Manifest tych którzy znają drogę

chyba już kiedyś dodawałam na bloga ..ale jakoś tak naszła mnie chęć odświeżenia tematu 🙂

Reklamy

Kontrolowany Kaprys- fragment książki Carlosa Castanedy

„Odrębna rzeczywistość”
– Wobec kogo posługujesz się kontrolowanym kaprysem, don Juanie? – zapytałem po chwili milczenia. Zachichotał.
– Wobec wszystkich! – wykrzyknął, śmiejąc się.
– W takim razie, kiedy decydujesz się to zrobić?
– Za każdym razem, kiedy coś robię.
Poczułem, że w tym momencie muszę to podsumować i spytałem go, czy kontrolowany kaprys oznacza, że jego działania nigdy nie są szczere, a są tylko grą aktora.
– Moje działania są szczere – rzekł – ale są tylko grą aktora.
– Wobec tego wszystko, co robisz, musi być kontrolowanym kaprysem – powiedziałem, naprawdę zaskoczony.
– Tak, wszystko – odparł.
– Nie może jednak być prawdą – zaprotestowałem – że każde twoje działanie jest kontrolowanym kaprysem.
– Dlaczego nie? – odpowiedział z tajemniczym spojrzeniem.
– Bo wtedy nic nie miałoby dla ciebie znaczenia i naprawdę na nikim ani na niczym by ci nie zależało. Weź mnie na przykład. Chcesz powiedzieć, że jest ci wszystko jedno, czy zostanę człowiekiem wiedzy, czy też nie, czy jestem żywy, czy martwy i co robię?
– To prawda! Jest mi wszystko jedno. Ty jesteś jak Lucio albo każdy inny w moim życiu, jesteś moim kontrolowanym kaprysem.
Poczułem szczególnego rodzaju pustkę. Oczywiście, nie było żadnego powodu, dla którego don Juanowi miałoby na mnie zależeć. Z drugiej strony, byłem prawie pewien, że miał do mnie bardzo osobisty stosunek. Wydawało mi się, że nie może być inaczej, skoro zawsze, w każdej chwili, którą z nim spędziłem, poświęcał mi całą swoją uwagę. Przyszło mi do głowy, że don Juan mówi tak dlatego, ponieważ jest na mnie zły. W końcu przecież porzuciłem jego nauki.
– Mam wrażenie, że nie mówimy o tym samym – stwierdziłem. – Nie powinienem był dawać siebie za przykład. Chciałem powiedzieć, że musi być coś na świecie, na czym ci zależy, coś, co nie jest kontrolowanym kaprysem. Nie sądzę, żeby było możliwe życie, jeśli na niczym ci tak naprawdę nie zależy.
– To się odnosi do ciebie – powiedział. – Rzeczy mają znaczenie dla ciebie. Zapytałeś mnie o mój kontrolowany kaprys i powiedziałem ci, że wszystko, co robię i co odnosi się do mnie i moich współbraci jest kaprysem, ponieważ nic nie ma dla mnie znaczenia.
– Chodzi mi o to, że jeśli nic nie ma dla ciebie znaczenia, to jak możesz żyć?
Zaśmiał się, a po chwili przerwy, kiedy to zdawał się zastanawiać, czy odpowiedzieć mi, czy nie, wstał i poszedł za dom. Udałem się za nim.
– Zaczekaj, don Juanie, zaczekaj! – zawołałem. – Naprawdę chcę wiedzieć. Musisz mi, wyjaśnić, o co ci chodzi.
– Może tego się nie da wyjaśnić – rzekł. – Niektóre rzeczy w twoim życiu mają dla ciebie znaczenie, ponieważ są twoim zdaniem ważne. Z pewnością twoje działania są dla ciebie ważne, ale dla mnie żadna rzecz już nie jest ważna, ani moje poczynania, ani też poczynania innych ludzi. Mimo to żyję, ponieważ mam swoją wolę. A ponieważ w ciągu życia zahartowałem ją, teraz jest nieugięta i właściwie wykorzystywana. Stało mi się zupełnie obojętne to, że nic nie ma dla mnie znaczenia. Moja wola kontroluje kaprys mojego życia.
