Fragment „Opowieści o mocy” Carlosa Castanedy”

Pięć przymiotów ma samotny ptak:
Pierwszy – wzlatuje najwyżej,
drugi – nie tęskni za towarzystwem, nawet podobnych sobie,
trzeci – dziobem mierzy w niebo,
czwarty – nie ma określonego koloru,
 i piąty – śpiewa bardzo cicho.
Św. Jan od Krzyża, Dichos de Luzy Amor
Spotkanie z wiedzą 
Była jesień 1971 roku. Nie widziałem don Juana od kilku miesięcy. Sądziłem, że przebywa w domu don Genaro w środkowym Meksyku. Zamierzałem go odwiedzić, poczyniłem więc przygotowania do sześcio– lub siedmiodniowej podróży. Jednak wczesnym popołudniem drugiego dnia, powodowany jakimś dziwnym impulsem, zatrzymałem się przy domu don Juana w Sonorze. Zaparkowałem samochód i pozostały kawałek przeszedłem na piechotę. Ku mojemu zdziwieniu, zastałem go w domu.
 – Don Juan! Nie spodziewałem się, że cię tutaj znajdę – powiedziałem.Roześmiał się. Moje zaskoczenie rozbawiło go. Siedział przed frontowymi drzwiami na pustej skrzynce na mleko. Wyglądało, jakby na mnie czekał. W sposobie, w jaki mnie powitał, ujawniała się radość z poczucia osiągniętego celu. Zdjął kapelusz i wykonał nim zamaszysty, komiczny gest. Potem włożył go z powrotem i zasalutował. Siedział na skrzynce jak na siodle, opierając się o ścianę.
 – Siadaj, siadaj – zaprosił jowialnie.
– Miło cię znowu widzieć. – Jechałbym na darmo cały ten kawał drogi do don Genaro – stwierdziłem.
– A potem musiałbym wracać do Los Angeles. Dzięki temu, że cię tutaj znalazłem, oszczędziłem sobie dobrych kilku dni jazdy. 
– I tak udałoby ci się mnie znaleźć – odparł tajemniczo
– ale powiedzmy, że jesteś mi winien te sześć dni, których byś potrzebował, żeby tam dotrzeć. Powinieneś wykorzystać ten czas na coś bardziej interesującego niż naciskanie pedału gazu w samochodzie.W uśmiechu don Juana pojawiła się jakaś obietnica. Udzielił mi się jego dobry nastrój. 
– A gdzie twoje przybory do pisania? – zapytał.Odpowiedziałem, że zostawiłem je w samochodzie. Don Juan uznał, że wyglądam bez nich nienaturalnie i kazał mi po nie iść. 
– Skończyłem pisać książkę – stwierdziłem.Obrzucił mnie długim, dziwnym spojrzeniem wywołującym swędzenie w dołku. Poczułem, jakby jakimś miękkim przedmiotem naciskał mnie w okolicy pępka. Zrobiło mi się niedobrze. Gdy don Juan odwrócił po chwili głowę, odzyskałem dobre samopoczucie.Chciałem porozmawiać o mojej książce, ale on uśmiechnął się i wykonał gest dający mi do zrozumienia, że nie chce, abym o tym mówił. Był w uroczym, beztroskim nastroju. Natychmiast wciągnął mnie w niezobowiązującą rozmowę o ludziach i bieżących wydarzeniach.W końcu udało mi się skierować konwersację na interesujący mnie temat. Najpierw stwierdziłem,że po przejrzeniu wczesnych notatek zdałem sobie sprawę, że już od samego początku naszej znajomości przekazywał mi szczegółowy opis świata czarowników. W świetle tego, co mówił mi na tamtym etapie, zacząłem podawać w wątpliwość rolę roślin halucynogennych. 
– Dlaczego tyle razy kazałeś mi zażywać rośliny mocy? – zapytałem.Zaśmiał się i łagodnie wytłumaczył: 
– Bo jesteś głupi.Od razu usłyszałem, co powiedział, ale chcąc się upewnić, udałem, że nie zrozumiałem. 
– Proszę? – zapytałem. 
– Wiesz, co powiedziałem – odparł i podniósł się. Przechodząc, poklepał mnie po głowie. 
– Jesteś dość niemrawy – stwierdził – nie miałem innego sposobu, żeby tobą wstrząsnąć. 
– Więc to wszystko nie było konieczne? – zapytałem. 
– W twoim przypadku było. Jednak niektórzy ludzie tego nie potrzebują.Stanął obok mnie, patrząc na wierzchołki krzaków rosnących po lewej stronie domu. Potem znowu usiadł i zaczął mówić o swoim drugim uczniu, Eligio. Powiedział, że od kiedy został jego uczniem,tylko raz zażywał rośliny psychotropowe, a jednak uzyskał chyba wyższy stopień zaawansowania ode
mnie. 
– Wrażliwość stanowi cechę wrodzoną niektórych ludzi – powiedział. – Ale nie twoją. Moją też nie.W ostatecznym rozrachunku nie znaczy jednak zbyt wiele. 
– Wobec tego co ma znaczenie? – zapytałem. Zdawał się szukać właściwej odpowiedzi. 
– Liczy się to, że wojownik jest nieskazitelny – powiedział w końcu. – Ale to tylko gadanie, szukanie celu po omacku. Osiągnąłeś już kilka umiejętności czarownika i myślę, że nadszedł czas, aby wspomnieć o tym, co ma największe znaczenie. Wobec tego powiem ci, że dla wojownika najważniejsze jest odkrycie pełni samego siebie. 
– Co to jest pełnia samego siebie, don Juanie? – Powiedziałem ci, że teraz tylko o tym wspomnę. W twoim życiu ciągle plącze się mnóstwo niedokończonych wątków, które musisz uporządkować, zanim zaczniemy rozmawiać o pełni samego siebie.Na tym zakończył rozmowę. Gestem ręki dał mi do zrozumienia, żebym przestał mówić. Widocznie coś lub ktoś znajdował się w pobliżu, bo don Juan przechylił głowę w lewo, jakby nasłuchując.Widziałem białka jego oczu, kiedy skupiał wzrok na zaroślach za domem. Przez kilka chwil słuchał uważnie, po czym wstał, podszedł do mnie i szepnął mi do ucha, że musimy opuścić dom i pójść na spacer. 
– Czy coś jest nie w porządku? – zapytałem również szeptem. 
– Nie. Wszystko w porządku – powiedział. – Tak sądzę.Zaprowadził mnie w pustynny chaparral. Szliśmy może przez pół godziny, aż dotarliśmy do niewielkiego, niczym nie porośniętego placu. Miał około czterech metrów średnicy i pokrywał go mocno ubity i idealnie wyrównany czerwonawy pył. Nic jednak nie wskazywało na to, że miejsce to oczyściła i wyrównała jakaś maszyna. Don Juan usiadł w samym środku placu, twarzą na południowy wschód. Wskazał mi miejsce jakieś półtora metra od siebie i poprosił, żebym je zajął i zwrócił się w jego stronę. 
– Co będziemy robić? – zapytałem. 
– Dzisiejszego wieczoru jesteśmy tu umówieni – odpowiedział.Zbadał otoczenie, rzucając krótkie spojrzenia i obracając się dookoła, aż znowu usiadł twarzą na południowy wschód.Jego ruchy zaalarmowały mnie. Zapytałem go, z kim jesteśmy umówieni. 
– Z wiedzą – rzekł. – Powiedzmy, że w pobliżu grasuje wiedza.Nie pozwolił mi uczepić się tej tajemniczej odpowiedzi. Szybko zmienił temat i wesoło zachęcił mnie, abym zachowywał się naturalnie i swobodnie. Powiedział, żebym robił notatki i rozmawiał, tak jakbyśmy byli w domu.W owym czasie najbardziej intrygowało mnie żywe wrażenie “rozmowy” z kojotem sprzed sześciu miesięcy. Tamto wydarzenie oznaczało, że po raz pierwszy dzięki własnym zmysłom i w pełni świadomości udało mi się zwizualizować czy też uchwycić obraz świata czarowników, w którym porozumiewanie się ze zwierzętami za pomocą mowy było czymś oczywistym. 
– Nie będziemy się zajmować tego rodzaju doświadczeniami – stwierdził don Juan po usłyszeniu mojego pytania. – Nie jest wskazane, żebyś sobie folgował, koncentrując się na wydarzeniach z przeszłości. Możemy o nich wspomnieć, ale tylko wtedy, kiedy mają związek z czymś innym. 
– Ale dlaczego, don Juanie? – Nie masz jeszcze wystarczającej mocy, żeby poznać wyjaśnienie czarowników. – A więc ono istnieje! 
– Oczywiście. Czarownicy są ludźmi. Jesteśmy stworzeniami myślącymi i poszukujemy odpowiedzi. – Miałem wrażenie, że moją wielką wadą jest właśnie szukanie wyjaśnień. 
– Nie. Twoją wadą jest poszukiwanie wygodnych wyjaśnień, takich, które ci odpowiadają i pasują do twojego świata. Mam jedynie obiekcje co do twojego racjonalizmu. Czarownik w swoim świecie również tłumaczy pewne zjawiska, ale jest bardziej elastyczny niż ty. 
– W jaki sposób mogę poznać wyjaśnienie czarowników? 
– Gromadząc osobistą moc. Osobista moc sprawi, że uzyskasz je z wielką łatwością. Jednak nie jest ono tym, co ty nazwałbyś wyjaśnieniem. Tym nie mniej czyni świat i jego tajemnice, jeśli  nie jasnymi, to przynajmniej nie tak przerażającymi. Taka powinna być istota wyjaśnienia, ale to nie jest to, czego szukasz. Ty uganiasz się za odbiciem swoich wyobrażeń.Straciłem zapał do zadawania dalszych pytań, ale uśmiech don Juana zachęcał mnie do mówienia.Następna wielka tajemnica, jaką chciałem rozwiązać, łączyła się z jego przyjacielem, don Genaro i niezwykłymi efektami wywoływanymi przez jego moc. Za każdym razem, kiedy go spotykałem,doświadczałem najdziwaczniejszych zniekształceń działania swych zmysłów.Kiedy zadałem pytanie, don Juan roześmiał się. 
– Genaro jest zdumiewający – powiedział. – Ale na razie, nie ma sensu mówić ani o nim, ani o tym,co z tobą robi. W tym przypadku również nie masz wystarczającej mocy osobistej, ażeby to zrozumieć. Zaczekaj, aż ją zdobędziesz, a wtedy porozmawiamy. 
– A jeśli nigdy mi się to nie uda? 
– Jeśli nigdy ci się nie uda, to nigdy nie będziemy o tym mówić. 
– A czy w tym tempie, w jakim robię postępy, zdobędę kiedykolwiek wystarczającą osobistą mocą? – zapytałem. 
– To zależy od ciebie – odparł. – Udzieliłem ci wszystkich potrzebnych informacji. Teraz twoim obowiązkiem jest zdobycie takiej osobistej mocy, żeby móc przechylić szalę. 
– Posługujesz się metaforami – stwierdziłem. – Powiedz mi wprost. Dokładnie mi wyjaśnij, co powinienem zrobić. A jeśli mi już mówiłeś, to załóżmy, że zapomniałem.Don Juan zachichotał i położył się, kładąc ręce pod głowę. 
– Dobrze wiesz, co masz robić – rzekł. Odparłem, że czasami wydaje mi się, że wiem, ale w większości przypadków brakuje mi pewności siebie. 
– Obawiam się, że mylisz pewne rzeczy – powiedział don Juan. – Pewność siebie wojownika nie jest pewnością siebie przeciętnego człowieka. Zwykły człowiek pragnie potwierdzenia w oczach innych i nazywa to pewnością siebie. Wojownik poszukuje nieskazitelności przed samym sobą i nazywa to skromnością. Przeciętny człowiek trzyma się kurczowo swoich współbraci, podczas gdy wojownik polega tylko na sobie. Chcesz schwytać tęczę. Uganiasz się za pewnością siebie przeciętnego człowieka, a powinieneś poszukiwać skromności wojownika. Pomiędzy nimi istnieje zasadnicza różnica. Pewność siebie oznacza, że wie się coś na pewno, a skromność polega na nieskazitelności czynów i uczuć. 
– Usiłuję żyć zgodnie z twoimi wskazaniami – powiedziałem. – Może nie jestem najlepszy, ale daję z siebie wszystko. Czy to jest nieskazitelność? 
– Nie. Musisz postarać się o coś więcej. Cały czas musisz przekraczać swoje ograniczenia. 
– Ale to szaleństwo, don Juanie. Nikt tego nie może zrobić. 
– Jest wiele rzeczy, które teraz robisz, a które dziesięć lat temu wydawały ci się szaleństwem. One się nie zmieniły, zmieniło się twoje wyobrażenie o sobie. To, co kiedyś było niemożliwe, dzisiaj jest w twoim zasięgu. Twoja pełna przemiana to zapewne tylko kwestia czasu. W tym przypadku jedyną możliwością, jaką ma wojownik, jest bezkompromisowe i konsekwentne postępowanie. Znasz ścieżkę wojownika na tyle, żeby postępować zgodnie z nią, ale przeszkadzają ci stare nawyki i rutyna.Zrozumiałem, co don Juan miał na myśli. 
– Czy uważasz, że pisanie jest jednym ze starych nawyków, który powinienem porzucić? –zapytałem. – Czy mam zniszczyć swój nowy rękopis? Nic nie odpowiedział. Wstał, odwrócił się i spojrzał na chaparral.Powiedziałem mu, że od wielu ludzi dostałem listy zwracające mi uwagę na to, iż pisanie o mojej nauce u niego jest czymś niewłaściwym. Powoływano się w nich na mistrzów ezoterycznych doktryn wschodu, którzy żądają od ucznia dochowania absolutnej tajemnicy. 
– Może ci mistrzowie po prostu folgują sobie w byciu mistrzami – powiedział don Juan, nie patrząc
na mnie. – Ja nie jestem mistrzem, tylko wojownikiem. Więc naprawdę nie wiem, co sądzi mistrz. 
– Lecz może nie powinienem ujawniać pewnych rzeczy, don Juanie. – Nie ma znaczenia, co się ujawnia, a co się zatrzymuje dla siebie – powiedział. – Wszystko, co robimy, wszystko, czym jesteśmy, opiera się na naszej osobistej mocy. Jeśli mamy jej odpowiednio dużo, wystarczy jedno słowo, żeby zmienić bieg całego naszego życia. Lecz jeśli nie dysponujemy nią,to choćby wyjawiono nam największą mądrość, takie objawienie niczego, do cholery, nie zmieni.Potem zniżył głos, jakby wyjawiał mi jakąś tajemnicę. 
– Przekażę ci teraz chyba największą mądrość, jaką można wypowiedzieć – rzekł. – I zobaczmy,co ci to da.Czy wiesz, że w tej właśnie chwili otacza cię wieczność? I czy wiesz, że jeśli tylko zapragniesz,możesz ją wykorzystać?Po długiej przerwie, w czasie, której subtelnym ruchem oczu zachęcał mnie do wypowiedzi,stwierdziłem, że nie rozumiem, o czym mówi. 
– Tam! Wieczność jest tam! – powiedział, wskazując linię horyzontu. Potem pokazał zenit. – Albo tam. Możemy także powiedzieć, że wieczność jest taka. – Rozłożył ramiona, wyznaczając nimi wschód i zachód.Popatrzyliśmy na siebie. W jego oczach widziałem tylko pytanie. 
– I co na to powiesz? – zachęcił mnie do zastanowienia się nad jego słowami. Nie wiedziałem, co powiedzieć. – Czy wiesz, że możesz przez całą wieczność rozprzestrzeniać się w każdym z kierunków, które wskazałem? – kontynuował. – Czy wiesz, że jedna chwila może być wiecznością? To nie zagadka, to fakt – ale tylko wtedy, jeśli wejdziesz w tę chwilę i użyjesz jej do przeniesienia pełni siebie w dowolnym kierunku, na zawsze.Don Juan wpatrywał się we mnie. – Nie wiedziałeś tego wcześniej – powiedział, uśmiechając się. – Teraz już wiesz. Odkryłem to przed tobą, ale nic się nie zmieniło, ponieważ nie masz wystarczająco dużo osobistej mocy, żeby skorzystać z mojego daru. Gdybyś jednak miał tę moc, same słowa wystarczyłyby ci do osiągnięcia pełni siebie i wyprowadzenia jej najważniejszej części poza granice, w których się zawiera.Podszedł do mnie i leciutko szturchnął mnie palcami w klatkę piersiową. 
– To są właśnie granice, o których mówiłem – powiedział. – Można wyjść poza nie. Jesteśmy uczuciem, świadomością zamkniętą tutaj.Klepnął mnie po ramionach. Notes i ołówek upadły mi na ziemię. Don Juan postawił stopę na notesie, popatrzył na mnie i roześmiał się.Zapytałem, czy ma coś przeciwko temu, że robię notatki. Uspokajającym tonem zaprzeczył i przesunął nogę. – Jesteśmy świetlistymi istotami – powiedział, rytmicznie kiwając głową. – A dla świetlistej istoty liczy się tylko osobista moc. Ale jeśli mnie spytasz, czym jest ta moc, muszę cię uprzedzić, że moje wyjaśnienie tego ci nie wytłumaczy.Don Juan spojrzał na zachodni horyzont i powiedział, że do końca dnia zostało nam jeszcze kilka godzin. 
– Musimy tu zostać dłużej – wyjaśnił. – Wobec tego, albo posiedzimy w milczeniu, albo będziemy rozmawiać. W ciszy nie czujesz się naturalnie, więc dalej rozmawiajmy. To miejsce jest miejscem mocy i musi przyzwyczaić się do nas, zanim zapadnie noc. Masz tu siedzieć tak swobodnie, jak tylko się da, nie bojąc się i nie niecierpliwiąc. Wydaje mi się, że dla ciebie najlepszym sposobem odprężenia się jest robienie notatek, pisz więc sobie, ile tylko dusza zapragnie. Jednak już po chwili don Juan odezwał się: 
– A teraz może byś mi opowiedział o swoim śnieniu.Nagła zmiana tematu zaskoczyła mnie. Don Juan powtórzył swoją prośbę. Miałem o czym opowiadać, ponieważ śnienie polegało na utrzymywaniu specjalnej kontroli nad snami doprowadzającej do tego, że to, czego się w nich doświadczało, zyskiwało taką samą wartość jak przeżycia na jawie. Czarownicy twierdzili, że dzięki śnieniu normalne kryteria pozwalające na odróżnianie snu od rzeczywistości przestają funkcjonować.Praktyka śnienia don Juana była ćwiczeniem polegającym na odnajdywaniu we śnie własnych rąk.Inaczej mówiąc, należało celowo śnić, że szuka się i napotyka wzrokiem własne ręce, a potem podnosi się je na wysokość oczu.Po latach bezowocnych prób w końcu udało mi się tego dokonać. Teraz zrozumiałem, że osiągnąłem cel dopiero wtedy, kiedy do pewnego stopnia zdobyłem kontrolę nad swym życiem.Don Juan chciał poznać wszystkie kluczowe etapy mojej praktyki. Zacząłem od tego, że wydanie sobie polecenia poszukiwania własnych rąk często sprawiało mi trudność nie do pokonania. Don Juan ostrzegł mnie, że podczas wstępnej, przygotowawczej fazy, którą nazywał ustawianiem śnienia, toczy się śmiertelna gra, którą umysł prowadzi z samym sobą – pewna część mnie zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby nie pozwolić mi wykonać tego zadania. Mogłem utracić poczucie sensu życia, wpaść w melancholię albo nawet wykazywać skłonności samobójcze. Na szczęście nie doszło do tego. Chociaż moje doświadczenia miały raczej przyjemny charakter, to jednak rezultaty były równie przygnębiające.Za każdym razem, kiedy już miałem spojrzeć na ręce, wydarzało się coś niezwykłego: zaczynałem latać, sen zamieniał się w koszmar albo też po prostu przeżywałem bardzo przyjemne doznania fizyczne. Wszystko, co mi się śniło, było tak żywe, tak dalece wychodziło poza moje codzienne doświadczenia, że stawało się niesłychanie absorbujące. W takiej nowej sytuacji zawsze zapominałem o pierwotnym zamiarze obserwowania rąk.Pewnej nocy śniło mi się, że spaceruję po nieznanej ulicy obcego miasta. Nieoczekiwanie udało mi się unieść ręce na wysokość oczu. Wtedy poczułem, jakby coś dało we mnie za wygraną i pozwoliło mi obejrzeć wierzch dłoni.Wskazówki don Juana mówiły, że w wypadku gdyby obraz rąk stawał się niewyraźny albo gdyby się zaczął zmieniać w coś innego, mam przesunąć wzrok na inny element otoczenia. W tym konkretnym śnie przeniosłem wzrok na budynek na końcu ulicy, a kiedy i jego obraz zaczął się rozmywać, skupiłem uwagę na innym szczególe. Końcowym rezultatem śnienia był niewiarygodnie przejrzysty, złożony widok opustoszałej ulicy w jakimś nieznanym, obcym mieście.Don Juan polecił mi, żebym dalej relacjonował swoje doświadczenia. Rozmawialiśmy tak przez długi czas.Kiedy skończyłem, wstał i poszedł w krzaki. Ja również wstałem. Byłem zdenerwowany, chociaż nie miałem ku temu żadnych podstaw – nie było widać niczego, co mogłoby budzić niepokój. Don Juan zaraz wrócił i zauważył mój stan. 
– Uspokój się – powiedział, delikatnie ujmując mnie za ramię.Posadził mnie, położył notes na podołku i zachęcił do pisania. Stwierdził, że nie powinienem naruszać spokoju miejsca mocy zbędnymi lękami czy niepewnością. 
– Dlaczego tak się denerwuję? – zapytałem. 
– To naturalne – powiedział don Juan. – Coś w tobie przeraziło się tym, co robisz podczas śnienia.Dopóki o tym nie myślałeś, czułeś się dobrze, ale teraz, kiedy ujawniłeś swoje poczynania, jesteś bliski omdlenia.Każdy wojownik ma swój własny sposób śnienia. Każdy z nich jest inny. Jedyną wspólną nam wszystkim cechą jest to, że robimy różne sztuczki, żeby się zmusić do zaprzestania poszukiwań.Przeciwdziałać temu może tylko wytrwałość, na przekór wszelkim przeszkodom i rozczarowaniom.Potem don Juan zapytał mnie, czy potrafię wybierać tematy śnienia. Stwierdziłem, że nie mam najmniejszego pojęcia, jak się to robi. 
– Wyjaśnienie czarowników dotyczące wyboru tematów śnienia mówi, że wojownik, w chwili kiedy zarzuca wewnętrzny dialog, celowo utrzymuje dany obraz w umyśle – powiedział. – Innymi słowy, jeśli nawet przez chwilę potrafi nie rozmawiać ze sobą i w tym samym czasie utrzymywać obraz lub myśl o tym, o czym chce śnić, to pożądany temat przychodzi do niego. Jestem pewien, że robiłeś to, chociaż nie byłeś świadomy.Nastąpiła długa przerwa, po czym don Juan zaczął obwąchiwać teren. Wyglądało to tak, jakby czyścił nos. Trzy czy cztery razy z wielką siłą zrobił wydech przez nos. Mięśnie jego brzucha ogarnęły skurcze, które opanowywał, biorąc krótkie hausty powietrza. 
– Nie będziemy więcej ‚rozmawiać o śnieni u – powiedział. – Mogłoby się stać twoją obsesją. Jeśli chce się odnieść sukces, to powinien on przyjść łagodnie, z wielkim wysiłkiem, ale bez napięcia.
Wstał i podszedł do krzaków. Pochylił się i zajrzał w nie. Wydawało się, że bada coś pośród liści,nie dotykając ich jednak. 
– Co robisz? – zapytałem, nie mogąc powstrzymać ciekawości.Odwrócił się do mnie i uniósł brwi. 
– Krzaki są pełne dziwnych rzeczy – powiedział, siadając na swoim miejscu.Jego ton był tak niedbały, że przeraził mnie bardziej niż gdyby wydał nagły krzyk. Notes i ołówek wypadły mi z rąk. Don Juan roześmiał się i naśladując moją minę, powiedział, że wyolbrzymione reakcje są jednym z nieuporządkowanych wątków ciągle istniejących w moim życiu.Chciałem podjąć ten temat, ale nie pozwolił mi mówić. 
– Niewiele już pozostało nam dziennego światła – powiedział. – Są inne rzeczy, którymi powinniśmy się zająć, zanim zapadnie zmierzch.Potem dodał, że sądząc po efektach śnienia, musiałem się nauczyć na życzenie zatrzymywać wewnętrzny dialog. Potwierdziłem jego przypuszczenie.Na początku naszej znajomości don Juan opisał także inną praktykę – pokonywanie długich odcinków drogi bez skupiania wzroku na określonym fragmencie krajobrazu. Zalecał, żeby nie patrzeć na nic bezpośrednio, ale lekko zezować. Otrzyma się wtedy peryferyjny obraz wszystkiego, co znajduje się w polu widzenia. Chociaż wtedy tego nie zrozumiałem, zapewniał mnie, że jeśli utrzymuje się zezujące spojrzenie w punkcie tuż nad horyzontem, można w jednej chwili zobaczyć wszystko, co znajduje się przed oczami. Twierdził, że to jedyny sposób odcięcia wewnętrznego dialogu. Zazwyczaj pytał mnie o postępy, jakie czyniłem w tym ćwiczeniu, jednak po jakimś czasie zaniechał tego.Powiedziałem don Juanowi, że przez całe lata stosowałem tę metodę i nie zauważyłem żadnych zmian, których się zresztą nie spodziewałem. Pewnego dnia jednak, zaszokowany, uzmysłowiłem sobie, że właśnie przeszedłem dziesięć minut, nie powiedziawszy do siebie ani słowa. Wtedy uświadomiłem sobie również, że zatrzymanie wewnętrznego dialogu jest czymś więcej niż tylko usunięciem wypowiadanych do siebie słów. Zatrzymał się cały proces mojego myślenia. Czułem, że jestem zawieszony w powietrzu i się unoszę. Z tej świadomości wyłoniło się uczucie paniki, musiałem więc jako antidotum rozpocząć od nowa wewnętrzny dialog. 
– Mówiłem ci, że to właśnie wewnętrzny dialog nas uziemia – powiedział don Juan. – Świat jest taki albo inny tylko dlatego, że mówimy sobie, iż jest taki czy inny.Don Juan wyjaśnił, że przejście do świata czarowników otwiera się wtedy, kiedy wojownik nauczy się powstrzymywać wewnętrzny dialog. 
