciwkoHiszpanom i ogłosić wojnę o niepodległość, po to tylko, by zostać zdradzonym, pojmanym i straconym. Don Juan nakłaniał mnie, bym to skomentował. Powiedziałem, że tego rodzaju modyfikacja prawdziwej historii może być środkiem psychologicznym, pobożnym życzeniem czarownika. Albo, być może, w ten dziwaczny sposób ów bajarz radził sobie z własną frustracją. Dodałem, że można by nazwać tego czarownika patriotą, który nie umie przełknąć goryczy porażki. Don Juan pokładał się ze śmiechu. – Ale to nie jest kwestia jednego czarownika – gawędziarza – argumentował. – Oni wszyscy robią to samo. -– W takim razie jest to przykład społecznie usankcjonowanego środka, poprzez który cała społeczność daje wyraz swym pobożnym życzeniom – odparłem. – Powszechnie akceptowany sposób zbiorowego uwolnienia się od psychicznego stresu. – Mówisz gładko, przekonująco i rozsądnie – odpowiedział don Juan. – Ponieważ jednak twój duch jest martwy, nie potrafisz dostrzec swego błędu. Wpatrywał się we mnie, jakby chciał wyczarować moje zrozumienie. Nie odzywałem się, gdyż mówiąc, nie umiałbym ukryć rozdrażnienia. – Czarownik-gawędziarz, który zmienia zakończenie „rzeczywistej” relacji – powiedział w końcu don Juan – czyni to pod kierunkiem i patronatem ducha. Ponieważ potrafi manipulować swą nieuchwytną więzią z intencją, umie naprawdę zmieniać bieg rzeczy. Kiedy czarownik-gawędziarz chce zasygnalizować swoją intencję takiego czynu, zdejmuje z głowy kapelusz, kładzie go na ziemi i
obraca o pełne trzysta sześćdziesiąt stopni w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Dzięki tej prostej, wykonywanej w imię ducha czynności, czarownik staje się jednością z duchem: myślą sięga tego, co niepojęte. Don Juan uniósł r ękę ponad głowę i wskazał na niebo nad horyzontem. – Jego czyste zrozumienie jest zwiadowcą, penetrującym ten ogrom w oddali – dodał. – Dzięki niemu czarownik-gawędziarz nie ma nawet cienia wątpliwości, że w jakiś sposób gdzieś tam, w bezkresie, w tej właśnie chwili zstąpił duch. Oto Calixto Muni zwyciężył i wyzwolił swój lud. Wyznaczając swój cel przekroczył własne granice.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s