Przykucnął i przesunął palcami po jakichś ziołach, które rozłożył do suszenia na słońcu, na dużym kawałku jutowego worka.
Byłem oszołomiony. Nigdy bym nie przypuszczał, że otrzymam taką odpowiedź. Po długim milczeniu wymyśliłem dobry argument. Powiedziałem mu, że moim zdaniem niektóre działania moich współbraci są najwyższej wagi. Wojna atomowa stanowi zdecydowanie najważniejszy przykład takich działań. Dla mnie zniszczenie życia na ziemi jest wyjątkowo potworną zbrodnią.
– Wierzysz w to, ponieważ myślisz. Myślisz o życiu – rzekł don Juan z błyskiem w oku. – Nie widzisz.
– Czy uważałbym inaczej, gdybym widział? – zapytałem.
– Kiedy człowiek nauczy się widzieć, zostaje w świecie sam, jedynie ze swoim kaprysem – powiedział tajemniczo don Juan.
Zamilkł na chwilę i spojrzał na mnie, jakby chciał ocenić, jakie wrażenie wywarły na mnie jego słowa.
– Twoje postępowanie, jak również postępowanie twoich współbraci wydają ci się ważne, ponieważ nauczyłeś się myśleć, że są one ważne.
Wypowiedział słowo “nauczyłeś się” tak szczególnym tonem, że poczułem się zmuszony zapytać go, co chciał przez to powiedzieć.
Przerwał układanie roślin i spojrzał na mnie.
– Uczymy się myśleć o wszystkim – powiedział – a potem ćwiczymy oczy, aby widziały rzeczy tak, jak o nich myślimy. Patrzymy na siebie, z góry przyjmując, że jesteśmy ważni. No więc musimy czuć się ważni! Wszakże kiedy człowiek nauczy się widzieć, zdaje sobie sprawę, że nie może już dłużej myśleć o rzeczach, na które patrzy. A kiedy nie może myśleć o rzeczach, na które patrzy, wszystko staje się nieważne.
Don Juan musiał zauważyć moje zakłopotanie, bo powtórzył swoje stwierdzenie trzy razy, jakby chciał mi pomóc je zrozumieć. Z początku to, co mówił, brzmiało w moich uszach jak bełkot, ale kiedy to przemyślałem, z jego słów wyłonił się skomplikowany opis pewnego aspektu percepcji.
Usiłowałem wymyślić jakieś dobre pytanie, które skłoniłoby go do dalszych wyjaśnień, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Nagle poczułem się zmęczony i nie mogłem jasno sformułować myśli.
Don Juan chyba zauważył moje zmęczenie i poklepał mnie łagodnie.
– Oczyść te rośliny – powiedział – a potem połam je i powkładaj ostrożnie do słoika.
Wręczył mi duży słoik po kawie, po czym odszedł.
Wrócił do domu po godzinie, późnym popołudniem. Skończyłem z roślinami i zostało mi jeszcze mnóstwo czasu na pisanie notatek. Chciałem od razu zadać mu kilka pytań, ale nie miał nastroju do udzielania odpowiedzi. Powiedział, że jest głodny i najpierw musi przygotować sobie jedzenie. Rozpalił ogień w glinianym piecu i postawił na nim garnek z rosołem na kościach. Zajrzał do torby z zakupami, którą przywiozłem, wyjął z niej kilka jarzyn, pokroił je na małe kawałeczki i wrzucił do garnka. Potem położył się na swojej macie, zrzucił sandały i powiedział, abym usiadł bliżej pieca, tak żebym mógł dokładać do ognia.
Zrobiło się już prawie całkiem ciemno. Z miejsca, gdzie siedziałem, widać było zachodnią stronę nieba. Wielkie kłębowisko chmur zabarwiło się żółcią na brzegach, a w środku pozostawało prawie czarne.
Chciałem właśnie skomentować piękno chmur, ale don Juan odezwał się pierwszy.
– Puszyste brzegi i gęsty środek – powiedział, wskazując na chmury.