– Zmiana wyobrażenia o świecie stanowi istotę magii – stwierdził. – A zatrzymanie wewnętrznego dialogu jest jedynym sposobem umożliwiającym jej dokonanie. Reszta to tylko lanie wody. Teraz wiesz, że nic, co widziałeś ani co robiłeś, z wyjątkiem zatrzymania wewnętrznego dialogu, samo z siebie nie mogło niczego w tobie zmienić, nie mogło też zmienić twojego wyobrażenia o świecie.Istotne jest to, żeby zmiana ta nie następowała w nagły sposób. Teraz jesteś w stanie zrozumieć,dlaczego nauczyciel nie przykręca śruby uczniowi. Prowadziłoby to jedynie do obsesji i choroby.Don Juan zapytał o szczegóły innych doświadczeń związanych z przerwaniem wewnętrznego dialogu. Zrelacjonowałem mu wszystko, co mogłem sobie przypomnieć.Rozmawialiśmy tak długo, aż zrobiło się ciemno i nie mogłem już swobodnie robić notatek.Musiałem zwracać baczną uwagę na to, co piszę, co mnie rozpraszało. Don Juan zauważył to i zaczął się śmiać. Stwierdził, że uzyskałem także inną magiczną umiejętność – pisania bez koncentrowania się. W chwili gdy to powiedział, zdałem sobie sprawę, że normalnie rzeczywiście nie zwracałem uwagi na samą czynność sporządzania notatek. Wyglądało to tak, jakby była ona odrębną aktywnością, z którą nie miałem nic wspólnego. Poczułem się dziwnie.Don Juan poprosił, żebym usiadł przy nim w środku koła. Powiedział, że jest zbyt ciemno i nie jestem już bezpieczny, siedząc tak blisko chaparralu. Po plecach przebiegły mi ciarki i jednym skokiem znalazłem się obok niego. Polecił mi skierować się na południowy wschód i poprosił, żebym nakazał sobie milczenie i wyciszył myśli. Z początku nie udawało mi się to, byłem zniecierpliwiony. Don Juan odwrócił się do mnie tyłem i kazał mi oprzeć się o swoje plecy. Powiedział, że kiedy już uciszę myśli,mam mieć oczy otwarte i patrzeć na krzewy na południowym wschodzie. Tajemniczym tonem dodał,że przygotował dla mnie specjalne zadanie. Jeśli je rozwiążę, będę gotowy do przejścia na kolejny poziom świata czarowników. Bez przekonania zapytałem, na czym ma polegać to zadanie. Don Juan zachichotał. Czekałem na jego odpowiedź i nagle coś się we mnie wyłączyło – znalazłem się w stanie zawieszenia. Usłyszałem miliard hałasów dochodzących z chaparralu, jakby ktoś wyjął mi zatyczki z uszu. Dźwięków było tak dużo, że nie mogłem ich odróżnić od siebie. Poczułem, że zasypiam, gdy nagle coś zwróciło moją uwagę. To coś nie wymagało myślenia. Nie było ani wizją, ani częścią krajobrazu, a jednak absorbowało uwagę. Byłem całkowicie rozbudzony. Wzrok miałem skoncentrowany nieco powyżej chaparralu, ale nie patrzyłem, nie myślałem ani też nie mówiłem do siebie. Odczuwałem wyraźne wrażenia cielesne, które nie potrzebowały słów. Czułem, że pędzę przez coś nieokreślonego. Możliwe,że poruszało się to, co zwykle było moimi myślami. W każdym razie miałem wrażenie, że spadam, że dzę razem z jakąś lawiną. Poczułem ucisk w żołądku. Coś wciągało mnie w chaparral.Rozróżniałem przed sobą ciemny zwał krzewów, nie była to jednak zwykła, jednolita masa. Widziałem każdy pojedynczy krzak, jakbym patrzył na nie późnym popołudniem. Zdawały się poruszać. Ich listowie wyglądało jak unoszone przez wiatr w moim kierunku czarne spódnice ale wiatru nie było.Pochłonął mnie ich hipnotyzujący ruch. Ta pulsująca fala zdawała się przybliżać je do mnie. W pewnej chwili zauważyłem jaśniejszą sylwetkę, jakby nałożoną na ciemne kształty krzaków. Skoncentrowałemwzrok w miejscu tuż przy niej i zauważyłem otaczający ją żółtawo-zielonkawy blask. Potem spojrzałem zezem i doszedłem do wniosku, że jaśniejsza sylwetka jest człowiekiem chowającym się za gałęziami.W tym momencie znajdowałem się w nadzwyczaj osobliwym stanie świadomości. Byłem świadomy otoczenia i mentalnego procesu, który we mnie wywoływało, jednak nie myślałem tak jak zwykle. Naprzykład, kiedy zdałem sobie sprawę, że sylwetka na tle krzaków jest człowiekiem, przypomniałem sobie inną sytuację na pustyni. Idąc nocą z don Genaro przez chaparral, zauważyłem, że za nami wśród krzewów chowa się człowiek, ale w chwili kiedy spróbowałem racjonalnie wyjaśnić to zjawisko,straciłem go z oczu. Tym razem byłem jednak lepszy, nie chciałem niczego wyjaśniać ani o niczym myśleć. Przez chwilę miałem wrażenie, że potrafię przytrzymać tego człowieka i zmusić go do pozostania tam, gdzie się znajdował. Potem poczułem w dołku dziwny ból. Coś się we mnie jakby rozrywało i nie mogłem już dłużej napinać mięśni brzucha. Dokładnie w tym samym momencie, kiedy się poddałem, z chaparralu wyleciał na mnie ciemny kształt gigantycznego ptaka albo jakiegoś latającego zwierzęcia. Wyglądało to tak, jakby człowiek przybrał jego formę. Wyraźnie i świadomie doświadczałem uczucia strachu. Gwałtownie zaczerpnąłem powietrza, wydałem głośny krzyk i upadłem na plecy.Don Juan pomógł mi wstać. Jego twarz znalazła się tuż przy mojej. Śmiał się. 
– Co to było?! – wykrzyknąłem.Uciszył mnie, kładąc mi dłoń na ustach. Zbliżył wargi do mojego ucha i wyszeptał, że musimy opuścić to miejsce spokojnie i bez pośpiechu, jakby nic się nie stało.Szliśmy obok siebie. Jego krok był swobodny i rytmiczny. Kilkakrotnie gwałtownie się odwracał. Ja robiłem to samo i dwa razy uchwyciłem obraz ciemnej masy, która zdawała się podążać za nami. Za plecami usłyszałem głośny i przerażający pisk. Przeżyłem chwilę wielkiego przerażenia. Przez mięśnie brzucha przebiegły mi skurcze. Powtarzały się falami, narastając, aż w końcu zmusiły moje ciało dobiegu.Jedynym sposobem opisania tego, jak zareagowałem, jest zastosowanie terminologii don Juana.Mogę więc powiedzieć, że z powodu strachu moje ciało było w stanie wykonać to, co on nazywał chodem mocy. Jest to technika, której nauczył mnie kilka lat temu, umożliwiająca bieg w ciemności bez przewracania się i bez jakichkolwiek innych trudności.Nie byłem w pełni świadomy, co zrobiłem i jak tego dokonałem. Nagle znalazłem się znowu w domu don Juana. Najwidoczniej on też biegł, ponieważ dotarliśmy tam w tym samym czasie. Zapalił benzynową lampę, zawiesił ją na belce u sufitu i jak gdyby nigdy nic powiedział, żebym usiadł i się odprężył.Biegłem jeszcze w miejscu przez jakiś czas, aż w końcu udało mi się opanować zdenerwowanie.Wtedy usiadłem. Don Juan zdecydowanym tonem polecił mi abym zachowywał się, jakby nic się nie stało i podał mi notatnik. Nie zauważyłem, że uciekając w pośpiechu, upuściłem go. 
– Co się tam wydarzyło, don Juanie? – zapytałem w końcu. 
– Miałeś spotkanie z wiedzą – odpowiedział, wskazując ruchem brody w stronę pustyni.
Zabrałem cię tam, ponieważ wcześniej przelotnie zobaczyłem wiedzę grasującą w pobliżu domu.Można by powiedzieć, że wiedza wiedziała, że przyjedziesz i czekała na ciebie. Uznałem jednak, iż zamiast spotykać się z nią tutaj, lepiej będzie poczekać na nią w miejscu mocy. Potem wymyśliłem test, żeby sprawdzić, czy masz wystarczająco dużo osobistej mocy, żeby odróżnić ją od reszt otaczających nas rzeczy. Poszło ci dobrze. 
– Zaraz, zaraz! – zaprotestowałem. – Najpierw widziałem sylwetkę człowieka chowającego się za krzakiem, a potem zobaczyłem ogromnego ptaka. 
– Nie widziałeś człowieka! – powiedział z przekonaniem. – Nie widziałeś też ptaka. Ta sylwetka w krzakach i to, co do nas podleciało, to była ćma. Jeśli chcesz posłużyć się terminologią czarowników,co bardzo śmiesznie zabrzmi w twoich uszach, możesz powiedzieć, że dziś wieczorem miałeś spotkanie z ćmą. Wiedza jest ćmą.Spojrzał na mnie przenikliwie. Światło lampy rzucało na jego twarz dziwne cienie. Odwróciłem wzrok. 
– Może będziesz miał wystarczająco dużo osobistej mocy, żeby odkryć ten sekret dziś wieczorem – powiedział. – A jeśli nie dziś wieczorem, to może jutro. Pamiętaj, ciągle jesteś mi winien te sześć dni.Don Juan wstał i poszedł do kuchni znajdującej się na tyłach domu. Wziął latarnię i postawił ją przy ścianie na krótkim okrągłym pniu, którego używał jako ławki. Usiedliśmy na podłodze naprzeciwko siebie. W milczeniu jedliśmy fasolę z mięsem z garnka, który don Juan położył między nami.Od czasu do czasu don Juan posyłał mi ukradkowe spojrzenia. Zdawało się, że za chwilę wybuchnie śmiechem. Oczy zmieniły mu się w dwie szparki. Patrząc na mnie, rozszerzał je nieco, a wilgotne rogówki odbijały światło lampy. Wyglądało to tak, jakby używał światła do tworzenia lustrzanych refleksów. Bawił się w ten sposób, potrząsając prawie niedostrzegalnie głową, za każdym razem, kiedy na mnie patrzył. Dzięki temu uzyskał fascynujące migotanie światła. Zauważyłem jego ruchy dopiero wtedy, kiedy wykonał je kilkakrotnie. Byłem przekonany, że robi to w konkretnym celu.Musiałem go o to zapytać. 
– Mam w tym cel – odpowiedział. – Uspokajam cię swoimi oczami. Chyba się nie denerwujesz już,prawda?Musiałem przyznać, że jestem zupełnie spokojny. Jednostajne migotanie w jego oczach nie było groźne i wcale nie przestraszyło mnie ani nie rozzłościło. 
– W jaki sposób uspokajasz mnie oczami? – zapytałem.Powtórzył niedostrzegalny ruch głową. Jego rogówki faktycznie odbijały światło lampy benzynowej. 
– Sam spróbuj to zrobić – powiedział niedbale, sięgając po jedzenie. – Sam możesz się uspokoić.Spróbowałem potrząsnąć głową, ale moje ruchy były niezdarne. 
– Takie huśtanie głową nie przyniesie ci ulgi – powiedział i roześmiał się. – Zamiast tego nabawisz się migreny. Sekret leży nie w potrząsaniu głową, ale w odczuciu napływającym do oczu z podbrzusza. To właśnie sprawia, że głowa się trzęsie – wyjaśnił i pomasował się po brzuchu.Po jedzeniu oparłem się niedbale o stertę drewna i jakieś worki. Usiłowałem naśladować ruch głowy don Juana, który teraz zdawał się świetnie bawić. Chichotał i uderzał dłońmi o uda.Nagle jego śmiech przerwał jakiś hałas. Usłyszałem dziwny, głęboki odgłos, jak stukanie w drewno,dochodzący z chaparralu. Don Juan wysunął podbródek, dając mi znak, abym był czujny. 
– To mała ćma cię woła – powiedział pozbawionym emocji głosem.Zerwałem się na równe nogi. Dźwięk natychmiast ustał. Szukając wyjaśnienia, popatrzyłem na don Juana, który wzruszył ramionami w komicznym geście bezradności. 
– Twoje spotkanie nie dobiegło jeszcze końca – wyjaśnił.Powiedziałem mu, że czuję się niegodny i chyba powinienem jechać do domu i wrócić, kiedy poczuję się silniejszy. 
– Gadasz od rzeczy – warknął. – Wojownik przyjmuje swoje przeznaczenie, jakiekolwiek by ono było i akceptuje je z absolutną pokorą. Pokornie akceptuje to, czym jest, nie po to żeby ubolewać nad swoim losem, lecz aby przyjąć jego wyzwanie.Całkowite zrozumienie tej prawdy i rozpoczęcie opartego na niej życia każdemu z nas zabiera dużo czasu. Ja, na przykład, nienawidziłem samego słowa “pokora”. Jestem Indianinem, a my,Indianie, zawsze byliśmy ulegli i nie robiliśmy nic innego poza schylaniem głowy. Uważałem, że pokora nie jest ścieżką wojownika. Myliłem się! Teraz wiem, że pokora wojownika to nie pokora biedaka. Wojownik przed nikim nie schyla głowy, ale także nie pozwala, żeby ktoś skłaniał głowę przed nim. Natomiast biedak na zawołanie pada na kolana i płaszczy się przed każdym, kogo uważa za ważniejszego od siebie, ale równocześnie żąda, żeby wszyscy postawieni niżej od niego leżeli przed nim plackiem.Dlatego właśnie dziś rano powiedziałem ci, że nie rozumiem, co czuje mistrz. Znam tylko pokorę wojownika, która nigdy nie pozwoli mi być czyimś mistrzem.Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Jego słowa niesłychanie mnie poruszyły, ale równocześnie niepokoiło mnie to, czego doświadczyłem w chaparralu. Doszedłem do wniosku, że don Juan utrzymuje mnie w niepewności, sam zaś musi wiedzieć, co się naprawdę dzieje.Trwałem pogrążony w tych rozważaniach, kiedy ten sam stukający odgłos wytrącił mnie z zadumy.Don Juan uśmiechnął się i zaczął chichotać. 
– Tobie podoba się pokora żebraka – powiedział łagodnie. – Schylasz głowę przed rozumem. 
– Zawsze myślę, że jestem oszukiwany – powiedziałem. – W tym tkwi mój problem. 
– Masz rację. Jesteś oszukiwany – odparował z rozbrajającym uśmiechem. – Nie na tym jednak polega twój kłopot. Sedno sprawy tkwi w tym, że uważasz, że to ja rozmyślnie cię okłamuję, prawda? 
– Tak. Jest we mnie coś, co nie pozwala mi uwierzyć, że to, co się wydarza, jest rzeczywiste. – Znowu masz rację. Nic, co się dzieje, nie jest rzeczywiste. 
– Co masz na myśli, don Juanie? – Rzeczy stają się rzeczywiste tylko wtedy, kiedy człowiek nauczy się zgadzać na ich realność. Na przykład to, co się wydarzyło dzisiejszego wieczoru, nie może być dla ciebie rzeczywiste, ponieważ w tej kwestii nikt by się z tobą nie zgodził. – Chcesz powiedzieć, że nie widziałeś, co się działo? 
– Oczywiście, że widziałem. Ale ja się nie liczę – przecież jestem tym, który cię
okłamuje,pamiętasz? Don Juan tak się śmiał, że aż zaczął kaszleć i się krztusić. Jego śmiech był przyjazny, chociaż don Juan nabijał się ze mnie. 
– Nie zwracaj zbytniej uwagi na ten mój bełkot – powiedział uspokajająco. – Ja tylko próbuję cię zrelaksować, a wiem, że czujesz się bezpiecznie tylko wtedy, kiedy masz zamęt w głowie.Specjalnie wyraził się w tak komiczny sposób, że obaj się roześmialiśmy. Stwierdziłem, że to, co właśnie powiedział, przestraszyło mnie bardziej niż cokolwiek innego. 
– Czy ty się mnie boisz? – zapytał. 
– Nie ciebie, ale tego, co reprezentujesz. 
– Reprezentuję wolność wojownika. Czy tego się boisz? 
– Nie. Ale boję się przerażającej potęgi twojej wiedzy. Nie ma w niej dla mnie żadnego pocieszenia,żadnego nieba, do którego mógłbym pójść. 
– Znowu mieszasz pojęcia. Pocieszenie, niebo, strach, wszystko to są pojęcia, których się nauczyłeś, nigdy nie kwestionując ich wartości. Jak widać, czarnym magom udało się już nakłonić cię do całkowitej uległości. 
– Kim są czarni magowie, don Juanie?
Czarni magowie to nasi współbracia. A ponieważ trzymasz z nimi, sam też jesteś czarnym magiem.Pomyśl przez chwilę – czy możesz zboczyć ze ścieżki, którą dla ciebie wytyczyli? Nie. Twoje myśli i czyny są na zawsze zamknięte w ich pojęciach. To niewolnictwo. Ja zaś przyniosłem ci wolność.Wolność drogo kosztuje, ale jej cena nie jest wygórowana. Tak więc lękaj się swoich zdobywców,swoich mistrzów. Nie trać czasu i mocy, ażeby bać się mnie.Wiedziałem, że ma rację. Jednak, pomimo że całkowicie się z nim zgadzałem, zdawałem sobie również sprawę z tego, iż nawyki całego życia w nieunikniony sposób zmuszą mnie do powrotu na starą ścieżkę. Naprawdę czułem się jak niewolnik.Po długim milczeniu don Juan zapytał mnie, czy mam dość siły na kolejną konfrontację z wiedzą. 
– Chcesz powiedzieć – z ćmą? – zapytałem na wpół żartobliwie.Jego ciało zwinęło się ze śmiechu, jakbym mu właśnie opowiedział najzabawniejszy na świecie dowcip. 
– Co tak naprawdę masz na myśli, mówiąc, że wiedza jest ćmą? – zapytałem. 
– Nie ma tu żadnego innego znaczenia – odpowiedział. – Ćma to ćma. Myślałem, że teraz, po tym wszystkim, co osiągnąłeś, będziesz miał dość mocy, żeby widzieć. Ty jednak zobaczyłeś człowieka, a to nie było prawdziwe widzenie.Od początku mojej nauki don Juan opisywał koncepcję “widzenia” jako specjalną zdolność, którą można w sobie rozwinąć, umożliwiającą zrozumienie ostatecznej natury rzeczy. Podczas kilku lat naszej znajomości wyrobiłem sobie mniemanie, że to, co określał jako widzenie, jest intuicyjnym rozumieniem rzeczy, lub też umiejętnością natychmiastowego zrozumienia czegoś, albo może nawet zdolnością widzenia na wskroś ludzkich interakcji pozwalającego na odkrywanie ukrytych znaczeń i motywów. 
– Muszę stwierdzić, że dziś wieczorem, kiedy stanąłeś twarzą w twarz z ćmą, na wpół patrzyłeś, na wpół widziałeś – kontynuował don Juan. – Chociaż w tym stanie wcale nie byłeś zwykłym sobą, ciągle utrzymywałeś pełną świadomość umożliwiającą ci posługiwanie się swoją wiedzą o świecie.Don Juan przerwał i spojrzał na mnie. Z początku nie wiedziałem, co powiedzieć. 
– W jaki sposób posługiwałem się swoją wiedzą o świecie? – zapytałem. 
– Twoja wiedza o świecie powiedziała ci, że w krzakach można znaleźć jedynie polujące zwierzęta albo kryjących się w liściach ludzi. Uchwyciłeś się tej myśli i oczywiście musiałeś znaleźć jakiś sposób,żeby dostosować do niej świat. 
– Ale ja wcale nie myślałem, don Juanie. 
– A więc nie nazywajmy tego myśleniem. Jest to raczej ciągły nawyk naginania świata do naszych myśli. Kiedy do nich nie pasuje, to po prostu go dostosowujemy. O ćmach wielkości ludzi trudno nawet pomyśleć, dlatego też dla ciebie to, co siedziało w krzakach, musiało być człowiekiem.To samo było z kojotem. O naturze tego spotkania zadecydowały twoje stare nawyki. Pomiędzy tobą a kojotem coś się wydarzyło, ale nie była to rozmowa. Ja sam miałem podobny dylemat.Mówiłem ci, że pewnego razu rozmawiałem z jeleniem, ty rozmawiałeś z kojotem, ale ani ty, ani ja nigdy nie będziemy wiedzieć, co się wtedy naprawdę wydarzyło. 
– O czym ty mówisz, don Juanie? 
– Kiedy wyjaśnienie czarowników stało się dla mnie jasne, było już za późno, żeby się dowiedzieć,co zrobił mi jeleń. Powiedziałem, że rozmawialiśmy, ale tak nie było. Stwierdzenie, że odbyliśmy rozmowę, stanowi tylko sposób uporządkowania tego wydarzenia, tak żebym mógł o nim opowiadać.Jeleń i ja robiliśmy coś, ale kiedy to się działo, musiałem, tak samo jak ty, dostosować świat do moich wyobrażeń. Tak jak i ty, rozmawiałem przez całe życie, dlatego moje nawyki wzięły górę i przeniosły się na jelenia. Kiedy jeleń podszedł do mnie i zrobił to, co zrobił, musiałem odebrać to jako rozmowę. 
– Czy to jest wyjaśnienie czarowników? 
– Nie. To jest moje wyjaśnienie dla ciebie. Ale nie pozostaje ono w sprzeczności z wyjaśnieniem czarowników.Jego wywód wprawił mnie w stan wielkiego intelektualnego podekscytowania. Na chwilę zapomniałem o grasującej ćmie, a nawet o robieniu notatek. Próbowałem nadać inną formę temu twierdzeniu i tak rozpoczęliśmy długą dyskusję o lustrzanej naturze świata. Świat, według don Juana,musi odpowiadać swojemu opisowi, innymi słowy, ów opis sam siebie odzwierciedla. Następnie powiedział, że nauczyliśmy się odnosić do własnego opisu świata w kategoriach tego, co nazywał nawykami. Wprowadziłem tutaj pojęcie, które uznałem za szersze – intencjonalność, czyli właściwość ludzkiej świadomości polegająca na odwoływaniu się do jakiegoś obiektu stającego się celem.Nasza rozmowa przerodziła się w niezwykle interesującą spekulację.W świetle wyjaśnień don Juana moja rozmowa z kojotem nabrała nowego znaczenia. Istotnie,miałem intencję dialogu, ponieważ nigdy nie poznałem innej drogi celowego porozumiewania się.Udało mi się również dostosować do opisu mówiącego, że do komunikacji dochodzi poprzez dialog, i w taki sposób opis odzwierciedlił sam siebie.Przeżyłem chwilę uniesienia. Don Juan roześmiał się i powiedział, że doświadczanie uniesień podwpływem słów stanowi kolejny przejaw mojej głupoty. Zrobił komiczną minę, mówiąc bez wydawania głosu.
 – Wszyscy robimy podobne machlojki – stwierdził po długiej pauzie. – Jedynym sposobem ich uniknięcia jest nieustanne kroczenie drogą wojownika. Reszta przychodzi sama. – Czym jest reszta, don Juanie? 
– Wiedzą i mocą. Ludzie wiedzy posiadają obie. A jednak żaden z nich nie potrafiłby powiedzieć, w jaki sposób je osiągnął, poza tym że nigdy nie przestawał postępować jak wojownik i w pewnym momencie wszystko się zmieniło.Spojrzał na mnie. Zdawał się być niezdecydowany. Potem wstał i powiedział, że nie mam innego wyjścia, niż tylko udać się na umówione spotkanie z wiedzą.Poczułem dreszcze. Serce zabiło mi szybciej. Wstałem. Don Juan obszedł mnie dookoła, jakby badając moje ciało z każdej strony. Dał mi znak, żebym usiadł i pisał. 
– Jeśli za bardzo się przestraszysz, nie będziesz w stanie pójść na spotkanie – powiedział. –Wojownik musi być spokojny i opanowany, nigdy nie wolno mu niczego wypuszczać z rąk. 
– Naprawdę jestem przerażony – powiedziałem. – Ćma, czy cokolwiek to jest, grasuje w tych krzakach. 
– Oczywiście, że tak! – wykrzyknął. – Nie podoba mi się, że upierasz się przy myśleniu, że to człowiek, tak samo jak upierałeś się, że rozmawiałeś z kojotem.Jedna część mnie dokładnie zrozumiała, o co mu chodzi, jednak druga nie chciała na to przystać i pomimo wszystkich dowodów mocno uczepiła się rozumu.Powiedziałem don Juanowi, że jego wytłumaczenie nie satysfakcjonuje moich zmysłów, chociaż intelektualnie całkowicie się z nim zgadzam. 
– Na tym właśnie polega pułapka posługiwania się słowami – odrzekł z przekonaniem. – One zawsze sprawiają, że czujemy się oświeceni, ale kiedy zwracamy się ku rzeczywistości, za każdym razem nas zawodzą. W końcu stajemy twarzą w twarz ze światem tacy sami jak zwykle, nieoświeceni.Z tego powodu czarownik stara się więcej działać niż mówić, dzięki czemu uzyskuje nowy opis świata,w którym mówienie nie jest tak ważne, a nowe czyny mają nowe odbicia.Don Juan usiadł obok mnie, spojrzał mi w oczy i poprosił, żebym opowiedział, co naprawdę widziałem w chaparralu.W tym momencie zwróciłem uwagę na charakteryzujący to doświadczenie brak konsekwencji.Widziałem ciemny kształt człowieka, ale także to, jak ten kształt zamienia się w ptaka. Byłem więc świadkiem rzeczy, których mój rozum nie pozwoliłby mi uznać za możliwe. Ale zamiast całkowicie odrzucić rozum, coś we mnie wybrało takie elementy doświadczenia jak wielkość i zarys ciemnego kształtu, zatrzymując je jako racjonalne, za to odrzuciło inne składniki, takie jak ciemny kształt zamieniający się w ptaka. Dlatego też byłem przekonany, że widziałem człowieka.Don Juan ryczał ze śmiechu, kiedy przedstawiłem mu swój dylemat. Powiedział, że wcześniej czy później z pomocą przyjdzie mi wyjaśnienie czarowników, a wtedy wszystko stanie się absolutnie jasne,nie będąc ani czymś racjonalnym, ani też nieracjonalnym. – Teraz mogę ci jedynie zagwarantować, że nie był to człowiek – dodał.Spojrzenie don Juana zaczęło mi odbierać odwagę. Mimowolnie zadrżałem. Doprowadził do tego,że poczułem się zakłopotany i zdenerwowany. 
– Szukam znaków na twoim ciele – wyjaśnił.
– Może o tym nie wiesz, ale stoczyłeś niezłą walkę dziś wieczorem. – Jakich znaków szukasz? – Nie chodzi mi o fizyczne znaki na ciele, ale o wskazówki w twoich świetlistych włóknach, w obszarach jasności. Jesteśmy świetlistymi istotami i wszystko to, czym jesteśmy, wszystko to, co czujemy, widnieje w naszych włóknach. Ludzie mają właściwą tylko im jasność. Dzięki temu można odróżnić ich od innych żywych istot. 
– Gdybyś widział dziś wieczorem, zauważyłbyś, że kształt w krzakach nie był żywą świetlistą istotą.Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej, ale położył mi rękę na ustach i uciszył. Potem zbliżył wargi do mojego ucha i szepnął, że powinienem spróbować posłyszeć miękki szelest, odgłos delikatnych,stłumionych kroków ćmy po suchych liściach i gałęziach leżących na ziemi.Nie słyszałem niczego. Don Juan gwałtownie wstał, podniósł latarnię i powiedział, że usiądziemy