Jego stwierdzenie było tak trafne, że aż podskoczyłem.
– Właśnie miałem powiedzieć ci o chmurach – zauważyłem.
– Wobec tego ubiegłem cię – rzekł i roześmiał się jak dziecko.
Zapytałem go, czy jest w odpowiednim nastroju, żeby odpowiedzieć na kilka pytań.
– Co chcesz wiedzieć? – odparł.
– To, co powiedziałeś mi po południu o kontrolowanym kaprysie, bardzo mnie poruszyło – stwierdziłem. – Naprawdę nie mogę zrozumieć, co miałeś na myśli.
– Oczywiście, że nie możesz tego zrozumieć – powiedział. – Próbujesz o tym myśleć, a to, co powiedziałem, nie pasuje do twoich myśli.
– Usiłuję o tym myśleć – powiedziałem – ponieważ jest to jedyny sposób, w jaki mogę coś zrozumieć. Czy na przykład, don Juanie, chcesz powiedzieć, że kiedy człowiek nauczy się widzieć, wszystko w świecie staje się bezwartościowe?
– Nie powiedziałem bezwartościowe. Powiedziałem nieważne. Wszystko jest równe sobie i dlatego nieważne. Na przykład, nie mogę w żaden sposób powiedzieć, że to, co ja robię, jest ważniejsze od tego, co ty robisz, albo że jedna rzecz jest bardziej istotna od drugiej. Dlatego też wszystkie rzeczy są sobie równe, a jako równe są nieważne.
Zapytałem go, czy jego stwierdzenie oznacza, że to, co nazywa “widzeniem”, jest w rzeczywistości lepsze od zwykłego “patrzenia na rzeczy”. Odpowiedział, że oczy człowieka mogą wykonywać obie funkcje, ale żadna z nich nie jest lepsza. Uczenie oczu jedynie patrzenia jest jednak, jego zdaniem, niepotrzebną stratą.
– Na przykład musimy patrzeć swoimi oczami, żeby się śmiać – powiedział – ponieważ tylko wtedy, kiedy patrzymy, możemy uchwycić zabawną stronę świata. Z drugiej strony, kiedy nasze oczy widzą, wszystko staje się do tego stopnia jednakowe, że nic już nie jest śmieszne.
– Chcesz powiedzieć, don Juanie, że człowiek, który widzi, nigdy się nie śmieje? Przez chwilę nie odpowiadał.
– Bardzo możliwe, że są tacy ludzie wiedzy, którzy nigdy się nie śmieją – powiedział. – Jednakże ja nie znam nikogo takiego. Ci, o których wiem, że widzą, potrafią także patrzeć, więc się śmieją.
– Czy człowiek wiedzy może również płakać?
– Myślę, że tak. Nasze oczy patrzą, więc możemy śmiać się, płakać, cieszyć się, być smutni albo szczęśliwi. Ja osobiście nie lubię być smutny, więc kiedy tylko jestem świadkiem czegoś, co zwykle mnie smuci, po prostu przestawiam oczy i widzę zamiast patrzeć. Za to kiedy spotykam coś śmiesznego, patrzę i śmieję się.
– Wtedy jednak, don Juanie, twój śmiech jest prawdziwy, nie jest kontrolowanym kaprysem.
Don Juan wpatrywał się we mnie przez chwilę.
– Rozmawiam z tobą, bo mnie rozśmieszasz – powiedział. – Przypominasz mi takie pustynne szczury o puszystych ogonach. Można je złapać, kiedy wsadzają ogon do dziury, próbując odstraszyć inne szczury i ukraść ich jedzenie. Dałeś się złapać na swoje własne pytania. Uważaj! Czasami te szczury wyrywają sobie ogony, chcąc się uwolnić.
To porównanie rozbawiło mnie, roześmiałem się. Don Juan pokazał mi kiedyś kilka małych gryzoni o puszystych ogonach, które wyglądały jak tłuste wiewiórki; obraz jednego z tych pucołowatych szczurów tracących swój ogon był smutny i równocześnie chorobliwie śmieszny.