na werandzie, przed drzwiami wejściowymi. Zamiast wyjść przez pokój i frontowe drzwi, poprowadził mnie przez tylną część domu i za nim, tuż przy krzewach. Wyjaśnił, że to konieczne do zaznaczenia naszej obecności. Zrobiliśmy półkole z lewej strony domu. Kroki don Juana były bardzo powolne i chwiejne. Drżała mu ręka, w której niósł lampę.Zapytałem go, czy mu coś dolega. Mrugnął do mnie i wyszeptał, że grasująca w pobliżu wielka ćma umówiła się z młodzieńcem, a powolny chód słabowitego starego człowieka wyraźnie wskazuje jej na tego, z kim jest umówiona.Kiedy w końcu znaleźliśmy się przed frontem, don Juan powiesił lampę na belce i polecił mi usiąść tak, bym opierał się plecami o ścianę. Sam usadowił się po mojej prawej stronie. – Posiedzimy sobie tutaj – powiedział.
– Będziesz pisał i rozmawiał ze mną tak jak zwykle. Ćma,która skłania się dzisiaj ku tobie, jest w pobliżu, w krzakach. Za chwilę podejdzie, żeby na ciebie popatrzeć. Dlatego zawiesiłem lampę na belce tuż nad tobą. Światło doprowadzi ją do ciebie. Kiedy podejdzie do skraju krzaków, zawoła cię. To bardzo specyficzny dźwięk. Sam ten dźwięk może ci pomóc. 
– Co to za dźwięk, don Juanie? – To pieśń. Nawiedzający głos wydawany przez ćmę. Normalnie nie można go usłyszeć, ale ta ćma siedząca w krzakach jest rzadką ćmą. Wyraźnie usłyszysz Jej wołanie, a jeśli jesteś nieskazitelny,zostanie ono z tobą do końca życia. 
– W czym mi to pomoże? – Dzisiejszej nocy postarasz się dokończyć to, co kiedyś zacząłeś. Widzenie wydarza się tylko wtedy, kiedy wojownik potrafi zatrzymać wewnętrzny dialog. Dzisiaj, tam na pustyni na życzenie zatrzymałeś swoją wewnętrzną rozmowę. I widziałeś. To, co widziałeś, nie było przejrzyste. Myślałeś,że to człowiek. Ja mówię, że była to ćma. Żaden z nas nie ma racji, ponieważ musimy mówić. Ja jednak mam przewagę, ponieważ widzę lepiej od ciebie i znam wyjaśnienie czarowników. Dlatego wiem, chociaż nie całkiem dokładnie, że kształt, który widziałeś dziś wieczorem, był ćmą.A teraz będziesz siedział w ciszy, odrzucając myśli, i pozwolisz znowu przyjść małej ćmie.Ledwie mogłem notować. Don Juan roześmiał się. Nalegał, żebym pisał, jakby mi nic nie przeszkadzało. Położył dłoń na moim ramieniu i powiedział, że pisanie jest najlepszą tarczą ochronną, jaką posiadam. 
– Nigdy nie rozmawialiśmy o ćmach – ciągnął. – Aż do dziś nie było ku temu okazji. Jak już wiesz,twojemu duchowi brakowało równowagi. Żeby temu przeciwdziałać, nauczyłem cię ścieżki wojownika.Wstępuje on na tę drogę z przekonaniem, że nie posiada równowagi duchowej. Po czym w pełni świadomie, całkowicie panując nad swoim życiem, ale bez pośpiechu czy przymusu, robi wszystko, co tylko może, aby ją uzyskać. W twoim przypadku, tak jak i wszystkich innych ludzi, stan ten wynikał z sumy wykonanych przez ciebie działań. Ale teraz twój duch zdaje się na tyle zrównoważony, że możemy porozmawiać o ćmach. 
– Skąd wiesz, że to właściwy moment na rozmowę o ćmach? 
– Kiedy przyjechałeś, zobaczyłem jedną w pobliżu. Po raz pierwszy była przyjacielsko nastawiona i przystępna. Widziałem ją wcześniej w górach, przy domu don Genaro, ale wtedy pojawiła się w bardzo groźnej postaci odzwierciedlającej twój brak uporządkowania.W tym momencie usłyszałem dziwny dźwięk. Brzmiał jak przytłumiony trzask ocierających się o siebie gałęzi albo jak słyszany z oddali warkot małego motoru. Zmieniał wysokość tonu, jak w muzyce,tworząc dziwny rytm. Potem ustał. 
– To była ona – powiedział don Juan.
– Może zauważyłeś, że chociaż światło lampy jest wystarczająco jasne, żeby przyciągnąć ćmy, to jednak ani jedna koło niej nie lata?Nie zwróciłem na to uwagi, ale kiedy don Juan mi to uświadomił, zauważyłem również niewiarygodną ciszę panującą na pustyni wokół domu. 
– Nie denerwuj się – powiedział spokojnie. – Na świecie nie ma takiej rzeczy, za którą wojownik nie mógłby być odpowiedzialny. Widzisz, on z góry uważa się za martwego, nie ma więc nic do stracenia.Najgorsze już mu się przydarzyło, zachowuje więc trzeźwość i spokój. Osądzając go po czynach czy po słowach, nikt by go nigdy nie podejrzewał, że był świadkiem wszystkiego.Słowa don Juana, a przede wszystkim jego nastrój, podziałały na mnie kojąco. Powiedziałem mu,że w codziennym życiu pozbyłem się obsesyjnego strachu, który mnie dawniej nękał, ale na samą
myśl o tym, co może być tam, w ciemnościach, moje ciało opanowują ze strachu konwulsje. 
– Tam jest tylko wiedza – powiedział rzeczowo. – Wiedza jest przerażająca, to prawda. Ale jeśli wojownik zaakceptuje przerażającą naturę wiedzy, to równocześnie usunie jej grozę.Dziwny, trzaskający dźwięk powtórzył się. Zdawał się bliższy i głośniejszy. Słuchałem uważnie. Im bardziej zwracałem na niego uwagę, tym trudniej było mi określić jego naturę. Nie przypominał głosu ptaka ani zwierzęcia lądowego. Charakter każdego trzasku był bogaty i głęboki. Niektóre rozbrzmiewały w niskiej tonacji, inne zaś w wysokiej. Miały rytm i charakterystyczną długość. Te dłuższe odbierałem jako pojedynczy dźwięk, krótsze pojawiały się w grupach, jak staccato karabinu maszynowego. 
– Ćmy są zwiastunami albo, mówiąc dokładniej, strażnikami wieczności – powiedział don Juan,kiedy dźwięk zamilkł. – Z jakiejś przyczyny, albo zgoła zupełnie bez powodu, są skarbnikami złotego pyłu wieczności.Metafora ta była dla mnie niezrozumiała. Poprosiłem go, aby ją wyjaśnił. 
– Ćmy noszą na skrzydłach pył – powiedział. – Ciemny, złoty pył – to pył wiedzy.Jego wytłumaczenie jeszcze bardziej utrudniło mi pojęcie jego słów. Wahałem się przez chwilę,próbując najlepiej sformułować pytanie. Ale don Juan znowu zaczął mówić. 
– Wiedza to przedziwna rzecz, szczególnie dla wojownika. Przychodzi nagle, ogarnia go i odchodzi. 
– Co ma wspólnego wiedza z pyłem na skrzydłach ćmy? – zapytałem po długiej przerwie. 
– Wiedza przychodzi w postaci drabin złotego pyłu, tego samego, który pokrywa skrzydła ćmy.Więc dla wojownika wiedza jest jak wejście pod prysznic albo jak deszcz drobin ciemnego, złotego pyłu.Najuprzejmiej jak tylko mogłem, zauważyłem, że jego wyjaśnienia jeszcze powiększyły zamęt, w jakim się znalazłem. Roześmiał się i zapewnił mnie, że wszystko to ma swój sens i tylko mój rozsądek nie pozwala mi się uspokoić. 
– Ćmy są bliskimi przyjaciółmi i pomocnikami czarowników od niepamiętnych czasów – powiedział. 
– Nie poruszałem tego tematu wcześniej, ponieważ nie byłeś na to przygotowany. – Ale jak pył na ich skrzydłach może być wiedzą? 
– Zobaczysz.Położył dłoń na moim notatniku, polecił mi zamknąć oczy, zachować milczenie i przerwać tok myśli.Powiedział, że pomoże mi głos ćmy z chaparralu. Jeśli skoncentruję się na nim, opowie mi o niebezpiecznych wydarzeniach. Zaznaczył, że nie wie, w jaki sposób nawiążę kontakt z ćmą ani jak będzie wyglądać to porozumienie. Polecił mi zachować spokój i zaufać swej, osobistej mocy.Kiedy ustąpiło zniecierpliwienie i podenerwowanie, udało mi się stopniowo wyciszyć myśli, aż w końcu mój umysł stał się zupełnie czysty. Wtedy nagle dotarły do mnie odgłosy pustyni, tak jakby ktoś je włączył.Dziwny dźwięk, który, jak mówił don Juan, pochodził od ćmy, zabrzmiał znowu. Odebrałem go jako wrażenie cielesne, a niejako myśl. Przyszło mi do głowy, że wcale nie jest niebezpieczny ani wrogi –był przyjemny i prosty jak głos dziecka. Wywołał wspomnienie chłopca, którym kiedyś byłem. Długie dźwięki przypominały mi o jego głowie okolonej jasnymi włosami, a krótkie staccato o jego śmiechu.Ogarnęło mnie uczucie dojmującego bólu, choć w moim umyśle nie było żadnych myśli. Poczułem ten ból w ciele. Nie byłem w stanie już dłużej siedzieć, więc osunąłem się na bok, na podłogę. Smutek stał się tak intensywny, że zacząłem myśleć, analizować swój ból i żal i nagle znalazłem się w samym środku wewnętrznej dyskusji o małym chłopcu. Trzaskający dźwięk ustał. Miałem zamknięte oczy.Usłyszałem, że don Juan wstaje, po czym poczułem, że pomaga mi usiąść. Nie chciałem mówić. On też się nie odezwał. Słyszałem, jak się przy mnie porusza. Otworzyłem oczy. Klęczał naprzeciw mnie i przyglądał się mojej twarzy, trzymając lampę tuż przy niej. Kazał mi położyć ręce na brzuchu. Wstał,poszedł do kuchni i przyniósł trochę Wody. Spryskał mi nią twarz, a resztę pozwolił wypić. Usiadł obok mnie i podał mi notatki. Powiedziałem mu, że dźwięk wydawany przez ćmę wprowadził mnie w wyjątkowo bolesną zadumę. 
– Folgujesz sobie ponad wszelką miarę – powiedział oschle.Pogrążył się w myślach, jakby szukając właściwych słów
 – Dziś wieczór twoim zadaniem będzie widzenie ludzi – powiedział w końcu. – Najpierw musisz zatrzymać wewnętrzny dialog, a potem przywołać obraz osoby, którą chcesz widzieć. Każda myśl,którą zachowuje się w umyśle w stanie ciszy, jest w zasadzie rozkazem, ponieważ nie ma innych myśli, które mogłyby z nią konkurować. Dzisiejszej nocy siedząca w krzakach ćma chce ci pomóc,więc zaśpiewa dla ciebie. Jej pieśń sprowadzi złote pyłki, a wtedy będziesz widział osobę, którą wybrałeś.Chciałem uzyskać więcej szczegółów, ale on gwałtownym gestem dał znak, żebym już zaczynał.Po kilkuminutowej walce z wewnętrznym dialogiem stałem się całkiem spokojny. Wtedy celowo utrzymałem myśl o jednym z moich przyjaciół. Miałem zamknięte oczy, jak mi się zdawało, jedynie przez moment, a później uświadomiłem sobie, że ktoś potrząsa mnie za ramiona. Powoli odzyskiwałem przytomność. Otworzyłem oczy i stwierdziłem, że leżę na boku. Najwidoczniej zasnąłem tak głęboko, że nie pamiętałem nawet, jak osunąłem się na ziemię. Don Juan znowu pomógł mi usiąść. Śmiał się i naśladował moje chrapanie. Powiedział, że gdyby sam tego nie widział na własne oczy, nie uwierzyłby, że ktoś może tak szybko usnąć. Stwierdził, że przebywanie ze mną,kiedy mam zrobić coś, czego nie pojmuję, jest dla niego prawdziwą ucztą duchową. Odsunął ode mnie notatnik i powiedział, że musimy zaczynać od początku.Postępowałem zgodnie z ustaloną procedurą i dziwny, trzaskający dźwięk odezwał się ponownie.Jednak tym razem nie dobiegał z chaparralu, ale wydawał się być we mnie, tak jakby wytwarzały go moje wargi, nogi czy ramiona. Ten dźwięk pochłonął mnie. Czułem, jakby miękkie kuleczki pryskały ze mnie, albo może we mnie.Było to kojące, cudowne uczucie bombardowania ciężkimi kłębkami waty. Nagle usłyszałem, jak poryw wiatru otwiera drzwi i znowu zacząłem myśleć. Przyszło mi do głowy, że zmarnowałem kolejną szansę. Otworzyłem oczy i znalazłem się w swoim pokoju. Przedmioty na biurku leżały tak, jak je zostawiłem. Drzwi były otwarte. Na dworze wiał silny wiatr. Przyszło mi do głowy, że powinienem sprawdzić termę na wodę. Wtedy usłyszałem stukot nie całkiem pasującej do ramy okiennej rolety,którą sam założyłem. Stukała z taką wściekłością, jakby ktoś chciał wejść. Podskoczyłem z przerażenia i zerwałem się z krzesła. Poczułem, że coś mnie ciągnie. Krzyknąłem.Don Juan potrząsał mną, trzymając za ramiona. Podekscytowany zrelacjonowałem mu wizję, która była tak żywa, że wciąż jeszcze dygotałem. Czułem, że właśnie jestem przy biurku w swojej własnej cielesnej formie.Don Juan pokręcił głową z niedowierzaniem i powiedział, że jestem geniuszem w oszukiwaniu się.Moje dokonanie nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Beznamiętnie polecił mi zacząć od nowa.Wtedy znowu usłyszałem tajemniczy odgłos. Przyszedł do mnie, tak jak twierdził don Juan, w formie deszczu złotych drobin. Nie wydawało mi się jednak, żeby były plamkami czy płatkami,przypominały raczej banieczki. Płynęły w moim kierunku. Jedna z nich pękła i ukazała mi jakąś scenę, jakby celowo zatrzymała się przed moimi oczami i otworzyła, ukazując dziwny przedmiot, który wyglądał jak grzyb. Z całą pewnością patrzyłem na niego i to, czego doświadczałem, nie było snem.Podobny do grzyba obiekt przez pewien czas trwał nie zmieniony w polu mojego “widzenia”, potem zniknął, jakby wyłączono oświetlające go światło. Nastąpiła bezkresna ciemność. Poczułem drżenie,wyjątkowo nieprzyjemny wstrząs, po czym nagłe uświadomiłem sobie, że Ktoś mnie budzi. W jednej chwili uaktywniły się wszystkie moje zmysły. Don Juan gwałtownie mną potrząsał, a ja patrzyłem na niego. Musiałem otworzyć oczy dokładnie w tym momencie.Spryskał mi twarz wodą, której chłód był bardzo przyjemny. Po chwili milczenia zapytał, co się wydarzyło.Zrelacjonowałem wizję ze wszystkimi szczegółami. 
– Co ja właściwie widziałem? – zapytałem. 
– Swojego przyjaciela – odparł.Roześmiałem się i cierpliwie wyjaśniłem, że widziałem kształt podobny do grzyba. Chociaż nie miałem żadnych kryteriów oceny jego wymiarów, czułem, że miał około trzydziestu centymetrów wysokości.Don Juan podkreślił, że liczy się tylko odczucie. Powiedział, że moje uczucia są wskaźnikiem określającym stan przedmiotu, który widziałem. 
– Z twojego opisu i uczuć wnioskuję, że twój przyjaciel musi być wspaniałym człowiekiem –
powiedział.Jego słowa wprawiły mnie w zakłopotanie.Wyumaczył mi, że podobna do grzyba forma stanowi podstawowy kształt istot ludzkich widzianych przez czarownika na odległość. Natomiast kiedy stoi on bezpośrednio przed daną osobą,wobec której stosuje widzenie, jej ludzkie cechy ukazują się mu jako podobna do jaja wiązka świetlistych włókien. 
– Nie stałeś twarzą w twarz z przyjacielem – powiedział – dlatego wyglądał jak grzyb. 
– Dlaczego tak jest, don Juanie? 
– Tego nikt nie wie. Tak po prostu wyglądają ludzie w tym konkretnym rodzaju widzenia.Dodał, że każda cecha formy podobnej do grzyba ma specjalne znaczenie, jednakże przez osobę początkującą, właściwe zinterpretowanie owego znaczenia jest niemożliwe.Wtedy zaintrygowało mnie pewne wspomnienie. Kilka lat temu, będąc w stanie niezwykłej rzeczywistości wywołanym zażyciem roślin psychotropowych i patrząc na wodę w strumieniu,doświadczyłem wrażenia, że unosząca się z niej grupa banieczek popłynęła w moim kierunku i ogarnęła mnie. Złote banieczki, które dopiero co widziałem, płynęły i otaczały mnie w identyczny sposób. Właściwie mógłbym nawet powiedzieć, że w obydwu przypadkach miały taką samą strukturę i taki sam wzór. Don Juan wysłuchał mojego komentarza bez zainteresowania. 
– Nie marnuj mocy na błahostki – rzekł. – Masz do czynienia z bezmiarem nieskończoności, tam na zewnątrz. – Ręką wskazał na chaparral.
– Racjonalizowanie tej wspaniałości nic ci nie da. Tutaj otacza nas sama wieczność. Zajmowanie się redukowaniem jej do nonsensu, z którym potrafisz sobie poradzić, jest małostkowe i może być tragiczne w skutkach.Potem uparł się, że muszę spróbować widzenia innej osoby z grona swoich znajomych. Dodał, że kiedy wizja się skończy powinienem się postarać samodzielnie otworzyć oczy i odzyskać pełną świadomość.Udało mi się uzyskać obraz dwóch innych podobnych do grzyba form – pierwsza była mała i żółtawa, druga większa, biaława i zniekształcona.Zanim skończyliśmy rozmawiać o kształtach, które widziałem, nie pamiętałem już o “ćmie w krzakach”, która jeszcze przed chwilą tak mnie przerażała. Powiedziałem don Juanowi, że zaskoczyła mnie łatwość z jaką zapomniałem o czymś tak niezwykłym, jakbym nie był tą osobą, którą dobrze znałem. 
– Nie rozumiem, dlaczego robisz z tego powodu takie zamieszanie – odparł. – Zawsze kiedy ustaje wewnętrzny dialog, świat rozpada się i ukazują się nasze niezwykłe właściwości, jakby do tej pory były przetrzymywane pod ścisłą strażą naszych słów. Jesteś, jaki Jesteś, ponieważ mówisz sobie, że taki jesteś.Po krótkim odpoczynku don Juan zachęcił mnie do dalszego “przywoływania” przyjaciół.Powiedział, że aby znaleźć klucz do rozszyfrowywania uczuć, należy podejmować próby widzenia tyle razy, ile to tylko możliwe.Po kolei przywołałem trzydzieści dwie osoby. Po każdej próbie don Juan domagał się szczegółowego opisu wszystkiego, co widziałem podczas wizji. Zmienił jednak tę procedurę, kiedy zyskałem większą biegłość. Zatrzymywałem wewnętrzny dialog w ciągu kilku sekund, sam otwierałem oczy po każdym doświadczeniu i bez okresu przejściowego podejmowałem następną próbę.Zauważyłem te zmiany, gdy omawialiśmy zabarwienie tych podobnych do grzybów form. Don Juan wcześniej zaznaczył, że to, co ja nazywałem zabarwieniem, wcale nie jest kolorem, ale blaskiem o różnej intensywności. Właśnie miałem opisać mu żółtawą poświatę zaobserwowaną podczas wizji,kiedy przerwał mi i sam przedstawił dokładny opis mego widzenia. Od tej chwili don Juan omawiał każdą wizję tak, jakby sam widział i wcale nie słuchał tego, co mu mówiłem. Kiedy poprosiłem go o wyjaśnienie, oschle odmówił zajmowania się tym tematem.Po przywołaniu trzydziestu dwóch osób uzmysłowiłem sobie dużą różnorodność kształtów i blasków widzianych przeze mnie grzybków oraz wielość żywionych w stosunku do nich uczuć,począwszy od umiarkowanej przyjemności, a skończywszy na odrazie.Don Juan wyjaśnił mi, że ludzie są specyficzną konfiguracją życzeń, problemów, żali, zmartwień,uczuć. Stwierdził, iż jedynie niezwykle potężny czarownik potrafi rozwikłać znaczenie owych konfiguracji, zaś ja powinienem się zadowolić samym widokiem ogólnego kształtu człowieka.
Czułem się bardzo zmęczony. W tych dziwnych kształtach było coś naprawdę nużącego i nie podobały mi się. Poczułem się, jakbym był schwytany w pułapkę, osaczony i prowadzony nieuchronnie do zguby. Ogarnęły mnie mdłości.Aby rozproszyć mój posępny nastrój, Don Juan polecił mi pisać. Po długiej przerwie, w czasie,której nie byłem jednak w stanie niczego zanotować, poprosił, żebym zaczął przywoływać ludzi,których on sam wybierze.Wyłoniła się przede mną nowa seria form. Nie wyglądały jak grzyby, ale jak odwrócone do góry dnem japońskie miseczki na sake. Niektóre z nich miały coś na podobieństwo głowy, zupełnie jak nóżki miseczek, inne były bardziej okrągłe. Ich pełne spokoju kształty budziły sympatię. Wyczuwałem w nich wrodzone poczucie szczęścia. W przeciwieństwie do przyziemnej ociężałości poprzednich, te sprężyście podskakiwały. W jakiś sposób sam fakt ich istnienia usunął moje zmęczenie.Wśród osób wybranych przez don Juana znalazł się jego uczeń Eligio. Kiedy go wezwałem,doznałem wstrząsu, który wytrącił mnie ze stanu wyciszenia. Eligio był przedstawiony jako długi, biały kształt, który wykonał nagły ruch i jak mi się wydawało, skoczył na mnie. Don Juan wyjaśnił, że Eligio jest zdolnym uczniem i bez wątpienia zauważył, że ktoś go obrał sobie za obiekt widzenia.Kolejny wybór don Juana padł na Pablita, ucznia don Genaro. Wstrząs, jakiemu poddała mnie wizja Pablita, był jeszcze silniejszy.Don Juan tak się śmiał, że aż łzy pociekły mu po policzkach. 
– Dlaczego ci ludzie są inaczej ukształtowani? – zapytałem. 
– Mają większą osobistą moc – odparł. – Jak może zauważyłeś, nie są przygwożdżeni do ziemi. – Co daje im tę lekkość? Czy tacy się już urodzili? – Wszyscy rodzimy się lekcy i żywotni, ale stajemy się przyziemni i nieruchomi. Z naszej winy.Więc można by powiedzieć, że ci ludzie są inaczej ukształtowani, ponieważ żyją jak wojownicy. Ale nie o tym chciałem teraz mówić. Ważne jest, że teraz znalazłeś się na krawędzi. Przywołałeś czterdziestu siedmiu ludzi i została ci jeszcze jedna osoba do skompletowania podstawowych czterdziestu ośmiu.W tej chwili przypomniałem sobie, że kilka lat temu, mówiąc o magii kukurydzy i wróżeniu, don Juan powiedział, że czarownik ma czterdzieści osiem ziaren kukurydzy. Nigdy nie wyjaśnił mi dlaczego.Zapytałem go ponownie: 
– Dlaczego czterdzieści osiem? – Czterdzieści osiem to nasza liczba – powiedział. – Dzięki niej jesteśmy ludźmi. Nie wiem dlaczego. Nie marnuj mocy na idiotyczne pytania.Wstał, rozprostował ramiona i nogi. Polecił mi zrobić to samo. Zauważyłem, że na wschodniej stronie nieba pojawiła się smuga światła. Ponownie usiedliśmy. Don Juan nachylił się i przyłożył usta do mojego ucha. – Ostatnią osobą, którą przywołasz, będzie don Genaro, prawdziwy rodzynek – wyszeptał.Poczułem przypływ podniecenia i ciekawości. Z zapałem wykonałem niezbędne czynności. Dziwny dźwięk dobiegający z chaparralu stał się intensywniejszy i nabrał nowej mocy. Prawie już o nim zapomniałem. Otoczyły mnie złote banieczki i w jednej z nich zobaczyłem samego don Genaro. Stał przede mną, trzymając w ręce kapelusz i uśmiechał się. Szybko otworzyłem oczy i już miałem odezwać się do don Juana, ale zanim zdążyłem wymówić choć jedno słowo, moje ciało zesztywniało jak deska. Włosy stanęły mi dęba i przez dłuższą chwilę nie wiedziałem, co mam zrobić czy powiedzieć. Don Genaro stał przede mną, we własnej osobie.Odwróciłem się do don Juana, który stroił miny. Potem obaj wybuchnęli gromkim śmiechem. Ja też spróbowałem się roześmiać, ale nie mogłem. Wstałem. Don Juan podał mi kubek wody, którą machinalnie wypiłem. Myślałem, że spryska mi twarz ale zamiast tego ponownie napełnił naczynie.Don Genaro podrapał się po głowie, ukrywając rozbawienie. 
– Nie przywitasz się z don Genaro? – zapytał don Juan.Zdobyłem się na niewiarygodny wysiłek poukładania myśli i w końcu wymamrotałem jakieś słowa powitania, a don Genaro ukłonił się szarmancko
 – Wzywałeś mnie, nieprawdaż? – zapytał, uśmiechając się.Z trudem udało mi się wyrazić swoje zdziwienie z powodu jego nagłego pojawienia się. 
– Rzeczywiście, wzywał cię – wtrącił don Juan. 
– Wobec tego jestem – powiedział do mnie don Genaro.
– Co mogę dla ciebie zrobić?Powoli mój umysł odzyskiwał sprawność i w końcu doświadczyłem nagłego olśnienia. Moje myśli były kryształowo czyste – wiedziałem, co się naprawdę wydarzyło. Doszedłem do wniosku, że don Genaro  przebywał z wizytą u don Juana i gdy tylko usłyszeli mój samochód, don Genaro wymknął się z domu i ukrywał w krzakach aż do zapadnięcia ciemności. Wydawało mi się, że dysponuję przekonującymi dowodami. Don Juan, który niechybnie wszystko zaaranżował, od czasu do czasu udzielał mi wskazówek, w ten sposób kierując rozwojem wypadków. We właściwym momencie ujawnił się don Genaro, a kiedy wracaliśmy z don Juanem do domu, niewątpliwie szedł za nami, żeby mnie przestraszyć. Potem zaczaił się w chaparralu i na znak don Juana wydawał dziwne dźwięki. Don Juan,po tym jak poprosił mnie o przywołanie don Genaro, kiedy zamknąłem już oczy, musiał dać mu ostateczny sygnał do wyjścia z krzaków. Wtedy don Genaro zaczaił się i czekał, aż otworzę oczy, żeby mnie śmiertelnie przestraszyć.Jedyną lukę w moim logicznym wyjaśnieniu stanowił fakt, że widziałem przecież, jak człowiek siedzący wśród krzewów zamienia się w ptaka i że najpierw zobaczyłem don Genaro w złotej bańce.W mojej wizji był ubrany dokładnie tak samo jak w rzeczywistości. Ponieważ nie znalazłem logicznego wyjaśnienia owych nieścisłości, przyjąłem, jak to zwykle robiłem w podobnych przypadkach, że napięcie emocjonalne odegrało decydującą rolę w tym, że widziałem to, co widziałem, i że wierzyłem w to.Na myśl o ich niedorzecznej sztuczce całkiem już się rozluźniłem. Powiedziałem im o tym, co wydedukowałem, na co zaczęli ryczeć ze śmiechu. Byłem szczerze przekonany, że ich śmiech oznaczał poddanie się. 
– Chowałeś się w krzakach, prawda? – zapytałem don Genaro.Don Juan usiadł i ujął głowę w obie dłonie. 
– Nie. Nie chowałem się – powiedział cierpliwie don Genaro. – Byłem daleko stąd, kiedy zawołałeś mnie, przybyłem, żeby zobaczyć się z tobą. 
– Gdzie byłeś, don Genaro? – Daleko stąd. – Jak daleko?Don Juan przerwał mi i stwierdził, że don Genaro pojawił się z szacunku do mnie i nie powinienem wypytywać go, gdzie był, ponieważ nigdzie go nie było.Don Genaro wziął mnie w obronę, mówiąc, że mogę pytać, o co chcę. 
– Jeśli nie chowałeś się w pobliżu domu, to gdzie byłeś, don Genaro? – zapytałem. 
– Byłem w swoim domu – odpowiedział z wielką szczerością. 
– W środkowym Meksyku? 
– Tak! To jedyny dom jaki mam.Spojrzeli na siebie i znowu wybuchnęli śmiechem. Wiedziałem, że żartują, ale postanowiłem nie dyskutować więcej na ten temat. Pomyślałem, że widocznie musieli mieć jakiś powód, żeby angażować się w tak szczegółowo zaplanowane przedsięwzięcie. Usiadłem. Poczułem się rozdarty wewnętrznie. Jakaś część mnie bynajmniej nie była zaszokowana i mogła przyjąć za dobrą monetę wszystkie poczynania don Juana czy don Genaro. Jednak druga, silniejsza, stanowczo sprzeciwiała się temu. Według mojej świadomej oceny, jedynie na poziomie intelektualnym zaakceptowałem magiczny opis świata don Juana, natomiast moje ciało sprzeciwiało się mu i stąd rodziła się sprzeczność. Ale jednak podczas wielu lat znajomości z don Juanem i don Genaro miałem wiele niesamowitych przeżyć będących doświadczeniami fizycznymi, a nie intelektualnymi. Wcześniej, tej samej nocy, posłużyłem się chodem mocy, który z punktu widzenia racjonalisty był niemożliwy do wykonania. Przede wszystkim zaś uzyskałem niewiarygodne wizje tylko dzięki sile własnej woli.Opisałem im swoje bolesne i równocześnie szczere dylematy. 
– Ten gość jest geniuszem – powiedział don Juan do don Genaro, kręcąc głową z niedowierzaniem. 
– Jesteś wielkim geniuszem, Carlitos – powiedział don Genaro, jakby przekazywał mi ważną wiadomość.Obaj usiedli przy mnie, don Juan po prawej, a don Genaro po lewej stronie. Don Juan zauważył, że wkrótce będzie ranek. W tej chwili ponownie usłyszałem głos ćmy. Przemieściła się – dźwięk dochodził z przeciwnego kierunku. Popatrzyłem na nich obu, wytrzymując ich spojrzenia. Mój logiczny wywód zaczął tracić sens. Dźwięk posiadał hipnotyzujące bogactwo i głębię. Potem usłyszałem przytłumione kroki, jakby delikatne stopy kruszyły suchą ściółkę. Trzaskający dźwięk przybliżył się.Przysunąłem się do don Juana, który oschle polecił mi widzenie. Zdobyłem się na największy wysiłek,nie po to żeby zadowolić don Juana, ale siebie. Byłem przekonany, ze don Genaro był ćmą, lecz przecież siedział ze mną. Wobec tego, co znajdowało się w krzakach? Ćma?Trzaskający dźwięk brzmiał mi w uszach. Nie mogłem Jednak przerwać wewnętrznego dialogu.Słyszałem dźwięk, ale nie byłem w stanie odczuć go w ciele, jak to się działo poprzednio. Posłyszałem wyraźne kroki. Coś skradało się w ciemności. Rozległ się głośny trzask, jakby pękła gałąź i nagle zawładnęło mną straszliwe wspomnienie. Kilka lat temu przeżyłem okropną noc na odludziu. Coś mnie wtedy napastowało, coś bardzo lekkiego i miękkiego chodziło po mojej szyi, podczas gdy ja kuliłem się na ziemi. Don Juan wytłumaczył to wydarzenie, jako spotkanie ze “sprzymierzeńcem”, tajemniczą siłą,którą czarownik uczy się postrzegać jako istniejącą realnie.Przysunąłem się bliżej don Juana i wyszeptałem, co sobie przypomniałem. Don Genaro przyszedł na czworakach, żeby być bliżej nas. 
– Co on powiedział? – zapytał szeptem don Juana. 
– Powiedział, że tam jest sprzymierzeniec – powtórzył niskim głosem don Juan.Don Genaro odczołgał się z powrotem i usiadł. Potem odwrócił się do mnie i powiedział głośnym szeptem: 
– Jesteś geniuszem.Zaśmiali się cicho. Don Genaro ruchem brody wskazał na chaparral. 
– Idź tam i schwytaj go – powiedział. – Zdejmij ubranie i wypłosz diabła z tego sprzymierzeńca.Zatrzęśli się ze śmiechu. Dźwięk ustał. Don Juan polecił mi przerwać tok myśli, a wzrok skupić na krzakach naprzeciw mnie. Powiedział, że ćma zmieniła miejsce z powodu obecności don Genaro.Jeśli ma zamiar pojawić się dla mnie, podejdzie od przodu.Po krótkiej walce o uciszenie myśli znowu odebrałem dziwny dźwięk. Był bogatszy niż przedtem.Najpierw usłyszałem stłumione kroki na suchych gałązkach, a potem poczułem je na ciele. W tym momencie dostrzegłem ciemną masę dokładnie naprzeciw mnie, na skraju chaparralu.Poczułem, że ktoś mną potrząsa i otworzyłem oczy. Don Juan i don Genaro stali nade mną, a ja klęczałem, jakbym zasnął skulony. Don Juan dał mi trochę wody. Usiadłem, opierając się plecami o ścianę.Zaraz potem zaczęło świtać. Chaparral budził się. Ranek był zimny i rześki.Don Genaro nie był ćmą. Moje racjonalne wyjaśnienie okazało się fałszywe. Nie chciałem zadawać dalszych pytań ani też siedzieć cicho. W końcu musiałem coś powiedzieć. 
– Ale jeśli byłeś w środkowym Meksyku, don Genaro, w jaki sposób dostałeś się tutaj?-zapytałem. Don Genaro zaczął robić jakieś absurdalne i wyjątkowo zabawne miny. 
– Przepraszam – zwrócił się do mnie – moje usta nie chcą mówić. – Potem odwrócił się do don Juana i zapytał, szczerząc zęby w uśmiechu:
– Dlaczego mu nie powiesz?Don Juan zawahał się. Potem stwierdził, że don Genaro jako doskonały artysta magii potrafi dokonywać cudownych wyczynów.Don Genaro nadął się jakby napompowany słowami don Juana. Wydawało się, że to wciągnięte w płuca powietrze powiększyło jego pierś dwukrotnie. Niemal unosił się nad ziemią. Nagle wyskoczył w górę. Miałem wrażenie, że wzniósł się jak balon. Następnie zaczął chodzić tam i z powrotem po klepisku, aż udało mu się opanować niesforne ciało. Poklepał się i z wielką siłą przesunął palcami od góry klatki piersiowej do brzucha, jakby wypuszczał powietrze z dętki. W końcu usiadł.
Don Juan uśmiechał się. Oczy błyszczały mu z czystej Przyjemności. 
– Rób swoje notatki – polecił mi łagodnie. – Pisz, pisz albo umrzesz!Potem zauważył, że nawet don Genaro przestał już uznawać robienie notatek za dziwactwo. 
– To prawda! – przyznał don Genaro. – Zastanawiałem się, czy samemu nie zacząć pisać. – Genaro jest człowiekiem wiedzy – powiedział oschle don Juan. – A będąc człowiekiem wiedzy,potrafi przemieszczać się na wielkie odległości.Przypomniał mi, że pewnego razu we trzech byliśmy w górach i don Genaro, usiłując mi pomóc w pokonaniu mojego głupiego rozsądku, wykonał wspaniały skok na jeden ze szczytów gór Sierra odległych o dziesięć mil. Pamiętałem to wydarzenie, a także to, że nawet nie przyszło mi na myśl, że naprawdę mógł skoczyć. Don Juan dodał, że czasami don Genaro potrafi dokonywać niezwykłych czynów. 
– W pewnych wypadkach Genaro nie jest Genaro, ale swoim sobowtórem – powiedział.Powtórzył to trzy czy cztery razy. Potem obaj obserwowali mnie, jakby czekając na moją nieuchronną reakcję.Nie zrozumiałem, co don Juan miał na myśli, mówiąc o jego sobowtórze. Nigdy przedtem o tym nie wspominał. Poprosiłem o wyjaśnienie. – To jest inny Genaro – zakomunikował. Popatrzyliśmy po sobie. Byłem przerażony. Ruchem oczu don Juan zachęcił mnie do mówienia. – Czy masz brata bliźniaka? – zapytałem, zwracając się do don Genaro. 
– Oczywiście – powiedział. – Mam bliźniaka.Nie wiedziałem, czy nie robią sobie żartów. Obaj chichotali, zachowując się zupełnie jak dzieci płatające figle. 
– Można by powiedzieć – kontynuował don Juan – że w tej chwili Genaro jest swoim bliźniakiem.To stwierdzenie poparte zostało śmiechem, który powalił ich obu na ziemię. Ale ja nie potrafiłem dzielić z nimi ich wesołości. Drżałem mimowolnie.Don Juan surowym tonem stwierdził, że jestem ociężały i strasznie ważny. 
– Odpuść sobie! – polecił mi oschle. – Wiesz, że Genaro to czarownik i nieskazitelny wojownik.Dlatego potrafi dokonywać czynów nie do pomyślenia dla przeciętnego człowieka. Jego sobowtór,drugi Genaro, stanowi rezultat tych czynów.Oniemiałem. Nie wydawało mi się, żeby tylko droczyli się ze mną. 
– Dla takiego wojownika jak Genaro – ciągnął – stworzenie tego drugiego nie jest znowu takim niewiarygodnym osiągnięciem.Po długim zastanowieniu, nie wiedząc, co mam powiedzieć, zapytałem: 
– Czy ten drugi jest taki sam jak on? 
– Ten drugi jest nim – odparł don Juan.Jego wyjaśnienie okazało się zupełnie niewiarygodne, a jednak nie było przecież bardziej niezwykłe niż wszystko, co robili. 
– Z czego jest zrobiony ten drugi? – zapytałem don Juana po chwili niezdecydowania. 
– Nie ma możliwości, żeby się tego dowiedzieć – odpowiedział. 
– Czy jest rzeczywisty, czy jest tylko iluzją? 
– Oczywiście, że rzeczywisty. 
– Czy wobec tego można by powiedzieć, że jest zbudowany z krwi i kości? – zapytałem. – Nie, nie można by – odpowiedział don Genaro. 
– Ale jeśli on jest tak rzeczywisty jak ja…. 
– Tak rzeczywisty jak ty? – wtrącili zgodnie don Juan i don Genaro.Popatrzyli na siebie i wybuchnęli takim śmiechem, że prawie by zwymiotowali. Don Genaro rzucił kapelusz na podłogę i zaczął tańczyć wokół niego. Taniec był pełen gracji i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu wyjątkowo zabawny. Możliwe, że cały dowcip polegał na absolutnie“profesjonalnych” ruchach don Genaro. Jego absurdalność była subtelna, a jednocześnie tak rzucająca się w oczy, że pokładałem się ze śmiechu. 
– Cały problem z tobą, Carlitos – powiedział don Genaro i usiadł – polega na tym, że jesteś geniuszem. 
– Muszę wiedzieć wszystko o tym sobowtórze – poprosiłem. 
– Nie ma sposobu, żeby się przekonać, czy jest on z krwi i kości – odparł don Juan – ponieważ nie jest tak rzeczywisty jak ty. Sobowtór Genaro jest tak realny jak Genaro. Rozumiesz, o co mi chodzi? 
– Ale chyba przyznasz, don Juanie, że musi być jakiś sposób, żeby się tego dowiedzieć. 
– Sobowtór jest osobą. Takie wyjaśnienie powinno ci wystarczyć. Gdybyś jednak widział,wiedziałbyś, że pomiędzy Genaro a nim istnieje wielka różnica. Dla czarownika, który widzi, sobowtór  jest jaśniejszy.Poczułem się za słaby na zadawanie dalszych pytań. Odłożyłem notes i przez chwilę wydawało mi się, że zemdleję. Miałem wizję tunelu – wszystko dookoła stało się ciemne, z wyjątkiem jasnego pola przed oczami.Don Juan stwierdził, że muszę coś zjeść. Nie byłem jednak głodny, natomiast Don Genaro oświadczył, że umiera z głodu. Wstał i udał się na tyły domu. Don Juan również wstał, dając mi znak,żebym poszedł za nim. W kuchni don Genaro wziął sobie porcję jedzenia i zaczął w wyjątkowo komiczny sposób udawać kogoś, kto chce jeść, ale nie może przełykać. Myślałem, że don Juan umrze ze śmiechu – kopał, krzyczał, kaszlał i krztusił się. Ja również o mało co nie pękłem ze śmiechu.Wygłupy don Genaro były pierwszorzędne.W końcu przestał, spojrzał najpierw na don Juana, a potem na mnie. Jego oczy lśniły. Uśmiechał się promiennie. 
– Nie da się – powiedział, wzruszając ramionami.Tak samo jak don Juan zjadłem bardzo dużo. Potem wszyscy wróciliśmy przed dom. Słońce świeciło, niebo było przejrzyste, a poranny wietrzyk odświeżał powietrze. Czułem się silny i szczęśliwy.Usiedliśmy w trójkącie, zwróceni twarzami do siebie. po chwili grzecznościowego milczenia postanowiłem poprosić ich o wyjaśnienie moich wątpliwości. Czułem, że znowu jestem w świetnej formie i chciałem to wykorzystać. 
– Powiedz mi coś więcej o sobowtórze, don Juanie – powiedziałem.Don Juan wskazał na don Genaro, a ten się ukłonił. 
– Oto on – powiedział don Juan. – Nie ma o czym mówić. Jest tutaj po to, żebyś sam mógł go zobaczyć. 
– Ależ to don Genaro – powiedziałem w niezdarnej próbie pokierowania rozmową. 
– Pewnie, że jestem Genaro – stwierdził don Genaro, wypinając pierś. 
– Wobec tego, czym jest sobowtór, don Genaro? – zapytałem. 
– Jego spytaj – odburknął, wskazując na don Juana.
– On potrafi mówić, ja jestem głupkiem. 
– Sobowtór to sam czarownik stworzony poprzez śnienie – wyjaśnił don Juan. – Jest aktem mocy czarownika, ale dla ciebie pozostaje tylko opowieścią o mocy. W przypadku Genaro nie sposób odróżnić sobowtóra od oryginału, ponieważ jest on nieskazitelnym wojownikiem. Dlatego ty sam nigdy nie spostrzegłeś różnicy. Ale od czasu gdy go poznałeś, z oryginalnym Genaro spotkałeś się tylko dwa razy. Przy wszystkich innych okazjach widziałeś jego sobowtóra. 
– Ależ to absurd! – krzyknąłem.Poczułem narastający niepokój. Byłem tak poruszony, że upuściłem notes, a ołówek potoczył się gdzieś poza zasięg mego wzroku. Don Juan i don Genaro zanurkowali za nim i rozpoczęli wyjątkowo groteskowe poszukiwania. Nigdy nie widziałem bardziej zdumiewającego pokazu estradowej magii i sztuczek magicznych, chociaż nie było tu żadnej sceny ani sprzętów i gadżetów używanych zwykle w takich przypadkach. Poza tym artyści najprawdopodobniej wcale nie posługiwali się trikami.Don Genaro, główny magik, i jego asystent don Juan w ciągu kilku minut przedstawili najbardziej zaskakującą i dziwaczną kolekcję rzeczy, które znaleźli pod, za lub też nad przedmiotami znajdującymi się w obrębie werandy.W magii estradowej asystent ustawia sprzęty, którymi w tym przypadku były rzeczy leżące na klepisku: kamienie, jutowe worki, kawałki drewna, skrzynia na mleko, lampa i moja kurtka. Następnie magik Don Genaro zaczai znajdować przedmioty, które wyrzucał, gdy tylko zauważył, że nie są one moim ołówkiem. Kolekcja znalezionych rzeczy wyglądała imponująco: części ubrań, peruki, okulary,zabawki, sztućce, części maszyn, damska bielizna, ludzkie zęby, kanapki i przedmioty kultu. Jedna znich okazała się wprost odrażająca. Był to kawałek sprasowanych ludzkich ekskrementów, który donGenaro wyciągnął spod mojej kurtki. W końcu znalazł ołówek i wręczył mi go po uprzednim wytarciu rąbkiem koszuli, którą miał na sobie.Celebrowali swoje wygłupy, krzycząc i chichocząc. Ja tylko obserwowałem, nie byłem w stanie donich dołączyć. 
– Nie bierz rzeczy tak poważnie, Carlitos – powiedział don Genaro zatroskanym tonem – bo inaczej popadniesz w…– Wykonał śmieszny gest, który mógł oznaczać wszystko.Kiedy ich śmiech przycichł, zapytałem don Genaro, co robi sobowtór, czy też co czarownik robi z sobowtórem.Odpowiedział don Juan, że sobowtór ma moc i używa się go do dokonywania czynów, które w normalnych warunkach byłyby niewyobrażalne. 
– Powtarzam ci w kółko, że świat jest niezgłębiony – kontynuował. – Tak samo my i każda inna istota na świecie. Dlatego też racjonalne poznanie sobowtóra jest niemożliwe. Jednak pozwolono ci być świadkiem, a to powinno ci w zupełności wystarczyć. 
– Ale musi być jakiś sposób mówienia o nim – powiedziałem. – Ty sam przyznałeś się, że wyjaśniłeś sobie spotkanie z jeleniem jako rozmowę, po to żeby móc o nim mówić. Czy nie możesz zrobić tego samego z sobowtórem?Przez chwilę nic nie powiedział. Błagałem go o wyjaśnienie. Strach, jaki mnie ogarnął, przechodził wszystko, co kiedykolwiek dotąd przeżyłem. 
– Czarownik może się podwoić – stwierdził don Juan. – To wszystko, co da się powiedzieć. 
– Ale czy jest świadomy, że się podwoił? 
– Oczywiście, że jest świadomy. – Czy wie, że przebywa w dwóch miejscach jednocześnie?Obaj popatrzyli na mnie, po czym spojrzeli na siebie. 
– Gdzie jest ten drugi don Genaro? – zapytałem. Don Genaro nachylił się nade mną i spojrzał mi w oczy. 
– Nie wiem – powiedział miękko. – Żaden czarownik nie wie, gdzie jest ten drugi. 
– Genaro ma rację – potwierdził don Juan. – Czarownik nie ma pojęcia, że przebywa w dwóch miejscach naraz. Świadomość tego równałaby się spotkaniu twarzą w twarz z sobowtórem, a czarownik stojący twarzą w twarz z samym sobą to martwy czarownik. Taka jest zasada. Nikt nie wie,dlaczego moc ustanowiła taki porządek rzeczy.Don Juan wyjaśnił mi, że zanim czarownik opanuje śnienie i widzenie i stworzy swego sobowtóra,musi wcześniej skutecznie wymazać swą osobistą historię, odrzucić poczucie własnej ważności i wyzbyć się rutynowych działań. Powiedział, że wszystkie techniki, których to mnie uczył, a które ja uważałem za czczą gadaninę, Poprzez doprowadzenie osobowości i świata do stanunie przewidywalnego, są faktycznie środkami służącymi do osiągnięcia możliwości posiadania sobowtóra. 
– Taki wojownik nie może już dłużej stwarzać chronologicznego świata – dodał don Juan.
– Dlaniego świat i on sam nie są już przedmiotami. – Jest świetlistą istotą w świetlistym świecie. Dla czarownika sobowtór to proste zjawisko, ponieważ on wie, co robi. Dla ciebie prostą sprawą jest robienie notatek, ale ciągle jeszcze przerażasz Genaro ołówkiem. 
– Czy ktoś inny, patrząc na czarownika, może zobaczyć, że jest on w dwóch miejscach naraz? –zapytałem don Juana. 
– Oczywiście. To jedyny sposób przekonania się o tym
 – Wobec tego, czyż nie można logicznie przyjąć, że czarownik też będzie wiedział, że jest w dwóch miejscach? 
– Oho! – wykrzyknął don Juan.
– Raz udało ci się trafić. Po zakończeniu całej sprawy czarownik z pewnością może zauważyć, że był w dwóch miejscach jednocześnie. Ale to tylko księgowość niemająca wpływu na fakt, że kiedy działa nie ma pojęcia o swojej dwoistości.Mój umysł wzdragał się przed taką wiedzą i poczułem, że jeśli nie będę pisał, to wybuchnę. 
– Pomyśl o tym – kontynuował. – Świat nie poddaje się nam bezpośrednio, ponieważ pomiędzy nim a nami stoi jego opis. Prawdę powiedziawszy, zawsze pozostajemy o jeden krok z tyłu, a nasze doświadczanie świata jest tylko wspomnieniem doświadczenia. Ciągle przypominamy sobie chwilę,która się właśnie wydarzyła, właśnie minęła. Przypominamy sobie, przypominamy, przypominamy. –Kręcił koła dłonią, żeby pokazać mi, o co mu chodzi.
– Jeśli całe nasze doświadczanie świata jest przypominaniem sobie, to stwierdzenie, że czarownik może być w dwóch miejscach naraz, nie jest takie dziwne. Z punktu widzenia jego własnej percepcji nie sprawia mu to kłopotu, ponieważ żeby doświadczać świata, czarownik jak każdy inny człowiek musi przypominać sobie czynność, którą nie wykonał, wydarzenie, którego był świadkiem, doświadczenie, jakie przeżył. W jego świadomości istnieje tylko pojedyncze wspomnienie. Ale osobie patrzącej na niego z zewnątrz może się zdawać, że czarownik gra w dwóch różnych epizodach jednocześnie. Może przypominać on sobie dwie oddzielne chwile, ponieważ nie jest związany klejem opisu czasu.Kiedy don Juan skończył mówić, byłem pewien, że dostaję gorączki.Don Genaro obrzucił mnie zaciekawionym spojrzeniem. 
– On ma rację – powiedział. – Jesteśmy zawsze o jeden skok z tyłu.Poruszył dłonią tak jak don Juan. Jego ciało szarpnęło się i odskoczyło do tyłu, przesuwając się nasiedzeniu. Wyglądało to tak, jakby miał czkawkę zmuszającą go do skakania. Zaczął przemieszczać się wstecz, skacząc na tyłku i w ten sposób doszedł do końca werandy, a potem zawrócił.Widok don Genaro skaczącego do tyłu na pośladkach zamiast rozśmieszyć mnie, zgodnie z jego intencją, wywołał u mnie tak silny atak strachu, że don Juan musiał kilkakrotnie uderzać mnie kostkami zaciśniętych w pięść palców po czubku głowy. 
– Po prostu nie mogę pojąć tego wszystkiego, don Juanie – powiedziałem. 
– Ja też nie – odparował don Juan, wzruszając ramionami. 
– Ani ja, drogi Carlitos – dodał don Genaro.Zmęczenie, ogrom wrażeń zmysłowych, dominujący nastrój wesołości i humoru, wygłupy don Genaro – jak dla moich nerwów było tego za wiele. Nie mogłem powstrzymać skurczów mięśni brzucha.Don Juan potoczył mnie po ziemi, dopóki nie odzyskałem spokoju, po czym znowu usiadłem twarzą do nich. 
– Czy sobowtór jest materialny? – zapytałem don Juana po długim milczeniu. Spojrzeli na mnie. 
– Czy dwójnik jest cielesny? 
– Oczywiście – powiedział don Juan.
– Materialność, cielesność to wspomnienia, jak wszystko, co odczuwamy w świecie. Wspomnienia opisu. Masz wspomnienie mojej cielesności, tak samo jak wspomnienie porozumiewania się za pomocą słów. Dlatego rozmawiałeś z kojotem i odczuwasz mnie jako istotę materialną.Don Juan przysunął się do mnie i trącił mnie lekko łokciem. 
– Dotknij mnie – powiedział.Poklepałem go, a potem objąłem. Byłem bliski płaczu.Don Genaro wstał i podszedł do nas. Zauważyłem łobuzerski, złośliwy błysk w jego oczach. Wydął usta i przyglądał mi się przez dłuższą chwilę. 
– A co ze mną? – zapytał, próbując ukryć uśmiech.
– Mnie nie przytulisz?Wstałem i rozpostarłem ramiona, żeby go objąć. Moje ciało zamarło w bezruchu, nie miałem siły się ruszyć. Użyłem wszystkich sił, aby go dosięgnąć, ale daremnie.Don Juan i don Genaro stali z boku, obserwując mnie. Czułem, że moim ciałem porusza jakaś
nieznana siła.Don Genaro usiadł i udawał, że się dąsa, ponieważ go nie objąłem. Zrobił skwaszoną minę i uderzał piętami o ziemię. Następnie obaj wybuchnęli śmiechem.Drżały mi mięśnie brzucha, przez co drżało też całe moje ciało. Don Juan stwierdził, że poruszam głową wreszcie tak, jak mi wcześniej polecił i że dzięki temu mam szansę na uspokojenie się poprzez odbijanie promieni światła w rogówkach oczu. Siłą wyciągnął mnie z werandy na otwartą przestrzeń i zaczął ustawiać mnie w takiej pozycji, w której oczy mogłyby złapać światło wschodzącego słońca.Lecz zanim zdążył mnie odpowiednio skierować, przestałem się już trząść. Kiedy don Genaro
stwierdził, że to ciężar kartek wywołuje to drżenie, zauważyłem, że kurczowo trzymam notes.Powiedziałem don Juanowi, że moje ciało nakłania mnie, żebym wyjechał. Pomachałem ręką don Genaro. Nie chciałem dać im czasu na przekonanie mnie do zmiany decyzji. 
– Do widzenia, don Genaro! – krzyknąłem.
– Muszę już iść.Pomachał do mnie.Don Juan szedł ze mną kilkanaście metrów w kierunku samochodu. 
– Czy ty też masz sobowtóra, don Juanie? – zapytałem. 
– Oczywiście! – zawołał.W tym momencie przyszła mi do głowy szaleńcza myśl. Chciałem ją zarzucić i pośpiesznie odjechać, ale coś mnie korciło. Przez wszystkie lata naszej znajomości przyzwyczaiłem się, że za każdym razem, kiedy chciałem spotkać się z don Juanem, po prostu jechałem do Sonory albo dośrodkowego Meksyku i on zawsze już tam na mnie czekał. Nauczyłem się traktować to jako coś normalnego i nigdy, aż do tej pory, nie przyszło mi do głowy, żeby się nad tym zastanawiać. 
– Powiedz mi coś, don Juanie – poprosiłem półżartem.
– Czy ty jesteś sobą, czy swoim sobowtórem? Nachylił się w moją stronę i uśmiechnął się. 
– Sobowtórem – wyszeptał.Moje ciało wyskoczyło w powietrze jakby popchnięte straszliwą siłą. Pobiegłem do samochodu. 
– Tylko żartowałem – powiedział głośno don Juan. – Nie możesz jeszcze jechać. Ciągle jesteś mi winien te pozostałe pięć dni.Obaj podbiegli do samochodu, kiedy odjeżdżałem. Śmiali się i podskakiwali. 
– Carlitos, wzywaj mnie, kiedy tylko zechcesz! – wykrzyknął don Genaro
Reklamy