– Mój śmiech, jak wszystko inne, co robię, jest rzeczywisty – rzekł – ale jest to również kontrolowany kaprys, ponieważ nie ma z niego żadnego pożytku, niczego nie zmienia. Wciąż jednak tak postępuję.
– Lecz z tego, co zrozumiałem, don Juanie, wynika, że twój śmiech nie jest bezużyteczny. On cię uszczęśliwia.
– Nie! Jestem szczęśliwy, ponieważ wybieram patrzenie na rzeczy, które mnie uszczęśliwiają, a wtedy moje oczy dostrzegają ich zabawną stronę, więc się śmieję. Powtarzam ci to niezliczoną ilość razy. Żeby robić to, co dla ciebie najlepsze, swoją ścieżkę musisz wybierać zawsze sercem. Zapewne tak samo można się zawsze śmiać.
Zinterpretowałem to, co powiedział, w ten sposób, że płacz jest gorszy od śmiechu albo działa na nas co najmniej osłabiająco. Don Juan zaoponował mówiąc, że nie ma tu istotnej różnicy, bo zarówno śmiech, jak i płacz są nieważne. Jednakże on woli śmiech, ponieważ śmiech lepiej służy jego ciału niż płacz.
Zauważyłem wtedy, że jeśli istnieją preferencje, to nie ma równości. Jeśli woli śmiech od płaczu, to ten pierwszy jest zdecydowanie ważniejszy.
Don Juan uparcie twierdził, że jego preferencje wcale nie oznaczają, że śmiech i płacz nie są sobie równe. Ja zaś utrzymywałem, że nasz spór można doprowadzić do logicznego wniosku, że jeśli rzeczy są do tego stopnia równe, to dlaczego by nie wybrać śmierci?
– Wielu ludzi wiedzy właśnie tak robi – powiedział. – Pewnego dnia mogą po prostu zniknąć. Niektórzy ludzie sądzą, że wpadli w zasadzkę i zostaną skazani na śmierć za swoje czyny. Wybierają śmierć, ponieważ nie ma to dla nich znaczenia. Ja zaś wybrałem życie i śmiech, nie dlatego, że to jest ważne, ale dlatego, że taki wybór jest zgodny z moją wrodzoną skłonnością. Mówię, że wybrałem, ponieważ widzę. Lecz to nie znaczy, że wybrałem życie; to moja wola sprawia, że żyję, mimo że widzę. Nie rozumiesz mnie, ponieważ masz nawyk myślenia, kiedy patrzysz i myślenia, kiedy myślisz.
Jego stwierdzenie bardzo mnie zaintrygowało. Poprosiłem go, aby wyjaśnił, co chciał powiedzieć.
Powtarzał to samo kilka razy, jakby dając sobie czas na ułożenie innego sformułowania, po czym powiedział, że przez myślenie rozumie nasze stałe wyobrażenie o wszystkim w świecie. Widzenie usuwa ten nawyk, a ja, dopóki nie nauczę się widzieć, nie będę mógł naprawdę zrozumieć, o co mu chodzi.
– Jeśli jednak nic nie ma znaczenia, don Juanie, to dlaczego miałoby być ważne, żebym nauczył się widzieć?
– Powiedziałem ci kiedyś, że naszym ludzkim przeznaczeniem jest uczenie się, na dobre i na złe – rzekł. – Nauczyłem się widzieć i mówię ci, że tak naprawdę nic się nie liczy. Teraz twoja kolej, może pewnego dnia będziesz widział i sam przekonasz się, czy rzeczy mają załączenie, czy też nie. Dla mnie nic nie ma znaczenia, ale może dla ciebie wszystko będzie miało. Powinieneś już wiedzieć, że człowiek wiedzy żyje działając, a nie myśląc o działaniu, ani też myśląc, co pomyśli, kiedy skończy działać. Człowiek wiedzy swoją ścieżkę wybiera sercem i podąża nią. Potem patrzy, cieszy się i śmieje, a jeszcze później widzi i wie. Wie, że jego życie skończy się za szybko. Wie, że tak jak każdy zmierza donikąd. Wie, ponieważ widzi, że nic nie jest ważniejsze od innych rzeczy. Inaczej mówiąc, człowiek wiedzy nie ma ani honoru, ani godności, ani rodziny, ani imienia, ani kraju, ma tylko życie, którym żyje. W takiej sytuacji jego jedynym związkiem ze współbraćmi staje się kontrolowany kaprys. Człowiek wiedzy zatem stara się, poci i sapie, a kiedy się na niego spojrzy, wygląda jak każdy zwyczajny człowiek, z tym jednak wyjątkiem, że kontroluje kaprys swego życia. Nie ma rzeczy ważniejszej od innych, dlatego człowiek wiedzy wybiera jakąś czynność i wykonuje ją tak, jakby miała dla niego znaczenie. Jego kontrolowany kaprys sprawia, iż mówi, że to, co robi, ma dla niego znaczenie i zachowuje się tak, jakby naprawdę miało. Lecz on wie, że nie ma, więc kiedy zakończy swoje działanie, odpoczywa w spokoju – niezależnie od tego, czyjego czyny są dobre, czy złe, czy coś mu się udało, czy też nie, w żadnym wypadku nic to go nie obchodzi.
Z drugiej jednak strony, człowiek wiedzy może wybrać całkowitą bierność i nigdy nie podejmować żadnych działań, zachowywać się w taki sposób, jakby zależało mu na byciu pasywnym. Wtedy również będzie autentyczny, ponieważ w ten sposób przejawia się jego kontrolowany kaprys.
Słysząc to, podjąłem się bardzo zawiłego wyjaśnienia don Juanowi, że jestem ciekawy, co motywuje człowieka wiedzy do działania w dany sposób, choć wie on, iż nic nie ma znaczenia.
Zachichotał cicho, zanim mi odpowiedział.
– Ty myślisz o swoich działaniach – powiedział. – Dlatego musisz wierzyć, że twoje czyny są na tyle ważne, na ile sądzisz, że są ważne, podczas gdy w rzeczywistości nic, co robimy, nie jest ważne. Nic! Lecz skoro – jak powiedziałeś – nic się naprawdę nie liczy, jak mogę dalej żyć? Łatwiej byłoby umrzeć. Tak właśnie mówisz i wierzysz w to, ponieważ myślisz o życiu tak samo, jak teraz myślisz o tym, czym jest widzenie. Chciałbyś, abym ci je opisał, po to żebyś mógł o nim myśleć, tak jak o wszystkim innym. W przypadku widzenia myślenie jednakże zupełnie nie wchodzi w grę, więc nie mogę ci powiedzieć, jak to jest widzieć. Teraz chcesz, żebym ci podał przyczyny mojego kontrolowanego kaprysu, ale mogę ci tylko powiedzieć, że jest to bardzo zbliżone do widzenia, jest to coś, o czym nie da się myśleć.
Ziewnął. Położył się na plecach, wyciągnął ramiona i nogi. Jego kości zatrzeszczały.
– Zbyt długo cię tu nie było – rzekł. – Za dużo myślisz.
Wstał i wszedł w gęste krzewy chaparralu, które rosły przy domu. Dołożyłem do ognia. Miałem zamiar zapalić lampę naftową, ale półmrok był bardzo uspokajający. Ogień z paleniska dawał światło wystarczające do pisania i spowijał wszystko dokoła czerwonawą poświatą. Odłożyłem notatki na ziemię i położyłem się. Byłem zmęczony. Z całej mojej rozmowy z don Juanem zapamiętałem jedynie przykry fakt, że mu na mnie nie zależało. Bardzo mnie to poruszyło. Ufałem mu przez tyle lat. Gdybym nie zaufał mu całkowicie, perspektywa zgłębienia jego wiedzy wypełniłaby mnie paraliżującym strachem. Moje zaufanie do niego opierało się na przekonaniu, że jemu osobiście na mnie zależało. W rzeczywistości zawsze się go bałem, ale kontrolowałem swój strach, ponieważ miałem do niego zaufanie. Kiedy usunął tę podstawę, nie miałem się na czym oprzeć i poczułem się bezradny.