Fragment książki”Potęga Milczenia” Carlosa Castanedy

PRZESKOK MYŚLOWY   Zwycięskie-zdjęcie-w-kategorii-Kosmos-i-Ludzie-530x272

Do domu don Juana doszliśmy rankiem, w porze śniadania. Byłem wygłodniały, ale nie zmęczony. Jaskinię opuściliśmy jeszcze o świcie, kierując się w stronę doliny. Zamiast najkrótszym szlakiem don Juan poprowadził mnie okrężną drogą, wzdłuż rzeki. Wyjaśnił, że nim dotrzemy do domu, musimy ochłonąć. Odpowiedziałem, że użycie liczby mnogiej jest z jego strony miłym gestem – sądziłem, że jedyną osobą, która ma zamęt w głowie, jestem ja. Don Juan odparł, że nie kieruje się uprzejmością, ale swoim przygotowaniem wojownika. Powiedział, że wojownik musi ustawicznie wystrzegać się właściwego zwykłym ludziom prostactwa, albowiem jest istotą urzekającą, choć bezwzględną – samotnikiem o wykwintnym smaku i manierach, którego ziemskim celem jest ostrzyć broń i trzymać ją w ukryciu, tak aby nikt nie domyślił się jego bezwzględności. Po śniadaniu pomyślałem, że nie od rzeczy będzie się przespać jednak don Juan utrzymywał, iż nie powinienem tracić na to czasu. Powiedział, że niestety wkrótce utracę tę odrobinę jasności umysłu, która mi jeszcze pozostała. Gdybym zasnął, znikłaby od razu. – Nietrudno zgadnąć, że o intencji właściwie nie da się rozmawiać – powiedział pośpiesznie, przyglądając mi się badawczo. – Samo jednak stwierdzenie tego nic nie wnosi. Z tego właśnie powodu czarownicy uciekają się do magicznych opowieści, z nadzieją, że ich abstrakcyjne wątki przemówią kiedyś do słuchaczy. Rozumiałem jego słowa, jednak nadal nie pojmowałem, czym jest abstrakcyjny wątek i jakie miało być jego znaczenie w moim przypadku. Kiedy próbowałem się nad tym zastanowić, zalał mnie potok myśli, obrazy przelatywały przez mój umysł tak szybko, że nie mogłem się na nich skoncentrować. Nie umiałem ich spowolnić na tyle, by je rozpoznać. W końcu ogarnął mnie gniew i uderzyłem pięścią w stół. Don Juan zatrząsł się ze śmiechu. – Zrób to, co wczorajszej nocy – poradził, mrugając do mnie okiem. – Zwolnij tempo. Moje nieudane próby wyzwoliły we mnie agresję: wszcząłem jakiś bezprzedmiotowy spór, a potem, kiedy pojąłem swój błąd, zacząłem przepraszać za brak opanowania. – Nie przepraszaj – powiedział don Juan. – Muszę ci powiedzieć, że sprawa, którą chcesz zrozumieć, leży w tej chwili poza zasięgiem twoich możliwości. Być może później, to znaczy za wiele lat, uchwycisz jej sens. Błagałem, by nie zostawiał mnie w mroku i omówił abstrakcyjne wątki. Nie było dla mnie jasne, co według niego miałem z nimi zrobić. Zapewniałem, że stan wzmożonej świadomości, w którym się znajduję, mógłby mi pomóc zrozumieć jego wyjaśnienia. Nakłaniałem, żeby się pośpieszył, bo nie byłem pewien, jak długo ten stan może potrwać. Powiedziałem – pół żartem, pół serio – że już niedługo, kiedy powrócę do swego zwykłego stanu, będę jeszcze głupszy niż wcześniej. Don Juan roześmiał się, zapewne nie traktując mnie poważnie. Ja natomiast, słysząc własne słowa, popadłem w melancholię. Don Juan łagodnie wziął mnie pod rękę, posadził w wygodnym fotelu, po czym usiadł naprzeciwko mnie. Wpatrywał się w moje oczy z taką siłą, że nie mogłem odwrócić wzroku. – Czarownicy nieustannie osaczają samych siebie – powiedział pocieszająco, jakby chciał mnie ukoić samym tonem głosu. Chciałem powiedzieć, że już jestem spokojny, a moje roztrzęsienie musiało być spowodowane brakiem snu, nie dał mi jednak dojść do słowa. Zaręczył, że nauczył mnie o osaczaniu wszystkiego, co mógł, i że do wiedzy tej, zmagazynowanej w zakamarkach mej wzmożonej świadomości, na razie nie potrafię dotrzeć. Powiedziałem mu wtedy o ogarniającym mnie uczuciu: miałem wrażenie, że coś mnie dławi. Czułem, że siedzi we mnie coś, co zniechęca mnie do wszystkiego i drażni, tak że chce mi się trzaskać drzwiami i przewracać stoły. – Źródłem tego uczucia, którego wszyscy czasem doświadczamy – stwierdził – jest nasze połączenie z intencją, które w ten sposób przypomina o swoim istnieniu. Czarownicy odczuwają to jeszcze intensywniej, właśnie dlatego, że aby sterować złączem z intencją, muszą je najpierw uwrażliwić. Kiedy intensywność oddziaływania złącza wzmaga się, czarownicy zmniejszają ją poprzez osaczania samych siebie. – Wciąż nie mogę zrozumieć, co nazywasz osaczaniem – oznajmiłem. – Chociaż jednocześnie czuję, że gdzieś w głębi duszy pojmuję wszystko. – Wobec tego postaram się wyjaśnić ci to, co sam już wiesz – rzekł don Juan. – Osaczanie jest
bardzo prostą sprawą: to szczególny sposób postępowania, wymagający przestrzegania określonych reguł. Jest to zachowanie tajemnicze, ukradkowe, zwodnicze i szokujące. Osaczanie siebie polega na bezwzględnym i sprytnym potrząśnięciu sobą samym. Don Juan powiedział, że kiedy świadomość czarownika zapada się pod naporem doznań – co właśnie działo się ze mną – najlepszą, a czasami jedyną metodą osaczenia się jest wywołanie wstrząsu za pomocą pojęcia śmierci. – Dlatego wyobrażenie śmierci ma w życiu czarownika fundamentalne znaczenie – kontynuował. – Zawsze chciałem cię przekonać, że wiedza o naszym bliskim, nieuchronnym końcu jest źródłem trzeźwości umysłu, i dlatego uczyłem cię bardzo wielu rzeczy dotyczących śmierci. Najkosztowniejszym błędem, jaki my, zwykli ludzie, możemy popełnić, jest żywienie nadziei, iż jesteśmy nieśmiertelni – zupełnie jakbyśmy wierzyli, że jeśli nie będziemy myśleli o śmierci, uchronimy się przed nią. – Musisz przyznać, don Juanie, że niemyślenie o śmierci z pewnością ratuje nas przed martwieniem się nią. – Owszem, temu służy to znakomicie – przyznał. – Jednak taki cel jest bezwartościowy dla przeciętnego człowieka, a dla czarownika jest po prostu kpiną. Brak jasnego wyobrażenia śmierci pozbawia nasze życie porządku, trzeźwości i piękna. Dlatego czarownicy ze wszystkich sił starają się przedstawić sobie ten istotny obraz. Dzięki niemu potrafią z całą wyrazistością pojąć, że mogą umrzeć w każdej chwili. Ta świadomość daje im odwagę, by być cierpliwym, a jednak działać; by być posłusznym, nie stając się głupim. Don Juan wpatrywał się we mnie. Uśmiechnął się i skinął głową. – Tak właśnie sprawy się mają – ciągnął. – Wyobrażenie śmierci jest jedynym źródłem odwagi czarowników. Dziwne, nieprawdaż? Dzięki temu obrazowi stać ich na przebiegłość wolną od pr6żności, a przede wszystkim na bezwzględność bez obawy o zarozumiałość. Uśmiechnął się ponownie i szturchnął mnie łokciem. Powiedziałem, że wyobrażenie własnej śmierci niesamowicie mnie przeraża. Rozmyślam o niej ciągle, ale z pewnością nie daje mi to odwagi ani nie pobudza do działania – raczej staję się cyniczny albo przygnębiony. – Twój problem jest bardzo prosty – stwierdził don Juan. – Trudno ci się pozbyć natrętnych myśli i wyobrażeń. Mówiłem ci już, że czarownicy walczą z obsesją, osaczając samych siebie. Istnieje wiele sposobów osaczania Jeśli nie chcesz posłużyć się wyobrażeniem własnej śmierci, wykorzystaj wiersze, które mi czytałeś. – Słucham? – Powiedziałem ci już, ze lubię poezję z wielu powodów – odpowiedział. – Używam jej do osaczania samego siebie, przy jej pomocy potrząsam własnym jestestwem. Kiedy czytasz, przysłuchuję się, ucinam toczący się w mym wnętrzu dialog i pozwalam przybrać na sile wewnętrznemu milczeniu. Wówczas poezja miesza się z milczeniem, wywołując wstrząs. Wyjaśnił przy tym, że poeci nieświadomie tęsknią za światem magii. Ponieważ jednak nie są poszukującymi wiedzy czarownikami, tęsknota jest wszystkim, co im pozostaje. – Zobaczmy, czy poczujesz, o co mi chodzi – powiedział, wręczając mi wybór wierszy Jose Gorostizy. Otworzył książkę w założonym miejscu i wskazał swój ulubiony utwór. …tę śmierć żywą, zawzięte konanie nieustanne które Cię, Boże, zabija w twoich kształtach starannych, i w różach, i w kamieniach, i w owych gwiazdach hardych, i w Ciele, co się spopiela niczym stos podpalony przez śpiew, przez sen głęboki i przez spojrzenia barwę … Boże, na odpryskach Twoich, tych, co przed wiekami wieków może Cię zabiły ongiś, a myśmy nic nie wiedzieli, okruchy, fusy, popioły
po Tobie, który wciąż jesteś obecny jak gwiazda owa przez światło swoje skłamana światło bez gwiazdy, jałowe, co ziemi sięga i kryje bezmierną jej katastrofę. (Jose Gorostiza, Śmierć nieskończona, przekł. Krzysztof Andrzej Jeżewski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971, wyd. I

Słysząc te słowa – odezwał się don Juan, kiedy skończyłem czytać – czuję, że ten człowiek widzi istotę rzeczy. Możemy widzieć ją razem: on i ja. Nie obchodzi mnie, o czym ten wiersz opowiada. Ważne jest jedynie uczucie, jakie wzbudza we mnie tęsknota poety. Przejmuję jego nostalgię, a wraz z nią towarzyszące jej piękno. I nie mogę się nadziwić, że on, niczym prawdziwy wojownik, obsypuje tym bogactwem słuchaczy, swych odbiorców, pozostawiając dla siebie tylko tęsknotę. To dramatyczne przeżycie, doznanie tego wstrząsającego piękna, jest właśnie osaczaniem. Wywody don Juana poruszyły mnie do żywego, potrąciły nieznaną strunę w mym wnętrzu. – Nie – odparł zdecydowanie..– Choć mogłoby się tak się zdawać, śmierć nie jest naszą nieprzyjaciółką ani niszczycielką. – Czym więc jest w takim razie? – zapytałem. – Czarownicy powiada-ją, że śmierć jest jedynym godnym nas przeciwnikiem, który rzuca nam wyzwanie. Naszym przeznaczeniem – zwykłych ludzi i czarowników – jest stanąć do walki, jednak tylko czarownicy zdają sobie z tego sprawę. – Wydaje mi się, don Juanie, że to życie, a nie śmierć, jest dla nas próbą sił. – Życie jest tylko ciągiem zdarzeń, za pomocą których śmierć nas wypróbowuje – odrzekł don Juan. – Śmierć jest działającą siłą, a życie areną, na której zmagają się tylko dwaj zawodnicy: śmierć i my sami. – Sądziłem, że to my, ludzie, rzucamy wyzwanie śmierci – zaoponowałem. – Nie masz racji – odparł. – Jesteśmy bierni. Pomyśl tylko jeżeli się poruszamy, to tylko wtedy, kiedy czujemy napór śmierci. To ona narzuca tempo naszym działaniom i intensywność uczuciom. Popycha nas bezlitośnie, aż nas zniszczy i wygra walkę, albo aż my dokonamy niemożliwego i ją pobijemy. Czarownicy pokonują śmierć, a ona uznaje swoją porażkę, pozwalając im odejść wolno i zostawiając ich na zawsze w spokoju. – Czy oznacza to, że czarownicy stają się nieśmiertelni? – zapytałem. – Nie, nie o to chodzi – odpowiedział. – Śmierć przestaje ich niepokoić, to wszystko. – Ale co to znaczy, don Juanie? – Oznacza to, że myślą dokonuje się przeskoku, sięgając tego, co niepojęte. – No, ale co to znaczy, że myślą sięgamy niepojętego? – pytałem, starając się ukryć rosnącą agresję. – Problem polega na tym, że pewne określenia rozumiemy inaczej. – Nie jesteś ze mną szczery – przerwał mi don Juan. – Przecież wiesz, co chcę powiedzieć. Żarty sobie stroisz, pytając mnie o racjonalne wytłumaczenie przeskoku myśli w obręb niepojętego. Dokładnie wiesz, co to znaczy. – Nie, nie wiem – oświadczyłem. Wtedy zdałem sobie sprawę, że wiem, a raczej wyczuwam, o co mu chodzi. Jakąś częścią swojego jestestwa potrafiłem wyjść poza racjonalne rozumowanie i pojąć, a nawet wyjaśnić, nie uciekając się do przenośni, przeskok myśli w obręb niepojętego. Kłopot w tym, że część ta była zbyt drobna, by dało się nią dowolnie sterować. Kiedy mu o tym powiedziałem, roześmiał się i przyrównał moją świadomość do huśtawki: w górnym położeniu panowałem nad sobą doskonale, w dolnym natomiast stawałem się racjonalnym tępakiem. Większość czasu spędzałem, wisząc bezużytecznie gdzieś pośrodku, jak nie wiadomo kto – ni pies, ni wydra. – Przeskok myśli w obręb niepojętego – wyjaśnił z nutką rezygnacji – to zstąpienie ducha, akt przełamania barier naszej percepcji. Jest to moment, w którym ludzkie postrzeganie sięga granic. Czarownicy ćwiczą się w sztuce wysyłania zwiadowców, szperaczy, którzy penetrują granice percepcji. Właśnie dlatego lubię wiersze: traktuję je jak moich wysłańców. Oczywiście, jak ci już powiedziałem, czarownicy dużo lepiej od poetów wiedzą, co tacy zwiadowcy potrafią. Wczesnym wieczorem don Juan powiedział, że mamy wiele spraw do omówienia, i zaproponował mi mały spacer. W moim umyśle działo się coś niepojętego. Już wcześniej zauważyłem u siebie dziwną powściągliwość, która to słabła, to przybierała na sile. Początkowo sądziłem, że to zwykłe fizyczne zmęczenie, które zaciemnia mi umysł – tak jednak nie było, jako że myśli formułowałem z niebywałą precyzją. Doszedłem więc do przekonania, że ta osobliwa rezerwa powstała za sprawą osiągnięcia odmiennego stanu świadomości. Wyszliśmy z domu i zaczęliśmy się przechadzać po miejscowym rynku. Nim don Juan zdążył się odezwać, pośpiesznie spytałem go 0 ogarniające mnie poczucie oderwania. Odrzekł, że jest to objaw przemieszczenia energii: kiedy wyzwoli się energię wykorzystywaną za zwyczaj do utrzymywania punktu scalającego w ustalonej pozycji, koncentruje się ona automatycznie na złączu z intencją. Zapewnił mnie, że nie istnieją metody ani techniki, dzięki którym czarownik mógłby się nauczyć na zapas jak przesuwać energię z miejsca na miejsce – ruch ten odbywa się automatycznie wraz z osiągnięciem określonego poziomu sprawności. Zainteresowało mnie, co ten poziom sprawności oznacza. Czyste zrozumienie, odrzekł don Juan. Aby energia przemieściła się w ten sposób, musimy wpierw oczyścić nasze złącze z intencją. Żeby tego dokonać, powinniśmy to tylko, za pomocą czystego zrozumienia, zaplanować. Chciałem, oczywiście, by wytłumaczył mi, czym jest czyste zrozumienie. Zaśmiał się i usiadł na ławce. – Opowiem ci o czarownikach i ich magicznych czynach coś niezwykle ważnego – powiedział. – O tym, jak ich myśl wykracza poza granice rozumu. Niektórzy czarownicy, wyjaśnił, są gawędziarzami. Snucie historii to dla nich nie tylko wysyłanie zwiadowców badających granice ich percepcji, ale także sposób Osiągnięcia doskonałości, zdobycia mocy i dotarcia do ducha. Milczał przez chwilę, najwidoczniej szukając odpowiedniego przykładu. Przypomniał mi, że Indianie Yaqui wyróżniają pewien zbiór zdarzeń z historii, nazywany przez nich „pamiętnymi datami”. Wiedziałem, że są to ustne relacje z historii ich narodu, z czasów prowadzenia wojen z najeźdźcami: najpierw Hiszpanami, potem Meksykanami. Don Juan, który sam był Yaqui, podkreślał, że pamiętne daty opisują klęskę i rozpad jego plemienia. – A więc co ty, człowiek wykształcony, powiedziałbyś o czarowniku-gawędziarzu, który przypominając jakąś pamiętną datę, na przykład, historię Calixto Muni, zmieniłby jej zakończenie? Jednym słowem, zamiast opowiedzieć, jak to Calixto Muni został oprawiony i poćwiartowany przez hiszpańskich katów, co rzeczywiście się zdarzyło, przedstawiłby Calixta Muni jako zwycięskiego buntownika, który obdarza swój lud wolnością? Znałem tę historię. Calixto Muni był Indianinem Yaqui, który aby nauczyć się sztuki wojennej, pływał długie lata po Morzu Karaibskim na statku pirackim. Kiedy powrócił do rodzinnej Sonory, zdołał wszcząć bunt przeciwkoHiszpanom i ogłosić wojnę o niepodległość, po to tylko, by zostać zdradzonym, pojmanym i straconym. Don Juan nakłaniał mnie, bym to skomentował. Powiedziałem, że tego rodzaju modyfikacja prawdziwej historii może być środkiem psychologicznym, pobożnym życzeniem czarownika. Albo, być może, w ten dziwaczny sposób ów bajarz radził sobie z własną frustracją. Dodałem, że można by nazwać tego czarownika patriotą, który nie umie przełknąć goryczy porażki. Don Juan pokładał się ze śmiechu. – Ale to nie jest kwestia jednego czarownika – gawędziarza – argumentował. – Oni wszyscy robią to samo. -– W takim razie jest to przykład społecznie usankcjonowanego środka, poprzez który cała społeczność daje wyraz swym pobożnym życzeniom – odparłem. – Powszechnie akceptowany sposób zbiorowego uwolnienia się od psychicznego stresu. – Mówisz gładko, przekonująco i rozsądnie – odpowiedział don Juan. – Ponieważ jednak twój duch jest martwy, nie potrafisz dostrzec swego błędu. Wpatrywał się we mnie, jakby chciał wyczarować moje zrozumienie. Nie odzywałem się, gdyż mówiąc, nie umiałbym ukryć rozdrażnienia. – Czarownik-gawędziarz, który zmienia zakończenie „rzeczywistej” relacji – powiedział w końcu don Juan – czyni to pod kierunkiem i patronatem ducha. Ponieważ potrafi manipulować swą nieuchwytną więzią z intencją, umie naprawdę zmieniać bieg rzeczy. Kiedy czarownik-gawędziarz chce zasygnalizować swoją intencję takiego czynu, zdejmuje z głowy kapelusz, kładzie go na ziemi i
obraca o pełne trzysta sześćdziesiąt stopni w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Dzięki tej prostej, wykonywanej w imię ducha czynności, czarownik staje się jednością z duchem: myślą sięga tego, co niepojęte. Don Juan uniósł r ękę ponad głowę i wskazał na niebo nad horyzontem. – Jego czyste zrozumienie jest zwiadowcą, penetrującym ten ogrom w oddali – dodał. – Dzięki niemu czarownik-gawędziarz nie ma nawet cienia wątpliwości, że w jakiś sposób gdzieś tam, w bezkresie, w tej właśnie chwili zstąpił duch. Oto Calixto Muni zwyciężył i wyzwolił swój lud. Wyznaczając swój cel przekroczył własne granice.

Niebieski Tropiciel -fragment książki Carlosa Castanedy

 NIEBIESKI TROPICIEL

horizon

Śniło mi się coś zupełnie bezsensownego. Była przy mnie Carol Tiggs. Mówiła do mnie, ale nie mogłem zrozumieć jej słów. Był tam również don Juan i wszyscy członkowie jego grupy. Próbowali wyciągnąć mnie z jakiegoś szalonego świata, w którym tliło się mdłe, żółtawe światło.

Po długich zmaganiach, podczas których wiele razy traciłem ich na jakiś czas z oczu, zdołali mnie wreszcie stamtąd wyratować. Ponieważ nie mogłem pojąć celu całego przedsięwzięcia, w końcu doszedłem do wniosku, że śni mi się normalny, chaotyczny sen.

Jakież było moje zdumienie, kiedy obudziłem się i odkryłem, że leżę w łóżku, w domu don Juana. Nie mogłem się poruszyć. Byłem zupełnie pozbawiony energii. Nie wiedziałem, co myśleć, chociaż od razu uświadomiłem sobie powagę sytuacji. Miałem niejasne przeczucie, że straciłem całą energię na skutek wyczerpania spowodowanego śnieniem.

Towarzysze don Juana zdawali się niezwykle poruszeni tym, co się ze mną działo. Stale przychodzili do mojego pokoju, ale tylko pojedynczo. Każdy z nich stal przez chwilę w całkowitym milczeniu, a potem przychodził następny. Wydawało mi się, że na zmianę mnie pilnują. Byłem jednak zbyt słaby, by poprosić o wyjaśnienie ich dziwnego zachowania.

W ciągu następnych dni poczułem się lepiej i zaczęli rozmawiać ze mną o moim śnieniu. Z początku nie wiedziałem, czego ode mnie chcą. W końcu, na podstawie pytań, które mi zadawali, pojąłem, że mają obsesję na punkcie świata cieni. Każdy zdawał się przestraszony i mówił mi mniej więcej to samo. Powtarzali mi, że nigdy nie byli w świecie cieni, a niektórzy utrzymywali nawet, że nic nie wiedzą o jego istnieniu. Ich wyznania i reakcje sprawiły, że odczuwałem coraz większy zamęt i strach.

– Kto zabrał cię do tego świata? I skąd w ogóle wiedziałeś, jak tam się dostać? – pytali wszyscy.

Gdy powiedziałem, że to tropiciele pokazali mi tamten świat, nie mogli mi uwierzyć. Najwyraźniej przyjęli, że byłem tam naprawdę, nie mogąc jednak odwołać się do własnego doświadczenia jako punktu odniesienia, nie potrafili zgłębić moich słów. Chcieli jednak wiedzieć wszystko, co wiem o cieniach i ich świecie. Spełniłem ich prośby. Wszyscy, z wyjątkiem don Juana, usiedli przy moim łóżku i wsłuchiwali się z uwagą w każde moje słowo. Gdy tylko jednak pytałem ich o moją sytuację, rozbiegali się zupełnie jak cienie.

Niepokoiło mnie jeszcze coś. Chorobliwie unikali jakiegokolwiek kontaktu fizycznego ze mną, co nigdy przedtem się nie zdarzało. Trzymali się z daleka ode mnie, jakbym był trędowaty. Ich zachowanie tak mnie martwiło, że musiałem ich o to zapytać. Zaprzeczyli moim zarzutom. Zdawali się urażeni moim pytaniem i to do tego stopnia, iż usiłowali udowodnić mi, że się mylę. Roześmiałem się serdecznie, rozbawiony wynikłym z tego napięciem. Sztywnieli bowiem za każdym razem, gdy próbowali mnie objąć.

Jedynie Florinda Grau, najbliższa towarzyszka don Juana, nie obawiała się fizycznego kontaktu ze mną; otaczała mnie troskliwą opieką i próbowała wyjaśnić, co się dzieje. Powiedziała, że utraciłem moją energię w świecie istot nieorganicznych, po czym ją odzyskałem. Jednak mój nowy ładunek energetyczny dla większości z nich jest nieco niepokojący.

Florinda kładła mnie do łóżka każdego wieczoru, jakbym był kaleką. Nawet przemawiała do mnie jak do dziecka, na co reszta reagowała salwami śmiechu. Pomijając jednak pośmiewisko, które ze mnie robiła, doceniałem jej troskę, chyba zresztą autentyczną.

Pisałem już kiedyś o Florindzie w związku z naszym pierwszym spotkaniem. Była to najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu spotkałem. Kiedyś powiedziałem jej zupełnie szczerze, że powinna była zostać modelką w magazynie mody.

– Tak, w magazynie z tysiąc dziewięćset dziesiątego roku – odparowała.

Florinda, chociaż miała już swoje lata, wcale nie była stara. Była młoda i pełna życia. Gdy zapytałem don Juana o źródło jej niezwykłej młodości, dowiedziałem się, że to magia utrzymuje ją w tak dobrym stanie.

– Energia czarowników – dodał don Juan – dla oka jest młodością i wigorem.

Gdy towarzysze don Juana zaspokoili już swoją pierwotną ciekawość świata cieni, przestali wchodzić do mojego pokoju. Zadawali jedynie zdawkowe pytania dotyczące mojego stanu zdrowia. Jednak kiedy tylko próbowałem wstać, zaraz zjawiał się któryś z nich i delikatnie kładł mnie z powrotem do łóżka. Nie pragnąłem ich posługi, a jednak najwidoczniej ich potrzebowałem; ciągle jeszcze byłem słaby. Pogodziłem się z tym. Najbardziej jednak dokuczało mi to, że nie udało mi się nakłonić nikogo z nich, by wytłumaczył mi, co ja właściwie robię w Meksyku, skoro położyłem się spać w Los Angeles. Ciągle ich o to pytałem, ale wszyscy odpowiadali niezmiennie:

– Zapytaj naguala. Tylko on może ci to wyjaśnić. W końcu Florinda się przełamała.

– Wpadłeś w pułapkę – powiedziała. – Właśnie to ci się przytrafiło.

– Gdzie wpadłem w tę pułapkę?

– W świecie istot nieorganicznych, rzecz jasna. To właśnie z nimi miałeś do czynienia od lat, prawda?

– Tak, jak mówisz, Florindo. Możesz mi powiedzieć, jaka to była pułapka?

– Chyba nie. Wiem tylko, że straciłeś tam całą swoją energię. Ale walczyłeś bardzo dzielnie.

– Dlaczego jestem chory, Florindo?

– Nie zmogła cię choroba. Doznałeś uszczerbku na swej energii. Byłeś w stanie krytycznym, ale teraz jesteś tylko poważnie ranny.

– Jak to się stało?

– Stoczyłeś walkę na śmierć i życie z istotami nieorganicznymi i zostałeś pokonany.

– Nie pamiętam żadnej walki, Florindo.

– To nie ma żadnego znaczenia. Walczyłeś i zostałeś zdeklasowany. Nie miałeś cienia szansy z mistrzami manipulacji.

– Walczyłem z istotami nieorganicznymi?

– Tak. Stoczyłeś z nimi śmiertelny pojedynek. Doprawdy nie wiem, w jaki sposób zdołałeś przeżyć ich miażdżący cios.

Nie chciała powiedzieć mi już nic więcej. Napomknęła tylko, że może niebawem odwiedzi mnie nagual.

Następnego dnia pojawił się don Juan. Był bardzo jowialny i dodawał mi otuchy. Żartobliwie obwieścił, że składa mi wizytę jako pełniący obowiązki lekarza energetycznego. Zbadał mnie, przypatrując mi się od stóp do głów.

– Jesteś już prawie uleczony – posumował.

– Co się ze mną stało, don Juanie? – zapytałem.

– Wpadłeś w pułapkę, jaką zastawiły na ciebie istoty nieorganiczne – odparł.

– A jak się tutaj znalazłem?

– Tu właśnie kryje się wielka tajemnica, bez dwóch zdań – powiedział i uśmiechnął się dobrodusznie, najwyraźniej próbując rozładować nieco powagę sytuacji. –Istoty nieorganiczne pojmały cię całego, łącznie z ciałem. Najpierw, gdy poszedłeś za jednym z ich tropicieli, ściągnęły do swojego królestwa twoje ciało energetyczne, a potem fizyczne.

Towarzysze don Juana wyglądali na zszokowanych. Jeden z nich zapytał, czy istoty nieorganiczne rzeczywiście mogą kogoś porwać. Don Juan odparł, że bez wątpienia mogą to zrobić. Przypomniał o nagualu Eliasie, który został uprowadzony do ich świata, chociaż wcale nie zamierzał się tam udać.

Wszyscy przytaknęli, kiwając głowami. Don Juan dalej rozmawiał z nimi, mówiąc o mnie w trzeciej osobie. Powiedział, że połączona świadomość istot nieorganicznych najpierw pochłonęła moje ciało energetyczne, zmuszając mnie do gwałtownej reakcji emocjonalnej na widok uwięzionego tropiciela. Potem ta sama połączona świadomość ściągnęła do swojego świata moje bezwładne ciało. Don Juan dodał, że bez ciała energetycznego człowiek jest tylko bryłą organicznej materii, którą świadomość może z łatwością manipulować.

– Istoty nieorganiczne są sklejone ze sobą jak komórki naszego ciała – ciągnął don Juan. – Gdy połączą swoją świadomość, są nie do pokonania. Wyrwanie nas z naszego świata i umieszczenie we własnym nie sprawia im żadnych trudności. Zwłaszcza jeśli się wyróżniamy i jesteśmy tak dostępni, jak on.

O ściany pokoju odbiły się echem westchnienia i głośne oddechy towarzyszy don Juana. Wszyscy wydawali się naprawdę przestraszeni i zatroskani.

Chciałem obwinić don Juana, że nie zatrzymał mnie w porę, lecz przypomniałem sobie, że próbował mnie ostrzec, nakłonić do zmiany postępowania, lecz nadaremnie. Don Juan doskonale wiedział, o czym myślałem, i posłał mi znaczący uśmiech.

– Myślisz, że jesteś chory – powiedział, zwracając się do mnie – ponieważ istoty nieorganiczne pozbawiły cię twojej energii i obdarowały swoją. To wystarczy, by zabić. Jako nagual masz dodatkową energię i tylko dlatego przeżyłeś.

Wspomniałem, że pamiętam jakieś oderwane kawałki snu. Śniło mi się, że przebywałem w jakimś żółtawym świecie, z którego wyciągnął mnie don Juan wraz z Carol Tiggs i swymi towarzyszami.

– Dla fizycznego oka królestwo istot nieorganicznych wygląda jak żółtawy, zamglony świat – wyjaśnił don Juan. – Myślałeś, że oglądasz normalny, chaotyczny sen, a tymczasem po raz pierwszy patrzyłeś fizycznym wzrokiem na wszechświat istot nieorganicznych. Może to dziwne, ale dla nas był to również pierwszy raz. Wiedzieliśmy o tej żółtej mgle jedynie z opowieści czarowników, nie z doświadczenia.

To wszystko nie miało dla mnie sensu. Don Juan zapewnił mnie, że dokładniejsze wyjaśnienie jest niemożliwe z powodu moich braków energetycznych.

– Musisz się zadowolić na razie tym, co ci mówię i co z tego pojmiesz – powiedział.

– Wcale tego nie pojmuję – zaprotestowałem.

– A zatem nic ci nie umknęło. Gdy poczujesz się lepiej, sam sobie odpowiesz na wszystkie pytania.

Wyznałem don Juanowi, że odczuwam fale gorączki. Moja temperatura nagle wzrastała; byłem cały spocony i gorący. Doznawałem wtedy nadzwyczajnego, lecz niepokojącego uczucia, że rozumiem sytuację, w której się znalazłem. Don Juan zlustrował całe moje ciało swoim przenikliwym wzrokiem i stwierdził, że znajduję się w stanie szoku energetycznego. Cierpiałem na tymczasową utratę energii, a to, co interpretuję jako fale gorączki, to w zasadzie rozbłyski energii, podczas których chwilowo odzyskuję kontrolę nad moim ciałem energetycznym i mam świadomość wszystkiego, co mi się przytrafiło.

– Wysil się i powiedz mi, co się wydarzyło w świecie istot nieorganicznych – nakazał mi don Juan.

Powiedziałem mu, że od czasu do czasu mam wyraźne wrażenie, że wraz ze swoimi towarzyszami udał się fizycznie do tego świata i wyrwał mnie z uścisku istot nieorganicznych.

– Zgadza się! – krzyknął don Juan. – Dobrze ci idzie. A teraz zamień to wrażenie na widok tego, co się zdarzyło.

Nie byłem jednak w stanie tego zrobić, chociaż usilnie się starałem. Poczułem niesamowite zmęczenie wypalające mnie od środka. Zanim don Juan wyszedł z pokoju, powiedziałem mu, że jestem bardzo niespokojny.

– To nic nie znaczy – odparł niewzruszony. – Odzyskaj swoją energię i nie martw się bzdurami.

Minęły dwa tygodnie, w których trakcie odzyskiwałem powoli energię. Jednak ciągle się wszystkim martwiłem, a najbardziej tym, że będę dla siebie nie znany. Niepokoił mnie zwłaszcza mój chłód wewnętrzny, którego wcześniej u siebie nie zauważyłem; rodzaj obojętności, którą wiązałem z chwilowym brakiem energii. A potem zdałem sobie sprawę, że jest to nowa cecha mojej osobowości, cecha, która na stałe pozbawiła mnie synchronizacji. Aby wywołać uczucia, do których byłem przyzwyczajony, musiałem przywołać je i czekać, aż się pojawią w moim umyśle.

Inną moją nową cechą było jakieś dziwne uczucie tęsknoty, które ogarniało mnie od czasu do czasu. Tęskniłem za kimś, kogo nie znałem. Było to tak wszechogarniające i intensywne uczucie, że musiałem wstawać i chodzić po pokoju, by je złagodzić. Tęsknota ta żyła we mnie aż do chwili, gdy nie zrobiłem użytku z jeszcze jednego nowego przybysza, który zjawił się w moim życiu: ścisłej samokontroli, która była tak silna, że tylko podsyciła moje zmartwienia.

Przed końcem czwartego tygodnia rekonwalescencji wszyscy uznali, że jestem już zdrowy, i przestali mnie odwiedzać. Większość czasu spędzałem samotnie. Spałem i wypoczywałem, a moja energia zaczęła szybko rosnąć. Poczułem, że wracam do siebie. Zacząłem nawet ćwiczyć.

Pewnego dnia koło południa, po lekkim posiłku, wróciłem do swojego pokoju, aby się zdrzemnąć. Przed zapadnięciem w głęboki sen przewracałem się w łóżku, próbując się jakoś ułożyć, gdy nagły nacisk na skronie zmusił mnie do otwarcia oczu. U stóp mojego łóżka stała mała dziewczynka ze świata istot nieorganicznych i spoglądała na mnie zimnymi, stalowoniebieskimi oczami.    Ethereal child 336x540

Skoczyłem na równe nogi i wrzasnąłem tak głośno, że w pokoju natychmiast zjawili się trzej towarzysze don Juana. Stanęli jak wryci. Patrzyli z przerażeniem na dziewczynkę, która zbliżyła się do mnie, zatrzymując się na granicy mojego świetlistego ciała. Patrzyliśmy na siebie przez wieczność. Mówiła coś do mnie, ale początkowo nie mogłem tego zrozumieć. Po chwili jednak wszystko stało się jasne. Mówiła, że jeśli chcę ją zrozumieć, muszę przemieścić swoją świadomość z mojego ciała fizycznego do ciała energetycznego.

W tym momencie zjawił się don Juan. Dziewczyna i don Juan patrzyli na siebie przez chwilę. Nie wypowiedziawszy jednego słowa, don Juan obrócił się i wyszedł z pokoju. Dziewczynka pomknęła za nim.

Wśród towarzyszy don Juana zapanowało wielkie poruszenie. Wszyscy stracili zimną krew. Najwidoczniej każdy z nich dostrzegł, jak dziewczynka wyszła z pokoju za nagualem.

O mało nie eksplodowałem. Poczułem się słabo i musiałem usiąść. Obecność dziewczynki podziałała na mnie jak uderzenie w splot słoneczny. Zdumiewająco przypominała mojego ojca; ogarnęła mnie fala wspomnień. Zastanawiałem się, co to może oznaczać, aż poczułem, że robi mi się niedobrze.

Zanim don Juan powrócił do pokoju, odzyskałem nieco kontrolę nad sobą. Byłem tak ciekaw tego, co ma do powiedzenia o małej dziewczynce, że z ledwością mogłem złapać oddech. Wszyscy byli równie podnieceni jak ja. Wszyscy naraz zaczęli mówić do don Juana i roześmieli się, gdy to dostrzegli. Przede wszystkim chcieli się dowiedzieć, czy wszyscy postrzegali tropiciela tak samo. Wszyscy zgodzili się co do tego, że ujrzeli małą, bardzo szczupłą dziewczynkę w wieku sześciu, może siedmiu lat, o pięknych, regularnych rysach twarzy. Zgodzili się również, że miała ona stalowoniebieskie oczy płonące niemym uczuciem wdzięczności i lojalności.

Zgodziłem się z każdym szczegółem, który opisali. Jej oczy były tak jasne i przytłaczające, że niemal sprawiały mi ból. Czułem ciężar jej spojrzenia na piersiach.

Wszyscy towarzysze don Juana – a razem z nimi i ja –zastanawiali się nad tym, co może wynikać z tego zdarzenia. Wszyscy się zgodziliśmy, że tropiciel był cząstką obcej energii, która zdołała pokonać granicę oddzielającą drugą uwagę od uwagi zwyczajnego świata. Przyjęli, że skoro nie śnili, a mimo to wszyscy ujrzeli obcą energię, która przybrała kształt dziecka, to dziecko to musi istnieć.

Dowodzili, że muszą być setki, jeśli nie tysiące, przypadków, gdy obca energia przenika niezauważenie do świata ludzi, pokonując naturalne bariery. Jednak w historii ich linii nie było żadnej wzmianki o podobnym zdarzeniu. Najbardziej męczyło ich to, że nie mówiły o tym opowieści czarowników.

– Czy to pierwszy taki wypadek w historii ludzkości? – zapytał jeden z nich don Juana.

– Myślę, że zdarza się to przez cały czas – odparł –ale nigdy w tak otwarty, zamierzony sposób.

– Jakie to ma dla nas znaczenie? – zapytał inny.

– Dla nas żadne, ale dla niego ogromne – odparł don Juan i wskazał na mnie.

Zapadło kłopotliwe milczenie. Don Juan chodził przez chwilę po pokoju. Następnie stanął przede mną i przypatrywał mi się; sprawiał wrażenie kogoś, kto nie może znaleźć odpowiednich stów, by wyrazić przytłaczające go myśli.

– Nie potrafię nawet rozpoznać rozmiarów tego, co zrobiłeś – odezwał się w końcu don Juan z nutą dezorientacji w głosie. – Wpadłeś w pułapkę, ale nie taką, której się obawiałem. Ta pułapka była przeznaczona wyłącznie dla ciebie i była bardziej zgubna, niż mogłem to sobie wyobrazić. Obawiałem się, że padniesz ofiarą pochlebstw i obietnicy wygód. Nigdy natomiast nie brałem pod uwagę tego, że cienie zastawią pułapkę, wykorzystując do tego twoją wrodzoną awersję do kajdanów.

Don Juan porównał kiedyś swoje i moje reakcje w świecie czarowników na sprawy, które nas najbardziej ograniczały. Powiedział, bez żalu w głosie, że chociaż chciał i próbował, nigdy nie zdołał wzbudzić w ludziach takiego uczucia, jakie potrafił wzbudzać jego nauczyciel, nagual Julian.

– Moja obiektywna reakcja – którą przedstawiam ci zupełnie jasno, byś mógł ją ocenić – to umiejętność szczerego wyznania: “Nie jest mi pisane wzbudzać ślepą i bezgraniczną miłość. W porządku!” Twoja obiektywna reakcja – ciągnął – to nienawiść do kajdan i gotowość zaprzepaszczenia życia, by je rozerwać.

Nie zgodziłem się z nim i powiedziałem, że przesadza. Nie miałem aż tak jasno sprecyzowanych poglądów.

– Nie martw się – roześmiał się. – Magia to działanie. Nadejdzie czas, że i w twoim działaniu odnajdzie się pasja. Moja pasja to pogodzić się z własnym losem, nie biernie jak idiota, lecz aktywnie jak wojownik. Twoja pasja to spontanicznie działać, rzucić się bez wyrachowania i bez wahania, by przeciąć czyjeś kajdany.

Don Juan wyjaśnił, że mieszając swoją energię z energią tropiciela, przestałem w rzeczywistości istnieć. Wówczas moje ciało fizyczne zostało przeniesione do królestwa istot nieorganicznych. I gdyby nie tropiciel, który poprowadził don Juana i jego towarzyszy do mnie, umarłbym albo pozostał w tamtym świecie, bezpowrotnie stracony.

– Dlaczego tropiciel zaprowadził was do mnie? – zapytałem.

– Ten tropiciel jest czującą istotą, pochodzącą z innego wymiaru. Teraz przybrał postać małej dziewczynki, która powiedziała mi, że aby zdobyć energię potrzebną do przełamania bariery, za którą został uwięziony w świecie istot nieorganicznych, musiał zabrać ci całą twoją. Z niej biorą się jej cechy ludzkie. Przywiódł ją do mnie rodzaj wdzięczności. Gdy ją ujrzałem, od razu wiedziałem, że już po tobie.

– Co zrobiłeś potem, don Juanie?

– Zebrałem wszystkich tych, do których udało mi się dotrzeć, a w szczególności Carol Tiggs, i wyruszyliśmy prosto do królestwa istot nieorganicznych.

– Dlaczego Carol Tiggs?

– Po pierwsze dlatego, że posiada ona nieskończony zasób energii, a po drugie, ponieważ musiała zaznajomić się z tropicielem. Każdy z nas zyskał na tym przeżyciu coś nieocenionego. Ty i Carol Tiggs otrzymaliście tropicieli. My zaś powód, by zebrać swoją fizyczność i umieścić ją na naszych ciałach energetycznych. W ten sposób staliśmy się energią.

– Jak to zrobiliście?

– Przemieściliśmy, wszyscy jednocześnie, swoje punkty połączenia. Reszty dokonał nasz nieskazitelny zamiar uratowania ciebie. Tropiciel w mgnieniu oka zabrał nas do miejsca, gdzie leżałeś na wpół martwy, i Carol cię wyciągnęła.

Wyjaśnienie don Juana nie miało dla mnie żadnego sensu. Roześmiał się, gdy próbowałem mu to powiedzieć.

– Jak możesz to zrozumieć, skoro nie masz nawet dość energii, by podnieś się z łóżka? – odparł.

Wyznałem mu, że jestem pewny, iż wiem nieskończenie więcej, niż mogłem tego racjonalnie dowieść, lecz coś trzyma moją pamięć pod kloszem.

– To brak energii umieścił twoją pamięć pod kloszem – powiedział don Juan. – Gdy będziesz miał dość energii, twoja pamięć znów będzie działać jak trzeba.

– Twierdzisz, że przypomnę sobie wszystko, gdy tylko będę chciał?

– Niezupełnie. Możesz sobie chcieć, ile ci się podoba, lecz jeśli twój poziom energii nie odpowiada randze tego, co wiesz, możesz się pożegnać ze swoją wiedzą. Nigdy do niej nie dotrzesz.

– Więc co mam zrobić, don Juanie?

– Energia ma tę właściwość, że można ją gromadzić. Jeśli będziesz nieskazitelny na ścieżce wojownika, nadejdzie moment, gdy odzyskasz pamięć.

Przyznałem, że słuchając słów don Juana, utwierdzam się w absurdalnym przekonaniu, iż jedynie folguję sobie, litując się nad sobą dlatego, że w istocie nie dzieje się ze mną nic złego.

– To nie tylko folgowanie sobie – powiedział. – Cztery tygodnie temu byłeś praktycznie martwy energetycznie. Teraz jesteś tylko oszołomiony. To oszołomienie i brak energii powodują, że nie masz dostępu do swojej wiedzy. Z pewnością wiesz więcej o świecie istot nieorganicznych niż my wszyscy. Ten świat był wyłącznie domeną dawnych czarowników. Mówiliśmy ci wszyscy, że znamy go jedynie z ich opowieści. Szczerze przyznaję, iż bardzo zdumiewa mnie to, że stałeś się dla nas równie wiarygodnym, kolejnym źródłem opowieści czarowników.

Powtórzyłem, że nie mogę uwierzyć, iż mogłem dokonać czegoś, czego on nie dokonał. Nie mogłem jednak uwierzyć i w to, że mówi to wszystko, by mnie uspokoić.

– Nie schlebiam ci ani też nie chcę cię uspokajać –powiedział najwyraźniej zirytowany. – Wypowiadam jedynie pewną prawdę magii. Świadomość, że wiesz więcej o tamtym świecie niż my, nie powinna być dla ciebie powodem do zadowolenia. Z tej wiedzy nie wynikają bowiem żadne korzyści. Prawdę powiedziawszy, pomimo tego wszystkiego, co wiesz, nie potrafiłeś się uratować. Uratowaliśmy cię tylko dlatego, że zdołaliśmy cię odnaleźć. Lecz bez pomocy tropiciela nie byłoby nawet sensu próbować. Byłeś tak bezpowrotnie zagubiony w tamtym świecie, że aż drżę na samą myśl o tym.

W ówczesnym stanie mojego umysłu nie wydawało mi się wcale dziwne, że dostrzegam niemal, jak fala emocji porusza towarzyszami i uczniami don Juana. Jedynie Carol Tiggs pozostała niezmienna. W pełni zaakceptowała swoją rolę. Byliśmy jednością.

– Udało ci się uwolnić tropiciela – mówił dalej don Juan – ale oddałeś za to swoje życie albo co gorsza, swoją wolność. Istoty nieorganiczne wypuściły tropiciela w zamian za ciebie.

– Nie mogę w to uwierzyć, don Juanie. Zrozum, nie dlatego, że wątpię w to, co mówisz; opisujesz jednak tak perfidny manewr, że czuję się oszołomiony.

– Nie traktuj tego jak perfidny manewr, a będziesz miał całą sytuację jak na dłoni. Istoty nieorganiczne wiecznie poszukują świadomości i energii. Jeśli dasz im możliwość zdobycia obu, jak myślisz, co zrobią? Puszczą do ciebie oko z drugiej strony ulicy?

Wiedziałem, że don Juan ma rację. Nie udało mi się jednak utrzymać tej pewności zbyt długo; ciągle traciłem jasność spojrzenia.

Towarzysze don Juana bez końca zadawali mu pytania. Chcieli wiedzieć, czy myślał o tym, co zrobić z tropicielem.

– Tak, myślałem. To niezwykle skomplikowany problem, który będzie musiał rozwiązać ten tutaj nagual – powiedział, wskazując na mnie. – On i Carol Tiggs są jedynymi osobami, które wiedzą, jak uwolnić tropiciela. I on też wie.

– Jak mogę go uwolnić? – zadałem jedyne możliwe w tamtej chwili pytanie.

– Mógłbym ci powiedzieć, ale jest znacznie lepszy i bardziej odpowiedni sposób, by się tego dowiedzieć – powiedział don Juan, uśmiechając się szeroko. – Zapytaj wysłannika. Wiesz, że istoty nieorganiczne nie potrafią kłamać.

maxresdefault

ODRĘBNA RZECZYWISTOŚĆ fragment książki Carlosa Castanedy

Strategia Wojownika

fragment książki  CARLOSA CASTANEDY – „ODRĘBNA RZECZYWISTOŚĆ”

gwiezdny lew

Don Juan roześmiał się tak, że aż łzy pociekły mu po policzkach.

– Nie wytrzymasz bez prysznica! Czasem jesteś taki słaby, że wydaje mi się, że robisz to celowo. Lecz to nie żart. Czasami naprawdę nad niczym nie panujesz i moce twojego życia mogą cię z łatwością zabrać.

Powiedziałem, że kontrolowanie się przez cały czas jest dla człowieka niemożliwe. Don Juan twierdził uparcie, że dla wojownika nic nie pozostaje poza jego kontrolą. Jako argumentu użyłem pojęcia wypadku mówiąc, że to, co przydarzyło mi się przy kanale z wodą, można z pewnością określić mianem wypadku, ponieważ ani nie chciałem, ani też nie byłem świadomy swojego niewłaściwego zachowania. Rozmawialiśmy o różnych ludziach doświadczających nieszczęść, które można nazwać wypadkami. Szczególnie rozwodziłem się nad Lucasem, bardzo miłym starym Indianinem Yaqui, który został ciężko ranny w wypadku, kiedy wywróciła się prowadzona przez niego ciężarówka.

– Myślę, że uniknięcie wypadku jest niemożliwe – powiedziałem. – Żaden człowiek nie jest w stanie kontrolować wszystkiego dookoła.

– To prawda – powiedział ostro don Juan. – Lecz nie wszystko jest wypadkiem nie do uniknięcia. Lucas nie żyje jak wojownik. Gdyby tak żył, wiedziałby, że czeka i wiedziałby, na co czeka, no i nie prowadziłby ciężarówki po pijanemu. Rozbił samochód o skałę przy drodze, ponieważ był pijany i niepotrzebnie kaleczył swoje ciało.

Dla wojownika życie jest ćwiczeniem ze strategii – ciągnął don Juan. – Ty za to chcesz odkryć sens życia. Wojownik nie dba o sens. Gdyby Lucas żył jak wojownik – a miał taką szansę, jak wszyscy – żyłby strategicznie. Gdyby nie mógł uniknąć wypadku, w którym połamał żebra, znalazłby sposób na wyrównanie swych szans albo uniknąłby jego konsekwencji, albo też walczyłby z nimi. Gdyby Lucas był wojownikiem, nie siedziałby w swoim obskurnym domku, umierając z głodu. Walczyłby do końca.

Przedstawiłem don Juanowi alternatywę, używając go jako przykładu i pytając, co by było, gdyby on sam stał się ofiarą wypadku i miał poturbowane nogi.

– Gdybym nie mógł nic na to poradzić i stracił nogi – powiedział – nie mógłbym już dłużej być człowiekiem, więc dołączyłbym do tego, co czeka tam na mnie.

Zrobił ręką gest wskazujący to, co znajdowało się dookoła.

Kłóciłem się dalej twierdząc, że mnie nie zrozumiał. Chciałem wykazać, że niemożliwe jest, żeby człowiek był w stanie przewidzieć wszystkie zmienne wchodzące w skład jego codziennych działań.

– Mogę ci tylko powiedzieć – stwierdził don Juan – że wojownik nigdy nie staje się dostępny, nigdy nie stoi na drodze i nie czeka, aż go coś zniszczy. W ten sposób Zmniejsza do minimum wszystkie nieprzewidziane możliwości. Tego, co ty nazywasz wypadkami, można przeważnie bardzo łatwo uniknąć, chyba że jest się żyjącym bezładnie głupcem.

– Nie można żyć strategicznie przez cały czas – powiedziałem. – Wyobraź sobie, że ktoś czeka na ciebie z karabinem z celownikiem optycznym. Może dokładnie cię namierzyć z odległości pięciuset jardów. Co byś zrobił?

Don Juan popatrzył na mnie z niedowierzaniem, p0 czym wybuchnął śmiechem.

– Co byś zrobił? – nalegałem.

– Gdyby ktoś czekał na mnie z karabinem z celownikiem optycznym? – spytał, przedrzeźniając mnie.

– Gdyby ktoś schował się i czekał na ciebie. Nie miałbyś szans. Nie potrafisz zatrzymać kuli.

– Nie. Nie potrafię. Ciągle jednak nie rozumiem, o co ci chodzi.

– Chodzi mi o to, że ta cała twoja strategia nic nie pomoże w takiej sytuacji.

– Ależ owszem. Jeśli ktoś będzie czekał na mnie z karabinem z celownikiem optycznym, po prostu tam nie pójdę.