Opanował mnie bardzo dziwny niepokój. Poczułem niezwykłe podniecenie i zacząłem chodzić w tę i z powrotem przed paleniskiem. Don Juan długo nie wracał. Czekałem na niego niecierpliwie.
Przyszedł chwilę później. Usiadł znowu przed ogniem, a ja wyrzuciłem z siebie swoje lęki. Powiedziałem mu, że martwię się, ponieważ nie potrafię zmienić kierunku, tkwiąc w samym środku strumienia. Wyjaśniłem mu, że oprócz zaufania, jakie miałem do niego, nauczyłem się również szanować go i uważać jego sposób życia za dużo bardziej racjonalny od mojego, a przynamniej za bardziej funkcjonalny. Jego słowa wywołały we mnie okropny konflikt, ponieważ z ich powodu muszę zmienić swoje uczucia. Żeby zilustrować, o co mi chodzi, opowiedziałem don Juanowi historię człowieka pochodzącego z mojego kręgu kulturowego, bardzo bogatego, konserwatywnego prawnika, żyjącego w przekonaniu, że stoi na straży prawdy. We wczesnych latach trzydziestych, tuż przed wprowadzeniem w życie polityki Nowego Ładu, zaangażował się całym sercem w rozgrywki polityczne. Był całkowicie pewien, że nadchodząca zmiana przyniesie szkody krajowi. Z powodu oddania, jakie miał dla tradycji i ponieważ był przekonany co do swoich racji, poprzysiągł zwalczać to, co uważał za polityczne zło. Jednakże fala tamtych czasów była zbyt silna i pokonała go. Walczył przeciwko niej dziesięć lat na arenie politycznej i w życiu osobistym. Potem druga wojna światowa bez reszty pogrzebała jego wysiłki. Jego polityczny i ideologiczny upadek skończył się wielkim rozgoryczeniem. Dobrowolnie udał się na wygnanie i spędził tam dwadzieścia pięć lat. Kiedy go poznałem, miał osiemdziesiąt cztery lata i właśnie wrócił do swojego rodzinnego miasta, żeby zakończyć życie w domu starców. Nie mogłem uwierzyć, że dożył tak późnego wieku, biorąc pod uwagę to, że zmarnował życie na zgorzkniałym użalaniu się nad sobą. Na swój sposób polubił moje towarzystwo i dużo za sobą rozmawialiśmy.
Kiedy widziałem go po raz ostatni, zakończył rozmowę stwierdzeniem:
– Miałem dość czasu, żeby spojrzeć wstecz i zastanowić się nad swoim życiem. Problemy moich czasów są dzisiaj jedynie historią i to nawet niezbyt ciekawą. Być może zmarnowałem życie w pogoni za czymś, co nigdy nie istniało. Ostatnio odnoszę wrażenie, że to, w co wierzyłem, było śmieszne, niewarte uwagi. Myślę, że mam tego świadomość, jednakże nie mogę odzyskać czterdziestu lat, które straciłem.
Powiedziałem don Juanowi, że moja wewnętrzna walka zrodziła się z wątpliwości, które zasiały we mnie jego słowa o kontrolowanym kaprysie.
– Jeśli nic tak naprawdę nie ma znaczenia – powiedziałem – to stając się człowiekiem wiedzy, można z konieczności znaleźć się w takiej pustce jak mój przyjaciel.
– To nie jest tak – powiedział ostro don Juan. – Twój przyjaciel jest samotny, ponieważ umrze, nie widząc. Po prostu się zestarzał i niechybnie teraz bardziej użala się nad sobą niż dotychczas. Czuje, że zaprzepaścił czterdzieści lat, ponieważ gonił za zwycięstwami, a znajdował jedynie porażki. Nigdy się nie dowie, że być zwycięzcą i być pokonanym oznacza to samo.
Tak więc teraz boisz się mnie, ponieważ powiedziałem ci, że niczym nie różnisz się od reszty. Zachowujesz się jak dziecko. Naszym ludzkim przeznaczeniem jest uczenie się. Do wiedzy podchodzi się tak, jak idzie się na wojnę. Powtarzałem ci to wiele razy. Do wiedzy i do wojny podchodzi się ze strachem, z szacunkiem, ze świadomością, że idzie się na wojnę i mając do siebie absolutne zaufanie. Zaufaj sobie, a nie mnie.
Boisz się więc pustki życia twojego przyjaciela. Lecz w życiu człowieka wiedzy nie ma żadnej pustki. Mówię ci. Wszystko jest wypełnione, aż po brzegi.
Don Juan wstał i wyciągnął ramiona, jakby wyczuwając rzeczy w powietrzu.
– Wszystko jest wypełnione po brzegi – powtórzył – i wszystko jest jednakie. Nie jestem taki, jak twój przyjaciel, który po prostu się zestarzał. Kiedy mówię ci, że nic nie ma znaczenia, nie mam na myśli tego, co on. Dla niego walka nie miała sensu, ponieważ został pokonany. Dla mnie nie ma zwycięstwa, klęski ani pustki. Wszystko jest wypełnione po brzegi i wszystko jest równe wszystkiemu, a moja walka warta była zachodu. Żeby stać się człowiekiem wiedzy, trzeba być wojownikiem, a nie chlipiącym dzieckiem. Trzeba walczyć, nie poddając się, bez narzekania, bez cofania się, aż do momentu, kiedy się będzie widzieć, tylko po to, żeby stwierdzić, że nic nie ma znaczenia.
Don Juan zamieszał w garnku drewnianą łyżką. Jedzenie było gotowe. Zdjął naczynie z ognia i położył je na czworokątnym, glinianym bloku, który zbudował przy ścianie i którego używał jako półki lub stołu. Nogą przysunął dwie nieduże skrzynie służące za krzesła, szczególnie wygodne, jeśli usiadłszy na nich, oparło się plecami o belki wspierające ściany. Dał mi znak, żebym usiadł, po czym nalał zupę do miski. Uśmiechnął się, jego oczy były świetliste, jakby moja obecność naprawdę sprawiała mu przyjemność. Łagodnym ruchem popchnął miskę w moim kierunku. W jego geście było tyle ciepła i dobroci, jakby miało to przywrócić moje zaufanie do don Juana. Poczułem się idiotycznie i chcąc pozbyć się tego uczucia, zacząłem szukać łyżki, ale nie mogłem jej znaleźć. Zupa była za gorąca, żeby pić ją prosto z miski, więc czekając, aż wystygnie, zapytałem don Juana, czy kontrolowany kaprys oznacza, że człowiek wiedzy nie może już nikogo lubić.
Przestał jeść i roześmiał się.
– Za bardzo się przejmujesz lubieniem ludzi i tym, czy sam jesteś lubiany – powiedział. – Człowiek wiedzy lubi, to wszystko. Lubi, co chce i kogo chce, ale używa kontrolowanego kaprysu do tego, żeby sobie tym nie zaprzątać głowy. Jest to dokładne przeciwieństwo tego, co robisz teraz. Lubić ludzi i być przez nich lubianym to nie jedyna rzecz, którą można robić, będąc człowiekiem.
Przyglądał mi się przez chwilę z głową przechyloną lekko na bok.
– Pomyśl o tym – powiedział.
– Jest jeszcze coś, o co chciałem spytać, don Juanie. Powiedziałeś, że aby się śmiać, musimy patrzeć oczami, aleja uważam, że śmiejemy się, ponieważ myślimy. Weź na przykład człowieka niewidomego, on też się śmieje.
– Nie – rzekł. – Niewidomi się nie śmieją. Ich ciałami wstrząsają nieznaczne fale śmiechu. Oni nigdy nie patrzyli na zabawną stronę świata i muszą ją sobie wyobrażać. Ich śmiech nie jest huraganem śmiechu.