Zawiłości percepcji -wg.Carlosa Castanedy

Carlos Castaneda – Sześć propozycji wyjaśnienia

9a4b5485193ad62e8f2a26a48ae0bcee

 
Pomimo zdumiewających manewrów, które Don Juan robił z moją świadomością, poprzez wszystkie te lata, wciąż nieustępliwie upierałem się przy próbach intelektualnej oceny tego co on robi. Chociaż pisałem szczegółowo o tych manewrach, to zawsze trwałem przy czysto eksperymentalnym punkcie widzenia jak i czysto racjonalnym punkcie widzenia. Zanurzony w swym własnym racjonalizmie, mógłbym przeoczyć cele nauki Don Juana. By zrozumieć i wyciągnąć wnioski z tych celów, objętych stopniami precyzji, potrzebna była utrata mej ludzkiej formy i osiągnięcie totalnej pełni siebie.
Nauki Don Juana miały za zadanie poprowadzić mnie przez drugi etap rozwoju wojownika: weryfikację i akceptację bez zastrzeżeń faktu, że w naszym zasięgu leży inny rodzaj świadomości. Etap ten był podzielony na dwie kategorie. Pierwszym z nich, do którego Don Juan potrzebował pomocy Don Genaro, dotyczył podwójnej aktywności. Polegało to na ukazaniu mi pewnych procedur, działań i metod, które były przeznaczone do wytrenowania mojej świadomości. Drugim z nich, było opanowanie sześciu propozycji wyjaśnienia.
Powodem trudności, które miałem podczas dostosowywania swego racjonalizmu był brak akceptacji i uwiarygodnienia tego, czego mnie uczył, Don Juan przedstawiał te propozycje wyjaśnienia w sposób w jakim prowadzi się wykłady.
Pierwszą rzeczą jaką uczynił, było stworzenie we mnie podziału, za pomocą specjalnego uderzenia w prawą łopatkę, uderzenie to powodowało moje wejście w stan niezwykłej świadomości, wspomnień z tego stanu nie potrafiłem przywołać z powrotem, w czasie gdy później powracałem do normalnej rzeczywistości.
Aż do chwili, w której Don Juan wprowadzał mnie w ten stan świadomość miałem niezaprzeczalne poczucie ciągłości, o którym myślałem jak o produkcie mego życiowego doświadczenia. Pojęcie jakie miałem o sobie gdy byłem w stanie pełnego istnienia, polegało na tym, że wszystko miało swój porządek. Oprócz tego i tak byłem przekonany, że całe zamieszanie w mojej świadomości, jeżeli gdzieś tam, byłem kimś takim, działo się w mojej głowie. Mimo wszystko, Don Juan pokazywał mi na czym polega to uderzenie, które zadaje się w środek rdzenia kręgowego na wysokości łopatek, wyjaśnił, że jest to centrum podwyższonej świadomości.
Kiedy pytałem Don Juana o naturę tego uderzenia, wyjaśniał to tak: Nagual jest reżyserem, przewodnikiem, który ponosi odpowiedzialność za otwarcie drogi, musi być nieskazitelny by nasycić wojownika poczuciem zaufania i klarowności. Tylko dzięki spełnieniu tych warunków nagual ma możliwość wykonania tego uderzenia i wymuszenia przesunięcia świadomości, to właśnie moc naguala jest tym, co pozwala mu to uczynić. Jeżeli nagual nie jest nieskazitelnym wojownikiem, przesunięcie to nie może nastąpić, próbowałem wielokrotnie, ale bez powodzenia, próbowałem popchnąć innych uczniów w stan podwyższonej świadomości, uderzając ich w plecy, lecz narażałem jedynie ich zdrowie.
Pytałem Don Juana co powoduje przesunięcie świadomości. Odpowiedział, że nagual musi uderzyć w precyzyjnie określone miejsce, jego położenie zmienia się w zależności od osoby, ale zawsze jest zlokalizowane na obszarze łopatek. Nagual musi widzieć to szczególne miejsce, które jest zlokalizowane na zewnątrz w obszarze świetlistej istoty, a nie na fizycznym ciele; gdy raz nagual je zidentyfikuje, popycha je, działanie takie to coś więcej niż tylko uderzenie, to tworzy wklęsłość, depresję w świetlistej sferze. Stan podwyższonej świadomości wynikający z tego uderzenia trwa tak długo, jak duże jest to wgłębienie. Część świetlistych tarcz powraca do swej oryginalnej formy sama, część musi być uderzona w innym punkcie by powrócić na swoje miejsce, a inna część, nigdy już nie wraca do swej początkowej postaci.
Don Juan mówił, że widzący widzi świadomość jako szczególne jarzenie się. Zwykła codzienna świadomość jarzy się po prawej stronie, rozszerza się od fizycznego ciała na zewnątrz w stronę obrzeża naszej świetlistej istoty. Podwyższona świadomość jest jeszcze bardziej intensywnie lśniąca, towarzyszy jej ogromna szybkość i koncentracja, która przenika i nasyca obrzeże lewej strony.
Don Juan mówił, że widzący wyjaśniają to co dzieje się po uderzeniu naguala jako czasowe przesunięcie się punktu scalającego w świetlistym kokonie ciała. Emanacje Orła są oceną rzeczywistości i wyborem ich punktu scalającego. Uderzenie, zmienia ich normalne zachowanie.
Dzięki swym obserwacjom, widzący doszli do wniosku, że wojownik musi być popchnięty w stan dezorientacji. W tym przypadku, zmiana sposobu postrzegania, czyni ten stan idealnym terytorium do wyjaśnienia poleceń Orła: Pozwala wojownikowi działać tak, jak gdyby znajdował się on w zwykłej codziennej świadomości, z tą tylko różnicą, że może koncentrować się na wszystkim tym co robi z niespotykaną wręcz klarownością i siłą.
Don Juan stwierdził, że moje położenie było analogiczne do tego jakie i on doświadczył. Jego dobrodziej stworzył głęboko oddzieloną część jego samego, przesuwając go wciąż od nowa i nowa pomiędzy jego lewą stroną świadomości, a prawą stroną. Klarowność i wolność jego lewej strony świadomości były w bezpośredniej opozycji dla racjonalizmu, czyli ostatecznej linii obrony jego prawej strony. Mówił mi, że każdy wojownik jest rzucony w głębiny tego samego położenia, polaryzacji swej matrycy, nagual tworzy i wzmacnia ten podział, wiedzie swych uczniów do przeświadczenia, że świadomość ludzkiego istnienia jest ciągle niezbadana.
1. – To co postrzegamy jako świat, jest emanacją Orła.
Don Juan wyjaśnił mi, że świat, który postrzegamy nie ma transcendentalnej egzystencji. Odkąd jesteśmy poddani uspołecznieniu, wierzymy, że to co postrzegamy jest światem przedmiotów, który istnieje w taki sam sposób w jakim go postrzegamy, ale w rzeczywistości tam nie istnieje żaden świat przedmiotów, raczej wszechświat emanacji Orła.
Emanacje te przedstawiają tylko niezmienną rzeczywistość. Jest to rzeczywistość, obejmująca wszystko to co jest, dostrzegalne i niedostrzegalne, poznawalne i niepoznawalne.
Widzący, który widzi emanacje Orła nazywa je poleceniami z powodu ich ponaglającej siły. Wszelkie żywe stworzenia są popędzane do używania tych emanacji, używamy ich nie mając pojęcia czym one są. Zwykli ludzie interpretują je jako rzeczywistość. Widzący, który widzi te emanacje, interpretuje je jako reguły.
Widzący niechętnie widzą emanacje, oni nie znają sposobu by dowiedzieć się co tak właściwie widzą. Zamiast plątać się w bezużytecznych przypuszczeniach, widzący zajmują się funkcjonalnym zastosowaniem poleceń Orła i ich możliwą interpretacją. Don Juan utrzymywał, że intuicja rzeczywistości, przewyższa świat, w którym postrzegamy pozostając na poziomie snucia domysłów; wojownikowi nie wystarcza samo snucie domysłów, że rozkazy Orła są natychmiast spostrzegane przez wszystkie stworzenia istniejące na Ziemi, z których i tak żadne nie postrzega w ten sam sposób. Wojownik musi próbować spostrzec dopływ emanacji i ” widzieć ” sposób, w jakim człowiek i inne istniejące stworzenia używają tego, by zbudować swój świat percepcji.
Kiedy zaproponowałem, że będę używał słowa ” opis ” zamiast emanacje Orła, Don Juan powiedział, że to nie była metafora. Mówił, że słowo ” opis ” oznacza ludzkie porozumienie, a to co postrzegamy pochodzi od rozkazu wobec którego ludzkie porozumienia się nie liczą.
2. – Uwaga, jest tym co zmusza nas do dostrzeżenia emanacji Orła, poprzez wybiórcze postrzeganie.
Don Juan zwykł mówić, że postrzeganie jest fizyczną zdolnością, którą spełniają żywe stworzenia; końcowy wynik tej powinności jest znany pośród widzących jako ” uwaga. ” Don Juan opisywał uwagę jako zahaczenie zmieniające percepcję. Mówił, że działanie to jest naszym największym wyczynem pokrywającym się z całym spektrum ludzkich alternatyw i możliwości. Don Juan ustalił dokładne rozróżnienie pomiędzy alternatywami, a możliwościami. Ludzką alternatywą jest to, że możemy wybrać to kim jesteśmy w granicach naszego społeczeństwa. Nasze widoki w tej domenie są całkowicie ograniczone. Ludzkie możliwości są takie, że jesteśmy zdolni osiągnąć świetliste istnienie.
Don Juan wyjawił mi schemat klasyfikujący trzy typy uwagi, kładąc nacisk na to, że określenie ” typowy ” jest mylne. Faktycznie, tam są trzy poziomy wiedzy: pierwsza, druga i trzecia uwaga; każda obejmuje niezależny od siebie obszar, sam w sobie stanowiący kompletną całość.
Dla wojownika, który jest w początkowym stadium nauki, pierwsza uwaga jest najważniejszą z wszystkich trzech. Don Juan mówił, że jego propozycje wyjaśnienia były próbą stworzenia ramy dla sposobu w jakim działa się w pierwszej uwadze, coś jak działanie, na które zwykle kompletnie nie zwracamy uwagi. Zauważył u wojowników konieczność zrozumienia natury pierwszej uwagi, jeżeli tylko chcieli spróbować swych sił z pozostałymi dwoma.
Wyjaśnił mi, że pierwsza uwaga była nauczana jako natychmiastowe poruszanie się poprzez całe spektrum emanacji Orła, bez kładzenia nacisku na wszystko jako pewnik, bez osiągania ” spostrzeżeniowej jedności, ” z wszystkim, co i tak każdy z nas nauczył się już dostrzegać. Widzący nazywają ten wyczyn ” wybiórczym postrzeganiem, ” ponieważ daje im to zdolność likwidowania emanacji, które są zbyteczne i wybór tych, na które musi być położony należyty nacisk.
Don Juan objaśniał ten proces biorąc jako przykład górę, na którą patrzyliśmy w tamtym momencie. Podkreślił, że moja pierwsza uwaga, podczas obserwowania góry, zbierała wybiórcze postrzeganie nieskończonej liczby emanacji otrzymując cud postrzegania; wybiórcze postrzeganie jest możliwe do opanowania przez wszystkich ludzi, ponieważ każdy z nas osiągnął już samego siebie.
Widzący utrzymują, że wszystko w pierwszej uwadze usiłuje stłumić w nas uzyskiwanie efektu wybiórczego postrzegania i nie można, w żaden sposób odzyskać już nic więcej z pierwszej uwagi. Gdy raz nauczymy się postrzegać w sposób wybiórczy, nasze zmysły zatrzymają proces rejestrowania zbytecznych emanacji. Aby objaśnić ten punkt, dał mi jako przykład wybiórczego postrzegania: ” ludzkie ciało. ” Mówił, że nasza pierwsza uwaga jest całkowicie nieświadoma emanacji, które stanowią zewnętrzną świetlistą tarczę fizycznego ciała. Nasz owalny kokon nie jest podporządkowywany do postrzegania; emanacje są odrzucane na korzyść tych, które pozwalają postrzegać fizyczne ciało w pierwszej uwadze, czyli w sposób jaki już poznaliśmy.
Dlatego, celem postrzegania, który dzieci muszą opanować gdy rosną, polega na nauce izolowania stosownych emanacji, tak, by były zdolne ukierunkować chaotyczne postrzeganie i przekształcić to w pierwszą uwagę; czyniąc tak, uczą się jak postrzegać wybiórczo. Przez całe dorastanie, dorośli uczą dzieci jak mają postrzegać wybiórczo. Prędzej czy później, dzieci nauczą się kontrolować swą pierwszą uwagę, tak aby postrzegać wybiórczo w podobny sposób jak ich nauczyciele.
Don Juan nigdy nie przestawał być zdumiony ludzkimi zdolnościami do przenoszenia porządku w chaos postrzegania. Utrzymywał, że za sprawą własnej zasługi każdego z nas, jego, jej, jesteśmy magistrami magii, nasza magia polega na interpretowaniu rzeczywistości poprzez wybiórcze postrzeganie, które to nasza pierwsza uwaga nauczyła się konstruować. Faktem jest, że to co postrzegamy jako wybiórcze postrzeganie jest jedynie rozkazem Orła, ale postrzegać rozkazy tak jak przedmioty, jest naszą mocą, naszym magicznym darem. Naszym błędem, patrząc na to z drugiej strony, jest to, że zawsze jesteśmy na końcu jednej tylko strony, zapominamy, że wybiórcze postrzeganie jest realne tylko wtedy, gdy postrzega się to jak coś realnego, jest to nasza należność dla mocy, którą musimy spłacić. Don Juan określił to jako błąd w osądzie, który niszczy bogactwo naszego tajemniczego pochodzenia.
3. – Obiekty skanowania są zrozumiałe dzięki pierwszemu pierścieniowi mocy.
Don Juan zwykł mawiać, że pierwszy pierścień mocy jest siłą która pochodzi od emanacji Orła i dotyczy wyłącznie naszej pierwszej uwagi. Wyjaśniał, że określono go jako ” pierścień ” z powodu jego dynamiki i nieprzerwanego ruchu. Nazwanie go ” pierścieniem mocy ” było spowodowane, jego wymuszającym charakterem oraz z powodu jego niezrównanej zdolności do zatrzymywania swej aktywności i zmiany lub odwrócenia swego kierunku.
Wymuszający charakter lepiej widać po sposobie w jakim on nie tylko zmusza pierwszą uwagę do konstruowania i napędzania postrzegania wybiórczego, ale żąda też porozumienia pomiędzy wszystkimi, którzy w tym uczestniczą. Od każdego z nas wymagane jest całkowite porozumienie co do wiernego kopiowania zbieranego przez nas postrzegania, zgodność z pierwszym pierścieniem mocy musi być absolutna.
Jest to dokładnie ta zgodność, która daje nam pewność, że postrzeganie wybiórcze jest czymś co istnieje, ale jest też niezależnie od naszej percepcji. Mimo to, popędliwość pierwszego pierścienia mocy nie poprzestaje na tym początkowym porozumieniu, ale żąda od nas ciągłego odnawiania tego porozumienia. Przez całe nasze życie musimy działać tak, jakby każdy z nas postrzegał wybiórczo świat po raz pierwszy w swym życiu, pomimo różnych języków i kultur. Don Juan przyznał, że mimo tego iż wszystko to jest bardzo poważne, odbierane jest jak żart, popędliwy charakter pierwszego pierścienia mocy jest tak intensywny, że może siłą przekonać nas do tego, że jeżeli ” góra ” mogłaby mieć własną świadomość, to rozważałaby siebie tak, jak my postrzegamy wybiórczo gdy uczymy się jak mamy coś zbudować.
Najwartościowszą cechą którą pierwszy pierścienia mocy daje wojownikowi jest wyjątkowa możliwość przerywania potoku energii, lub nawet jego całkowite powstrzymanie. Don Juan mówił, że jest to tajemna zdolność, które istnieje w granicach możliwości każdego z nas, ale utrzymywana jest w rezerwie. W naszym wąskim świecie obiektów skanowania, nie potrzebujemy jej używać. Odkąd jesteśmy tak skutecznie okrążeni i ochraniani przez sieć pierwszej uwagi, nawet w niewyraźny sposób nie rozumiemy, że posiadamy jakieś  ukryte zasoby. W przypadku gdy inna alternatywa sama pojawia się przed nami, tak jak opcja używania drugiej uwagi przez wojowników – czyli utajniona zdolność pierwszego pierścienia mocy – jest gotowa do działania każdej chwili i może być praktycznie wykorzystana wraz z swymi spektakularnymi rezultatami.
Don Juan podkreślał, że największym wyczynem czarownika jest proces aktywizujący tę utajoną zdolność; nazywał to zablokowaniem intencji pierwszego pierścienia mocy. Wyjaśnił mi, że emanacje Orła, które już zostały odizolowane w pierwszej uwadze potrzebnej do budowania zwykłego codziennego świata, wywierają nieugięty nacisk na całą pierwszą uwagę. Nacisk ten, zatrzymuje tę aktywność, intencja musi być przemieszczona. Widzący określili to tamowaniem, lub przerywaniem pierwszego pierścienia mocy.
4. – Intencja jest siłą, która porusza pierwszy pierścień mocy.
Don Juan wyjaśnił mi, że intencja nie odnosi się do posiadania zamiaru, albo pragnienia jakiejś rzeczy lub czegoś innego, raczej do działania nieuchwytnej siły, która działa w sposób, który może być opisany jako zamiar, pragnienie, wola, etc. Don Juan nie określił tego jako stan, który zazwyczaj jest produktem socjalizacji, albo biologicznej reakcji, raczej określił to prywatną, intymną siłą, którą posiadamy i używamy indywidualnie jak np. klucza, czyniąc tym samym dostępnym dla nas pierwszy pierścień mocy. Intencja jest tym co kieruje naszą pierwszą uwagą, tak, abyśmy mogli skoncentrować się na emanacjach Orła w ramach pewnej struktury i w obrębie ich granic. Intencja jest też tym, co rozkazuje pierwszemu pierścieniowi mocy zatrzymać się i przerwać swój bieg.
Don Juan zasugerował mi wyobrazić sobie intencje jako niewidzialną siłę, która istnieje w wszechświecie, nie posiada własnej świadomości, ale wciąż posiada na wszystko wpływ; siła, która tworzy i podtrzymuje obiekty skanowania.
Zapewniał, że nieustanne wybiórcze postrzeganie musi być ciągle odświeżane i nasycane aby proces ten przez cały czas odbudowywał świat. Jest to niezbędne do budowania żywego świata, przez cały czas potrzebujemy intencji do jego tworzenia. Na przykład, musimy użyć intencji ” gór ” wraz z ich wszystkimi skomplikowanymi składnikami by skanując, w pełni je zmaterializować. Don Juan mówił, że dla obserwatora, który opiera się wyłącznie na pierwszej uwadze bez interwencji intencji, ” góry ” ukazały by się przed nim jak coś całkowicie odmiennego. Mogłyby ukazać się w postrzeganiu wybiórczym jako ” geometryczne formy ” lub ” bezpostaciowa plama koloru. ” Aby góry były kompletne dla zbierającego śmietankę, obserwator musi użyć intencji, nieważne czy przez nieświadomą wymuszającą siłę pierwszego pierścienia mocy, czy z premedytacją poprzez trening wojownika.
Don Juan przedstawił mi trzy drogi, którymi intencja nadchodzi do nas. Najbardziej dominującą z nich jest ta znana przez widzących jako ” intencja pierwszego pierścienia mocy. ” Jest to ślepa intencja, która przychodzi do nas przypadkiem. Jest to tak, jak gdybyśmy stali na jej drodze, lub jak gdyby intencja stała na naszej. Niechybnie odkrywamy samych siebie, złapanych w pułapkę tej sieci, nie posiadających najmniejszej nawet kontroli nad tym co się z nami dzieje.
Następną drogą jest ta, w której intencja przychodzi do nas jak do swego domu. Wymaga to od nas znacznej ilości woli i determinacji. Jedynie dzięki naszym zdolnościom wojownika możemy położyć się dobrowolnie na drodze intencji; oczywiście jest to tylko sposób mówienia. Don Juan wyjaśnił mi, że upór aby być nieskazitelnym wojownikiem nie jest niczym innym jak wysiłkiem, który pozwala intencji dowiedzieć się, że leżymy na jej drodze.
Don Juan zwykł powiadać, że wojownik nazywa ten fenomen ” mocą. ” Tak, kiedy mówił o posiadaniu osobistej mocy, opisywał intencję przychodząca do nas dobrowolnie. Wynikiem tego, zwykł mówić do mnie, była łatwość znajdowania nowych rozwiązań, lub łatwość oddziaływania na ludzi lub wszystko inne. To jest tak, jak gdyby nowe możliwości, poprzednio nieznane wojownikowi, nagle stawały się oczywiste. W ten sposób, nieskazitelny wojownik nigdy nie planuje czegoś wcześniej, ale jego działania są tak zdecydowane, że z boku wygląda to tak, jakby wojownik kalkulował wcześniej każdy możliwy aspekt swego działania.
Trzecią drogą, na której znajdujemy intencję jest najrzadziej spotykaną z wszystkich trzech; przydarza się gdy intencja pozwoli nam zharmonizować się nią samą. Don Juan opisywał ten stan jako prawdziwy moment mocy: Kulminację wysiłku całego życia w poszukiwaniu nieskazitelności. Otrzymują to jedynie najpotężniejsi wojownicy i tak długo jak znajdują się w takim stanie, intencja pozwala im posługiwać się nią samą w dowolny sposób. To jest tak, jak gdyby intencja stapiała się z takimi wojownikami, działa to w ten sposób, że przekształca go w czystą siłę, bez z góry wyrobionych osądów. Widzący nazywają ten stan ” intencją drugiego pierścienia mocy, ” lub ” wolą. ”
5. – Pierwszy pierścień mocy może być zatrzymany poprzez funkcjonalne zablokowanie zdolności do wybiórczego postrzegania.
Don Juan zwykł mówić, że nie-działanie tworzy tamę dla zwykłej koncentracji w pierwszej uwadze. Nie-działanie jest manewrem przeznaczonym do przygotowania pierwszej uwagi do praktycznego zablokowania pierwszego pierścienia mocy, lub w innych słowach, do przerwania intencji.
Don Juan wyjaśnił mi, że to praktyczne blokowanie, które jest jedyną skuteczną metodą wiodącą do systematycznego używania utajonej zdolności pierwszego pierścienia mocy, reprezentuje czasowa przerwa, którą dobroczyńca tworzy by uczeń mógł budować zbieranie śmietanki. Jest to dokonane z premedytacją, potężne sztucznie wywołane wtargnięcie do pierwszej uwagi, aby wypchnąć je poza znany nam obszar zbierania śmietanki znajdującej się przed nami; wtargnięcie to jest znakomitym przerwaniem intencji pierwszego pierścienia mocy.
Don Juan zwykł mówić, że aby wykonać to zadanie, dobroczyńca traktuje intencję zgodnie z tym czym ona w rzeczywistości jest, upływem, prądem energii, który ostatecznie może być zatrzymany lub ponownie ukierunkowany. Przerwanie tego biegu rzeczy, w jakikolwiek sposób, prowokuje tak wielkie poruszenie, że może zmusić pierwszy pierścień mocy do całkowitego zatrzymania się; jest to sytuacja niemożliwa do wyobrażenia sobie przebywając w normalnej, zwykłej codzienności. Jest to dla nas nie do pomyślenia, że możemy wykonać krok do tył, do czasu, gdy konsolidowaliśmy naszą percepcję, ale jest to wykonalne, pod wpływem tego wyłomu możliwym staje się przemieszczenie granic swej percepcji do pozycji bardzo podobnej do tej, od której rozpoczęło się nasze życie, kiedy to rozkazy Orła były jedynie emanacjami, których jeszcze nie nasyciliśmy znaczeniem.
Don Juan mówił, że każde postępowanie dobroczyńcy potrzebne do stworzenia tego wyłomu musi być połączone z własną osobistą mocą. Dlatego, dobroczyńca nie używa żadnego procesu manipulującego intencją, ale raczej porusza i czyni ją dostępną dla ucznia w miarę jego osobistej mocy.
W moim przypadku, Don Juan wykonał funkcjonalne zablokowanie pierwszego pierścienia mocy poprzez złożony proces, który łączył trzy metody: spożywanie halucynogennych roślin, manipulacje w ciele i manewrowanie intencją.
Na początku, Don Juan polegał jedynie na spożywaniu halucynogennych roślin, z powodu mojego przywiązania do racjonalnej strony. Efekt tego był straszliwy, a na dodatek opóźnił moje dążenie do uczynienia wyłomu. Halucynogenne rośliny ofiarowały mojej ‚przyczynie’ perfekcyjne usprawiedliwienie, gromadząc wszelkie dostępne jej zasoby do podtrzymania ciągłości w stosowanej przez nią kontroli. Byłem przekonany, że mógłbym logicznie wyjaśnić wszystko to, co doświadczałem, wraz z niepojętymi wyczynami, które Don Juan i Don Genaro zwykli używać do stworzenia we mnie przerwy, by naprawić percepcyjne spaczenie spowodowane spożywaniem halucynogenów.
Don Juan zwykle mówił, że najznakomitszym skutkiem halucynogennych roślin, gdy za każdym razem je spożywałem było to, że interpretowałem wszystko dookoła mnie z szczególnym uczuciem, którego niespodziewanie posiadałem bardzo dużo. Były tam kolory, formy i szczegóły, których nigdy wcześniej nie dostrzegałem. Don Juan używał tego do podwyższenia moich zdolności w postrzeganiu, poprzez serię komend i instrukcji, siłą zmuszał mnie do wejścia w stan nerwowego niepokoju. Później, manipulował moim ciałem i przesuwał jedną stronę świadomości na miejsce drugiej, tworzyłem wtedy fantasmagoryczne wizje wraz z absolutnie prawdziwymi scenami gdzie przebywały trójwymiarowe stworzenia, których istnienie na tym świecie nie było nawet możliwe.
Don Juan wyjaśnił mi, że bezpośredni stosunek pomiędzy intencją, a rozbudowywaniem postrzegania wybiórczego, ulega załamaniu i nie może już być naprawiony. W tym momencie, nabywamy zdolność uchwycenia tego co można opisać jako ” złudzenie intencji, ” lub intencję wybiórczego postrzegania, który nie są obecne w naszym świecie, aż do momentu gdy nastąpi realny wyłom, można powiedzieć, że intencja rozporządza wtedy pewnym aspektem naszej pamięci.
Don Juan zapewniał, że wraz z wyłomem w intencji pierwszego pierścienia mocy stajemy się chłonni i ukształtowani; nagual może wtedy wprowadzić intencję w drugi pierścień mocy. Don Juan był przekonany, że małe dziecko znajduje się w podobnym położeniu; być pozbawionym intencji, lub być gotowym na przyjęcie jakiejkolwiek intencji, która staje się dostępna poprzez otaczających je nauczycieli.
Po okresie nieprzerwanego zażywania halucynogennych roślin, Don Juan przestał całkowicie ich używać. Mimo tego, że otrzymywał nowe i znacznie dramatyczniejsze wyłomy, manipulując moim ciałem i przesuwając moją świadomość, łączył to wszystko jeszcze z manewrowaniem samą intencją. Przez kombinację hipnotycznych instrukcji i odpowiednich komentarzy, Don Juan stworzył odpowiednie ” złudzenie intencji ” w taki sposób zostałem poprowadzony do doświadczania ‚normalnego’ postrzegania wybiórczego, jak do czegoś co jest nie do pomyślenia. Określił to wszystko jako ” spoglądanie na ogrom Orła. ”
Don Juan mistrzowsko prowadził mnie przez niezliczone wyłomy wiodące do intencji, aż do momentu gdy był przekonany, jako widzący, że moje ciało pokazywało skutki funkcjonalnego zablokowania pierwszego pierścienia mocy. Mówił, że widział to jako niezwykłą aktywność dookoła obszaru łopatek. Opisywał to jako małą dziurę, która formuje się na świetlistej istocie dokładnie tak jak warstwa mięśni kurczy się pod wpływem nerwów.
Dla mnie, skutkiem funkcjonalnego zablokowania pierwszego pierścienia mocy było zaangażowanie się w wymazywanie pewności siebie, że wszystko to, co doświadczyłem podczas całego mojego życia było tym co moje zmysły relacjonowały mi jako ” prawdziwe. ” Spokojnie wchodziłem w stan wewnętrznej ciszy. Don Juan zwykł mówić, że to co daje wojownikowi ekstremalną niepewność, jest tym, co jego dobroczyńca doświadczał pod koniec swego życia, czyli rezygnację wywołaną niepowodzeniem tego, że był żywy. Jest faktem, że jedno spojrzenie na ogrom Orła każdego pozostawia bez nadziei. Nadzieja jest wynikiem naszej zażyłości z zbieraniem śmietanki i możliwości kontrolowania tego. W takim momencie, jedynie życie jak wojownik, może pomóc nam nie ustawać w naszych wysiłkach do odkrycia tego co Orzeł ukrył przed nami, ale też bez nadziei, że możemy zrozumieć cokolwiek z tego co odkryliśmy.
6. – Druga uwaga
Don Juan wyjaśnił mi, że kontrola nad drugą uwagą musi zaczynać się od uprzytomnienia sobie, że siła pierwszego pierścienia mocy, jest fizyczna, znajduje się wewnątrz nas, a konkretnie na naszym skraju. Widzący opisali to jako ścianę mgły, barierę, która systematycznie może być przenoszona do naszej świadomości by zablokować pierwszy pierścień mocy; może też zostać przebita za pomocą treningu wojownika.
Po przebiciu tej ściany mgły, wchodzi się w szeroko rozumiany stan przejściowy. Zadanie wojownika polega na przetrwaniu w nim aż do osiągnięcia następnej linii podziału, która też musi być przebita aby wejść w właściwą drugą uwagę lub inny stan.
Don Juan mówił, że te dwie linie podziału są możliwe do perfekcyjnego poznania. Kiedy wojownicy przebijają się przez ścianę mgły, czują, że ich ciała są sprasowane, lub odczuwają intensywne wstrząsy w swych ciałach, generalnie na prawo od żołądka albo po środku, z prawej lub lewej strony. Kiedy wojownicy będą przebijać drugą linię, odczuwają ostry trzask w wyższych partiach ciała, coś jak dźwięk suchego konara złamanego na dwie części.
Te dwie linie oddzielają od siebie obie uwagi i indywidualnie je pieczętują, są znane przez widzących jako równoległe linie. Pieczęć pierwszej i drugiej uwagi rozszerza się w nieskończoność i nigdzie się nie krzyżuje, musi być przebijana.
Pomiędzy tymi dwoma liniami istnieje obszar specyficznej świadomości, którą widzący nazywają otchłanią, lub światem pomiędzy równoległymi liniami. Jest to realna przestrzeń pomiędzy dwoma ogromnymi rozkazami emanacji Orła; emanacje te znajdują się w granicach możliwości ludzkiej świadomości. Pierwszy jest poziomem, który tworzy zwykłe codzienne życie, drugi jest poziomem, który tworzy następne poziomy. Otchłań jest przejściową strefą, oba pola emanacji przenikają tam jedna na drugą. Ułamek poziomu który jest nam znany, rozszerza się w tym obszarze, zaczepiając o cześć pierwszego pierścienia mocy; i zdolności pierwszego pierścienia mocy do budowy postrzegania wybiórczego, czyniąc dla nas postrzegalną serię wybiórczego postrzegania w otchłani, w której proces ten jest prawie taki sam jak nasze zwykłe codzienne życie. Oprócz tego, w otchłani wszystko wydaje się groteskowe, niesamowite i krzywe. W ten sposób, otchłań posiada wyraźne cechy, które nie zmieniają się w sposób arbitralny za każdym razem gdy ktoś tam idzie. Istnieją tam fizyczne cechy upodabniające je do wybiórczego postrzegania w zwykłym codziennym życiu.
Don Juan utrzymywał, że uczucie ociężałości, które doświadczamy w otchłani jest spowodowane naszą rosnącą pojemnością, która należy do pierwszej uwagi. W obszarze zlokalizowanym na prawo za ścianą mgły możemy jeszcze zachowywać się w miarę normalnie; to jest tak, jakby przebywać w groteskowym ale wciąż możliwym do poznania świecie. Jak przenika się dalej od niego, poza ścianę mgły, proces ten rozwija się i jest nam trudno rozpoznać jakieś cechy, lub zachowywać się w sposób jaki już znamy.
Wyjaśnił mi, że jest możliwe zmienić ścianę mgły w coś innego, ukazującego się przed nami, ale widzący optowali za zaakcentowania właśnie tego, ponieważ zużywa to mniej energii: Uzmysłowienie sobie ściany mgły nie wymaga żadnego wysiłku.
To co istnieje poza drugą równoległą linią jest znane przez widzących jako druga uwaga, lub pod innym określeniem, równoległy świat; przekraczanie obu tych krawędzi jest znane jako ” przechodzenie równoległych linii. ”
Don Juan myślał, że mógłbym znacznie lepiej zasymilować to pojęcie gdybym je opisał, każde królestwo świadomości po kolei, w specyficznej percepcyjnej predyspozycji. Mówił mi, że na terytorium zwykłej codziennej świadomości jesteśmy nieuchronnie zaplątani w wyraźnej percepcyjnej predyspozycji do pierwszej uwagi.
Od chwili, w której pierwszy pierścień mocy zaczyna budować postrzeganie wybiórcze, sposób tej rozbudowy staje się naszą normalną percepcyjną predyspozycją. Złamanie zjednoczonej siły pierwszej uwagi daje nam dostęp do przerwania pierwszej równoległej linii. Normalna percepcyjna skłonność przechodzi wtedy do przejściowego obszaru, który znajduje się pomiędzy równoległymi liniami. Jednak nadal utrzymuje się przez pewien czas niemal normalne budowanie postrzegania wybiórczego. Ale gdy osiągnie się to co widzący określają drugą równoległą linią, percepcyjna skłonność pierwszej uwagi zaczyna się cofać i tracić siłę. Don Juan mówił zwykle, że przejście to jest zaznaczone nagłą niezdolnością do zapamiętania lub zrozumienia tego co robimy.
Kiedy dostaniemy się bliżej drugiej równoległej linii, druga uwaga zaczyna oddziaływać na wojownika, który podjął się tej podróży. Gdy jest niedoświadczony, jego świadomość zostaje opróżniona i staje się pusty. Don Juan uważał, że zdarza się tak, gdy zbliżamy się do spektrum emanacji Orła, które jeszcze nie zostały poddane usystematyzowanej percepcji. Moje doświadczenia z la Gordą i kobietą nagualem poza ścianą mgły, były przykładem tej niezdolności. Podróżowałem tak samo jak inni, ale nie potrafiłem nic powiedzieć na temat tego co tam robiliśmy z powodu prostej przyczyny, moja druga uwaga była jeszcze nie uformowana i nie dawała mi szans na sformułowanie wszystkiego tego co postrzegałem.
Don Juan wyjaśnił mi, że zaczynamy aktywować drugi pierścień mocy poprzez zmuszenie drugiej uwagi do obudzenia się z swego snu. Funkcjonalne zablokowanie pierwszego pierścienia mocy archiwizuje ten akt. Wtedy, zadanie nauczyciela polega na rozerwaniu tego, od czego zaczynał działanie pierwszy pierścień mocy – czyli stanu nasycenia intencją. Pierwszy pierścień mocy jest wprawiany w ruch poprzez siłę intencji, daną nam przez tego, kto nauczył nas postrzegania wybiórczego, tak, jak mój nauczyciel mi ją dał, Właśnie wtedy, nowa intencja będzie tworzyć nowe percepcyjne otoczenie.
Don Juan mówił, że zajmuje to całe życie wypełnione nieustanną dyscypliną, którą widzący określają nieugiętą intencją, przygotować drugi pierścień mocy oznacza być zdolnym do rozbudowania postrzegania wybiórczego, które należy do innego poziomu emanacji Orła. Panowanie nad tym poziomem percepcji jest niezrównanym wyczynem, który niewielu wojowników może osiągnąć. Silvio Manuel był jednym z nich.
Don Juan ostrzegał mnie, że nie można próbować w sposób przemyślany opanować tego. Jeżeli  przydarza się to nam, to jedynie za sprawą naturalnego procesu, który rozwija się bez dokładania starań z naszej strony. Wyjaśnił mi, że przyczyna tej obojętności leży w praktycznym rozumowaniu, że kiedy to włada nami, to staje się czymś bardzo trudnym do pokonania, odkąd celem wojownika jest aktywne poszukiwanie sposobu pokonania obu percepcyjnych predyspozycji aby otworzyć się na finalną wolność trzeciej uwagi.

fragment książki”Cztery umowy” VIII

Nowy sen
Niebo na Ziemi
Tęcza-533x400
CHCĘ, ABYŚ ZAPOMNIAŁ WSZYSTKO, CZEGO NAUCZYŁEŚ się w ciągu całego Twego życia. Oto początek nowego zrozumienia, nowego snu.
Sen, w którym żyjesz, to Twoje dzieło. To Twoja percepcja rzeczywistości, którą możesz zmienić, kiedy zechcesz. Masz moc stworzenia piekła i moc stworzenia nieba. Dlaczego nie zacząć śnić innego snu? Dlaczego nie wykorzystać swego umysłu, wyobraźni i emocji, aby śnić niebo?
Użyj tylko swej wyobraźni, a stanie się wielka rzecz. Wyobraź sobie, ze, kiedykolwiek zechcesz, możesz oglądać świat innymi oczami. Za każdym razem, gdy otwierasz oczy, widzisz świat wokół siebie w inny sposób.
Zamknij teraz oczy, potem otwórz je i rozejrzyj się wokoło.
To co zobaczysz, to miłość płynąca z drzew, nieba, ze światła. Dostrzeżesz miłość płynącą ze wszystkiego wokół Ciebie. To stan błogości. Postrzegasz miłość płynącą bezpośrednio ze wszystkiego, w tym również – z Ciebie i innych ludzi. Nawet wtedy, gdy ludzie są rozgniewani, za tymi uczuciami możesz zobaczyć, że oni także ślą miłość.
Korzystając ze swej wyobraźni i nowego wzroku chcę, byś zobaczył siebie wiodącego nowe życie, śniącego nowy sen. Życie, w którym nie musisz uzasadniać swojego istnienia i w którym posiadasz wolność bycia tym, kim naprawdę jesteś.
Wyobraź sobie, że masz pozwolenie na to, by być szczęśliwym i naprawdę cieszyć się swoim życiem. Twoje życie jest wolne od konfliktów z samym sobą i z innymi.
Wyobraź sobie, że przeżywasz swe życie bez strachu wyrażania swych snów. Wiesz czego chcesz, wiesz czego nie chcesz, i kiedy tego chcesz. Możesz swobodnie zmienić swoje życie na takie, którego naprawdę byś pragnął. Nie boisz się prosić o to, czego potrzebujesz i mówić: “tak” lub “nie” komukolwiek i w odniesieniu do czegokolwiek.
Wyobraź sobie, że żyjesz bez strachu bycia osądzonym przez innych. Już dłużej nie kierujesz swym zachowaniem według tego, co inni mogą sobie o Tobie pomyśleć. Nie jesteś już odpowiedzialny za czyjąś opinię. Nie masz potrzeby kontrolowania kogokolwiek, i nikt inny nie kontroluje również Ciebie.
Wyobraź sobie, że żyjesz nie osądzając innych. Możesz z łatwością im wybaczyć i rozstać się z wszelkimi posiadanymi sądami. Nie masz potrzeby posiadania racji i nie potrzebujesz nikomu udowadniać błędu. Szanujesz siebie i wszystkich innych, a oni szanują Ciebie.
Wyobraź sobie, że żyjesz bez strachu kochania i bycia kochanym. Już nie boisz się odrzucenia i nie masz potrzeby bycia zaakceptowanym. Możesz powiedzieć: “kocham Cię” bez wstydu czy uzasadniania. Możesz kroczyć przez świat z szeroko otwartym sercem i nie obawiać się zranienia.
Wyobraź sobie, że żyjesz bez obawy przed podejmowaniem ryzyka i odkrywaniem życia. Nie boisz się czegokolwiek stracić. Nie boisz się żyć na świecie i nie boisz się umrzeć.
Wyobraź sobie, że kochasz siebie takiego jakim jesteś. Kochasz swoje ciało takim, jakie jest i swoje emocje takimi, jakimi są. Wiesz, że jesteś doskonały taki, jaki jesteś..
Powód, dla którego proszę Cię o wyobrażenie sobie tych wszystkich rzeczy jest taki, że można je osiągnąć! Możesz żyć w stanie łaski, błogości i w niebiańskim śnie. Lecz aby doświadczyć tego snu, musisz najpierw zrozumieć czym on jest.
Tylko miłość może wprawić Cię w stan błogości. Trwanie w błogości to jak bycie zakochanym. Bycie zakochanym to jak trwanie w błogości. Pływasz w chmurach. Dostrzegasz miłość gdziekolwiek pójdziesz. To absolutnie możliwe – żyć w ten sposób przez cały czas. Jest to możliwe, ponieważ inni tego dokonali a nie różnią się niczym od Ciebie. Żyją w błogości, ponieważ zmienili umowy z samymi sobą i śnią inny sen.
Kiedy poczujesz co to znaczy żyć w stanie błogości – pokochasz to. Dowiesz się, że niebo na ziemi to prawda – że niebo naprawdę istnieje. Kiedy już dowiesz się, że niebo istnieje, kiedy już dowiesz się, że można tam zostać, od Ciebie zależy, czy uczynisz wysiłek, by się tam dostać. Dwa tysiące lat temu, Jezus objawił nam królestwo niebieskie, królestwo miłości, jednak mało kto był gotowy, by to- usłyszeć. Pytali: “o czym mówisz? Moje serce jest puste, nie czuję miłości, o której Ty mówisz, nie czuję spokoju, który Ty masz.” Nie musisz postępować w ten sposób. Wyobraź sobie tylko, że przesłanie miłości Jezusa jest możliwe, a odkryjesz, że stanie się Twoim udziałem.
Świat jest piękny i cudowny. Życie może być bardzo proste, jeśli drogą Twojego życia jest miłość. Możesz kochać cały czas. To Twój wybór. Możesz nie mieć powodu by kochać, ale możesz kochać, ponieważ kochanie czyni Cię bardzo szczęśliwym. Miłość w działaniu tylko tworzy szczęście. Miłość da Ci wewnętrzny spokój. Zmieni Twoje postrzeganie wszystkiego.
Oczami miłości możesz zobaczyć wszystko. Możesz być świadom, że wszędzie wokół Ciebie jest miłość. Kiedy żyjesz w ten sposób, mgła w Twoim umyśle znika. Mitote Twojego umysłu udało się na nieustające wakacje. Oto, czego ludzie szukają od wieków. Od tysięcy lat poszukujemy szczęścia. Szczęście to raj utracony. Ludzie tak bardzo zabiegają aby osiągnąć ten stan a jest on częścią ewolucji umysłu. Oto przyszłość ludzkości.
Taki sposób życia jest możliwy i znajduje się w Twoich rękach. Mojżesz nazwał go Ziemią Obiecaną, Budda – Nirwaną, Jezus -Niebem, a Toltekowie – Nowym Snem. Niestety, Twoja tożsamość złączona jest ze snem planety. Wszystkie Twoje przekonania i umowy znajdują się w jego mgle. Czujesz obecność pasożyta i wierzysz, że to Ty. Dlatego trudno jest się wyzwolić – uwolnić pasożyta i stworzyć przestrzeń dla doświadczania miłości. Jesteś przywiązany do Sędziego i Ofiary. Cierpienie sprawia, że czujesz się bezpiecznie, ponieważ znasz to tak dobrze.
Jednak nie ma powodu by cierpieć. Jedyny powód dla którego cierpisz, to ten, że cierpienie jest Twoim własnym wyborem. Jeśli przyjrzysz się swemu życiu, znajdziesz w nim wiele wymówek aby cierpieć, jednak nie doszukasz się ani jednej racjonalnej przyczyny tego stanu. To samo potwierdza się w przypadku szczęścia. Jedyną przyczyną Twojego szczęścia jest Twój wybór, aby być szczęśliwym. Szczęście jest wyborem, podobnie jak cierpienie.
Pewnie nie możemy uciec od ludzkiego przeznaczenia, ale mamy wybór – cierpieć nasz los lub się nim cieszyć. Cierpieć albo kochać i być szczęśliwym. Żyć w piekle lub żyć w niebie. Ja wybieram życie w niebie. A co wybierasz Ty?

fragment książki „Cztery umowy” VII

SZTUKA PRZEMIANY: SEN DRUGIEJ UWAGI
Zwycięskie-zdjęcie-w-kategorii-Kosmos-i-Ludzie-530x272

 

Dowiedzieliśmy się, że sen, w którym obecnie żyjesz jest wynikiem tego, że zewnętrzny sen przyciąga Twą uwagę i karmi Cię wszystkimi Twymi przekonaniami. Proces udomowiania można nazwać snem pierwszej uwagi, ponieważ to właśnie w ten sposób, po raz pierwszy wykorzystano Twoją uwagę, w celu stworzenia pierwszego snu Twego życia.
Jeden ze sposobów zmiany Twoich przekonań, to skupić Twoją uwagę na wszystkich tych umowach i przekonaniach i dokonać zmiany umów, które zawarłeś sam z sobą. Czyniąc tak, wykorzystujesz swą uwagę po raz drugi, zatem tworzysz sen drugiej uwagi czyli nowy sen.
Różnica polega na tym, że nie jesteś już niewinny. Kiedy byłeś dzieckiem, było inaczej – nie miałeś wyboru. Ale już nim nie jesteś. Teraz to Ty wybierasz – w co wierzyć, a w co nie. Możesz wybrać wiarę w cokolwiek, w tym również – wiarę w siebie.
Pierwszy krok, to uświadomić sobie istnienie mgły, która przenika Twój umysł. Musisz zyskać świadomość tego, że przez cały czas śnisz. Tylko posiadłszy świadomość, masz szansę dokonania przemiany swego snu. Jeśli uświadomisz sobie, że cały dramat Twego życia wynika z tego, w co wierzysz, a to, w co wierzysz, nie jest prawdziwe, wtedy możesz zacząć zmieniać swój sen. Jednak, aby dokonać rzeczywistej zmiany swoich przekonań, musisz skupić swą uwagę na tym, co chcesz zmienić. Musisz wiedzieć, które umowy z samym sobą chcesz zmienić, zanim przystąpisz do działania.
Kolejnym krokiem, jest wykształcenie w sobie świadomości wszystkich ograniczających, opartych na strachu przekonań, które sprawiają, że jesteś nieszczęśliwy. Sporządzasz spis wszystkiego w co wierzysz, wszystkich umów z samym sobą j poprzez ten proces rozpoczynasz przemianę. Toltekowie nazywali to Sztuką Przemiany, a jest to cały kunszt. Osiągasz Doskonałość Przemiany poprzez zmianę opartych na strachu umów, które sprawiają, ze cierpisz i przeprogramowaniu swego umysłu w swój własny sposób. Jedną z dróg dokonania tego, jest zgłębienie i przyswojenie alternatywnych przekonań, takich jak Cztery Umowy.
Decyzja o wdrożeniu w życie Czterech Umów, jest wypowiedzeniem wojny mające za cel zdobycie wolności, odebrane Ci przez pasożyta. Cztery Umowy oferują szansę na przerwanie emocjonalnego bólu, co może otworzyć Ci drzwi do tego, byś cieszył się swoim życiem i rozpoczął nowy sen. To od Ciebie i Twojej chęci zależy, czy zgłębisz możliwości swego snu. Cztery Umowy powstały, by towarzyszyć Ci w Sztuce Przemiany, by pomóc zerwać ograniczające umowy z samym sobą. Pozwalają nabrać więcej osobistej mocy i pomagają stać się silniejszym. Im silniejszy się stajesz, tym więcej umów możesz złamać, aż wreszcie dotrzesz do samej istoty wszystkich tych umów.
Dotarcie do samej istoty tych umów jest, jak ja to nazywam – pójściem na pustynię. Kiedy udajesz się na pustynię, spotykasz swoje demony twarzą w twarz. Po powrocie zaś, wszystkie one stają się aniołami.
Stosowanie czterech nowych umów, jest przejawem wielkiej mocy. Cofnięcie złego czaru rzuconego na Twój umysł wymaga wielkiej osobistej mocy. Zaczynasz od zrywania umów, które są bardzo małe i wymagają mniej siły. Kiedy te mniejsze umowy zostaną już zerwane, Twoja osobista moc będzie rosnąć, aż do chwili, gdy wreszcie będziesz w stanie zmierzyć się z wielkimi demonami Twojego umysłu.
Na przykład: mała dziewczynka, której powiedziano by przestała śpiewać, ma teraz dwadzieścia lat i nadal nie śpiewa. Jeden ze sposobów, w który może pokonać przekonanie, że jej głos jest brzydki, to powiedzieć: “dobrze, spróbuję zaśpiewać, nawet jeśli śpiewam okropnie.” Potem może udawać, że ktoś klaszcze i mówi jej — “to było piękne!” To może trochę, troszeczkę, złamać jej umowę z samą sobą, ale umowa nadal będzie istnieć. Jednak teraz, dziewczyna ma trochę więcej mocy i odwagi, aby spróbować jeszcze raz, i jeszcze raz, aż wreszcie złamie tę umowę.
To jeden ze sposobów wydostania się z piekielnego snu. Ale w miejsce każdej złamane umowy, która sprawia, że cierpisz, musisz zawrzeć nową – która sprawia, że jesteś szczęśliwy. To zapobiegnie nawrotowi starych przekonań. Jeśli wypełnisz tę samą przestrzeń nową umową, wtedy stara odchodzi na zawsze, a jej miejsce zajmuje nowa.
W naszym umyśle istnieje wiele silnych przekonań, które mogą sprawić, ze ten proces rysuje się beznadziejnie. To dlatego musisz robić krok za krokiem i być cierpliwym względem siebie, ponieważ jest to proces powolny. Sposób, w jaki obecnie żyjesz, jest wynikiem wielu lat udomowiania. Nie możesz oczekiwać, że przełamiesz w sobie jego skutki w jeden dzień. Przełamywanie umów jest bardzo trudne, ponieważ w każdą umowę, którą zawarliśmy, wkładamy moc słowa, (która jest mocą naszej woli).
Do zmiany umowy potrzebujemy tej samej ilości mocy. Nie możemy zmienić umowy posługując się mniejszą mocą niż ta, którą włożyliśmy w jej ustanowienie, a przecież prawie cała nasza osobista moc, jest zaangażowana w utrzymywanie umów, które ze sobą zawarliśmy. Dzieje się tak dlatego, że nasze umowy to właściwie silne uzależnienia. Jesteśmy uzależnieni od bycia takimi, jakimi jesteśmy. Jesteśmy uzależnieni od złości, zazdrości i użalania się nad sobą. Jesteśmy uzależnieni od przekonań, które mówią nam: “nie jestem dość dobry, nie jestem dość inteligentny. Po co w ogóle próbować, Inni to zrobią, bo są lepsi ode mnie.”
Wszystkie stare przekonania, które rządzą snem naszego życia są wynikiem powtarzania ich na okrągło. Dlatego, aby wprowadzić w życie Cztery Umowy, musisz także zastosować powtarzanie. Poprzez praktykowanie nowych umów w Twoim życiu, szczyt Twoich możliwości jeszcze się podniesie. Praktyka czyni mistrza.

 

DYSCYPLINA WOJOWNIKA: KONTROLOWANIE SWOJEGO ZACHOWANIA

 

Wyobraź sobie, że pewnego ranka budzisz się wcześnie i pełen entuzjazmu wkraczasz w nowy dzień. Czujesz się świetnie. Jesteś szczęśliwy i masz w tym dniu mnóstwo energii do spożytkowania. Jednak podczas śniadania, dochodzi do poważnej kłótni z Twoim współmałżonkiem i emocje wypływają z Ciebie jak powódź. Wściekasz się i w wybuchu gniewu tracisz wiele osobistej mocy. Po kłótni czujesz się wyczerpany, chcesz tylko sobie pójść i się wypłakać. Czujesz się tak zmęczony, że idziesz do swego pokoju, załamujesz się i próbujesz dojść do siebie. Spędzasz dzień w oparach swych emocji. Nie masz energii by rozpocząć dzień i chciałbyś tylko od wszystkiego uciec.
Co rano budzimy się z pewnym zasobem umysłowej, emocjonalnej i fizycznej energii, którą pożytkujemy w ciągu dnia. Jeśli pozwolimy, by nasze emocje umniejszyły naszą energię, nie mamy jej już, aby zmieniać nasze życie czy przekazywać ją innym.
Sposób, w który postrzegasz świat będzie zależał od emocji, które odczuwasz. Kiedy jesteś zły, wszystko wokół Ciebie jest złe, nic nie jest w porządku. Obwiniasz wszystko, nie wyłączając pogody, czy pada deszcz czy świeci słońce – nic Cię nie zadowala. Kiedy jesteś smutny, wszystko wokół Ciebie jest smutne i skłania Cię do płaczu. Widzisz drzewa i czujesz smutek, widzisz deszcz i wszystko wygląda smutno. Być może czujesz się zagrożony i odczuwasz potrzebę obrony, ponieważ nie wiesz, kiedy ktoś Cię zaatakuje. Nie ufasz niczemu i nikomu wokół siebie. Dzieje się tak, ponieważ postrzegasz świat oczami strachu!
Wyobraź sobie, że ludzki umysł jest taki sam, jak Twoja skóra. Możesz dotykać zdrowej skóry i sprawia Ci to przyjemność. Twoja skóra została stworzona, by odczuwać i wrażenie dotyku jest przyjemne. Teraz wyobraź sobie, że odnosisz uraz, skóra zostaje rozcięta i wdaje się w nią zakażenie. Jeśli dotkniesz tego miejsca, będzie bolało, więc starasz się je przykryć i ochronić. Dotknięcie nie sprawi Ci przyjemności, ponieważ jest bolesne.
Teraz wyobraź sobie, że wszyscy ludzie cierpią na taką chorobę skóry. Nikt nikogo nie może dotykać, bo powoduje to ból. Wszyscy mają rany na skórze, więc infekcja jest uważana za coś normalnego, podobnie jak ból – wierzymy, że tak właśnie ma być.
Czy potraficie sobie wyobrazić, jak zachowywalibyśmy się względem siebie, gdyby wszyscy ludzie cierpieli na tę chorobę? Oczywiście rzadko kiedy byśmy się do siebie przytulali, ponieważ byłoby to zbyt bolesne. Zatem musielibyśmy stworzyć pomiędzy nami znaczny dystans.
Umysł ludzki zachowuje się zupełnie tak, jak w opisie zakażonej skóry. Każdy człowiek, posiada emocjonalne ciało pokryte zakażonymi ranami. Każda rana jest zatruta emocjonalną trucizną, trucizną wszystkich emocji, które powodują nasze cierpienie, takich jak: nienawiść, złość, zawiść i smutek. Niesprawiedliwe działanie rozjątrza ranę w umyśle i reagujemy emocjonalną trucizną z powodu pojęć i przekonań, które mamy na temat niesprawiedliwości i tego, co sprawiedliwe. Umysł został tak poraniony i wypełniony trucizną w procesie udomowienia, ze wszyscy postrzegają pokryty ranami umysł jako normalny. Taki stan uważa się za normalny, ale mówię Wam, że normalny nie jest.
Żyjemy w dysfunkcyjnym śnie planety, a ludzie cierpią na chorobę umysłową, która nazywa się strach. Symptomy choroby, to wszystkie te emocje, które sprawiają, że ludzie cierpią – złość, nienawiść, smutek, zawiść i zdrada. Kiedy strach jest zbyt wielki, myślący umysł zawodzi i nazywamy ten stan chorobą psychiczną. Psychotyczne zachowanie pojawia się, gdy umysł jest tak przestraszony, a rany tak bolesne, że zerwanie kontaktu ze światem zewnętrznym wydaje się lepszym wyjściem.
Jeśli będziemy w stanie dostrzec, że stan naszego umysłu to choroba, znajdziemy lekarstwo. Nie musimy dłużej cierpieć. Najpierw potrzebujemy prawdy, by otworzyła nasze emocjonalne rany, oczyściła je z trucizny i całkowicie zaleczyła. Jak to zrobimy? Musimy wybaczyć tym, którzy nas skrzywdzili, nie dlatego, że zasługują na wybaczenie, ale dlatego, że tak bardzo kochamy siebie, że nie chcemy dłużej płacić za niesprawiedliwość.
Wybaczenie to jedyna droga uzdrowienia. Możemy wybrać wybaczenie, ponieważ czujemy współczucie dla samych siebie. Możemy pozwolić odejść urazie i powiedzieć sobie: “dość! Nie będę dłużej wielkim Sędzią, który występuje przeciwko mnie samemu. Nie będę dłużej się biczował i krzywdził siebie. Nie będę dłużej Ofiarą.”
Najpierw musimy wybaczyć naszym rodzicom, naszym braciom, siostrom, przyjaciołom i Bogu. Kiedy już wybaczysz Bogu, możesz wreszcie wybaczyć sobie. Kiedy już wybaczysz sobie, w Twym umyśle nie będziesz więcej odrzucać samego siebie. Zaczniesz akceptować siebie, a miłość własna rozwinie się tak silnie, że w końcu zaakceptujesz siebie takim, jakim jesteś. Wtedy rozpoczyna się wolny człowiek. Kluczem jest przebaczenie.
Będziesz wiedział, że komuś przebaczyłeś wtedy, gdy go zobaczysz i nie wywoła to w Tobie emocjonalnej reakcji. Usłyszysz imię tej osoby i nie wzbudzi to w Tobie żadnej emocjonalnej reakcji. Kiedy ktoś może dotknąć tego, co było raną i już Cię to nie boli, wtedy wiesz, że rzeczywiście przebaczyłeś.
Prawda jest jak skalpel. Prawda jest bolesna, ponieważ aby nas uzdrowić, otwiera wszystkie rany ukryte pod warstwą kłamstw. Te kłamstwa są tym, co nazywamy systemem zaprzeczania. To dobrze, że mamy system zaprzeczania, ponieważ pozwala nam ukrywać nasze rany i nadal funkcjonować. Lecz kiedy już nie mamy ani ran ani emocjonalnej trucizny, nie musimy dłużej kłamać. Nie potrzebujemy systemu zaprzeczeń, ponieważ zdrowy umysł, podobnie jak zdrową skórę, można dotykać nie powodując zranienia. Dla czystego umysłu, dotyk jest czymś bardzo przyjemnym.
W przypadku większości ludzi problem tkwi w tym, ze tracą kontrolę nad swoimi emocjami. To emocje kontrolują zachowanie człowieka, a nie człowiek emocje. Kiedy tracimy kontrolę nad sobą, mówimy rzeczy, których nie chcemy powiedzieć i robimy rzeczy, których nie chcemy robić. Dlatego to takie ważne, by być nieskazitelnym w słowach i stać się duchowym wojownikiem. Musimy nauczyć się kontrolować nasze emocje, abyśmy mieli dość osobistej mocy do zmiany naszych opartych na strachu umów, by uciec z piekła i stworzyć nasze własne, prywatne niebo.
Jak masz stać się wojownikiem? Istnieją pewne jego cechy, które są niemal identyczne na całym świecie. Wojownik posiada świadomość. To bardzo ważne. Jesteśmy świadomi, że jesteśmy na wojnie a wojna w naszych umysłach wymaga dyscypliny. Nie dyscypliny żołnierza, lecz dyscypliny wojownika. Nie dyscypliny, która polega na tym, że ktoś z zewnątrz powie nam, co mamy robić a czego nie, lecz dyscypliny bycia sobą, bez względu na to, co się stanie.
Wojownik posiada kontrolę. Nie kontrolę nad drugim człowiekiem, lecz kontrolę nad swoimi własnymi emocjami, nad swoim własnym ja. To wtedy kiedy tracimy kontrolę, tłumimy emocje, a nie wtedy, gdy je kontrolujemy. Wielka różnica pomiędzy wojownikiem a ofiarą polega na tym, ze ofiara je tłumi, a wojownik powstrzymuje. Ofiary tłumią emocje, ponieważ boją się je pokazać, boją się powiedzieć to, co chcą powiedzieć. Powstrzymywanie się to nie to samo, co tłumienie. Powstrzymać się, to zachować emocje i wyrażać je w odpowiednim momencie, nie wcześniej i nie później. To dlatego wojownicy są nieskazitelni. Posiadają pełną kontrolę nad swoimi emocjami, a co za tym idzie – nad swoim zachowaniem.

 

INICJACJA ZMARŁEGO – OBEJMUJĄC ANIOŁA ŚMIERCI

 

Ostatni sposób uzyskania osobistej wolności, polega na przygotowaniu się na inicjację zmarłego – aby samą śmierć wziąć sobie za nauczyciela. To, czego ma nas nauczyć nas anioł śmierci, to jak być prawdziwie żywym. Stajemy się świadomi tego, że możemy umrzeć w każdej chwili i mamy tylko teraźniejszość na to, aby żyć. Prawda jest taka, że nie wiemy czy umrzemy jutro. Kto wie? Uważamy, że mamy przed sobą długie lata życia. Ale czy mamy?
Jeśli pójdziemy do szpitala i lekarz powie nam, że został nam tydzień życia – co zrobimy? Jak już powiedzieliśmy wcześniej, mamy dwie możliwości. Pierwsza, to cierpieć z powodu tego, że umrzemy i mówić wszystkim: “żal mi siebie, niedługo umrę” i naprawdę spowodować olbrzymi dramat. Druga możliwość, to wykorzystać każdą chwilę, by być szczęśliwym i robić to, co naprawdę lubimy. Jeśli został nam tylko tydzień życia -cieszmy się życiem. Żyjmy. Możemy postanowić – “będę sobą. Nie będę dłużej żył próbując zadowolić innych ludzi. Nie będę się dłużej bal, co o mnie pomyślą. Jak mam się przejmować tym, co myślą inni, jeśli za tydzień mam umrzeć? Będę sobą.”
Anioł śmierci może nauczyć nas, jak przeżyć każdy dzień tak, jak gdyby to był nasz ostatni, tak, jakby nie było jutra. Możemy rozpoczynać każdy dzień od słów: “jestem przebudzony. Widzę sionce. Wyrażę wdzięczność słońcu, wszystkiemu i wszystkim, ponieważ ciągle żyję. Jeszcze jeden dzień, aby być sobą.”
Oto sposób w jaki postrzegam życie, oto, czego nauczył mnie anioł śmierci – być zupełnie otwartym, wiedzieć, że nie ma się czego bać. I oczywiście traktuję ludzi, których kocham z miłością, ponieważ może to być ostatni dzień, w którym będę mógł Ci powiedzieć, jak bardzo Cię kocham. Nie wiem, czy zobaczę Cię znowu, więc nie chcę z Tobą walczyć.
Cóż, jeśli pokłóciłem się z Tobą okropnie i wylałem Ci całą emocjonalną truciznę, którą mam przeciw Tobie, a Ty jutro umrzesz? Ups!
O mój Boże, Sędzia ukarze mnie surowo, a ja będę się czuł winien za wszystko, co powiedziałem. Będę się obwiniał nawet za to, że nie powiedziałem Ci, jak bardzo Cię kocham. Miłość, która mnie uszczęśliwia, to miłość, którą mogę dzielić z Tobą. Dlaczego muszę zaprzeczać, że Cię kocham? Nie ma znaczenia, czy Ty odwzajemniasz to uczucie. Mogę jutro umrzeć albo Ty możesz jutro umrzeć. To, co w tej chwili czyni mnie szczęśliwym, to dać Ci do zrozumienia, jak bardzo Cię kocham.
Możesz wieść swoje życie w taki sposób. Postępując tak, przygotowujesz się na inicjację śmierci. Podczas inicjacji stanie się to, ze stary sen, który nosisz w swym umyśle, umrze na zawsze. Owszem, nie zapomnisz pasożyta – Sędziego, Ofiarę i to, w co wierzyłeś – ale pasożyt będzie martwy.
To, co umrze podczas inicjacji śmierci – to pasożyt. Nie jest łatwo zdecydować się na nią, ponieważ Sędzia i Ofiara będą walczyć wszystkimi siłami. Nie chcą umrzeć. A my czujemy, że to my jesteśmy tymi, którzy umrą i boimy się tej śmierci.
Kiedy żyjemy w śnie planety, to tak jakbyśmy byli martwi. Ktokolwiek przeżywa inicjację zmarłego, otrzymuje najcudowniejszy dar – zmartwychwstanie. Otrzymać zmartwychwstanie to powstać z martwych, być żywym, być znowu sobą. Zmartwychwstać to być jak dziecko – dzikie i wolne, ale z pewną różnicą. Różnica polega na tym, że mamy wolność, której towarzyszy mądrość zamiast niewinności. Jesteśmy w stanie przełamać nasze udomowienie, znowu stać się wolnymi i uzdrowić nasz umysł. Poddajemy się aniołowi śmierci, wiedząc, ze pasożyt zginie, a my nadal będziemy żywi, zyskując zdrowy umysł i doskonały rozum. Wtedy osiągamy wolność w korzystaniu z naszego umysłu i wolność prowadzenia naszego własnego życia.
Oto czego, na sposób Tolteków, uczy nas anioł śmierci. Przychodzi do nas i mówi: “zrozum, ze wszystko, co tutaj istnieje, jest moje, nie Twoje. Twój dom, Twoja żona, Twoje dzieci, Twój samochód, Twoja kariera, Twoje pieniądze – wszystko jest moje i mogę to zabrać, kiedy zechcę, ale na razie możesz z tego korzystać.”

 

Jeśli poddamy się aniołowi śmierci, będziemy na zawsze szczęśliwi. Dlaczego? Ponieważ anioł śmierci zabiera od nas przeszłość po to, by mogło się toczyć dalsze życie. Za każdą chwilę, która minęła zabiera on cząstkę, która umarła, a my wciąż żyjemy w teraźniejszości. Pasożyt chce, abyśmy dźwigali z sobą przeszłość i to sprawia, że tak trudno jest być żywym. Gdy staramy się żyć przeszłością, jak mamy cieszyć się teraźniejszością? Skoro marzymy o przyszłości, dlaczego musimy dźwigać ciężar przeszłości? Kiedy zamierzamy żyć teraźniejszością? Tego uczy nas anioł śmierci.