Reguły Tolteków

Ponad dwa tysiące lat temu Toltekowie byli znani w całej Ameryce Środkowej i południowej części Ameryki Północnej jako ludzie wiedzy. Historycy i archeolodzy mówią o Toltekach jako o narodzie. Nie był to jednak jednolity naród. Byli to mężczyźni i kobiety – nauczyciele, naukowcy, artyści, architekci, uzdrowiciele i szamani, którzy stworzyli specyficzną społeczność, której celem było wspólne tworzenie życia w którym świętość sąsiadowała z codziennością.

Toltekowie zbierali się w grupy /partidos/ prowadzone przez naguala /nauczyciela-mistrza/. Mieszkali w Teotihuacan – świętym miejscu , zaplanowanym i zbudowanym w celu ułatwienia drogi wojownika – podróży ku Słońcu, podróży którą każdy z Tolteków przechodził samodzielnie wewnątrz siebie, wraz ze swoim partido i w formie zewnętrznej – wzdłuż Alei Umarłych, która stanowi centralną oś Teotihuacan.

Celem uczniów tolteckich było przekształcenie zwykłej ludzkiej świadomości i osiągnięcie wolności osobistej. Byli wojownikami – walczyli jednak nie z innymi ludźmi, lecz z własnymi słabościami i negatywnymi wzorcami zachowania. Celem tych wojowników serca było i jest takie przekształcenie snu w którym żyją, aby osiągnąć Niebo na Ziemi.

Teotihuacan pozostawał centrum ezoterycznym, duchowym i naukowym oraz świętym miejscem przemiany i transformacji przez setki lat. Jednak pod wpływem naporu kultury europejskiej i nadużycia mocy przez część uczniów w celach osobistego zysku, wiedza toltecka przeszła do podziemia, aby uchronić czystość wiedzy przed nawet przypadkowym złym użyciem. Przez kilkaset lat była kultywowana w ukryciu, przez kilka linii lub rodów. Istniała jednak przepowiednia, że nadejdzie dzień, kiedy mądrości tolteckie i toltecki sposób życia będą otwarte dla ludzi i zostaną rozprzestrzenione na cały świat. I tak też się stało. Poszczególne linie tolteckie otwierają się na zewnętrzny świat i ich duchowa mądrość zdobywa zwolenników w wielu krajach.

Mądrości Tolteków były i są nauczane na trzech poziomach: Mistrzostwo Świadomości, Mistrzostwo Transformacji oraz Mistrzostwo Intencji /lub Mistrzostwo Miłości/.

Nauka i wiedza toltecka nie jest religią ani sektą. Jest to raczej styl życia, sposób patrzenia na świat, który wywodzi się z tych samych źródeł, co wszystkie tradycje ezoteryczne i główne religie. Pomimo tego, że nie jest to religia, uznaje i szanuje wszystkich mistrzów duchowych i awatarów, którzy nauczali na Ziemi.


NAUKI TOLTECKIE

Mądrości Tolteków były i są nauczane na trzech poziomach: Mistrzostwo Świadomości, którego celem jest świadome zauważenie własnych przekonań, blokad i ograniczonych wzorców reagowania i zachowania, Mistrzostwo Transformacji zajmuje się przerabianiem wzorców i przekonań oraz odzyskiwaniem mocy osobistej a Mistrzostwo Intencji /lub Mistrzostwo Miłości/, polega na budowaniu własnego snu – tzw. „snu drugiej uwagi”, snu opartego na bezwarunkowej miłości, akceptacji, szacunku, radości , szczęściu, otwartości i zaufaniu, oraz świadomości połączenia i współistnienia z całym światem i wszystkimi istnieniami – jako jedną wielką emanacją Orła.

Trudno nauczyć się mistrzostw tolteckich z książki lub ze strony internetowej, bowiem praca ta dla każdego jest inna, każdy ma inną drogę i inne problemy do załatwienia. Chciałbym natomiast przedstawić kilka narzędzi i pojęć tolteckich, które można zastosować we własnym życiu już od teraz.
Wszystkich tych pojęć używa się na różnych poziomach pracy ze sobą – w Mistrzostwie Świadomości, Transformacji i Intencji. Jeśli chcesz możesz je stosować we własny sposób. Każdemu pojęciu poświęcam tu kilkanaście linijek. Aby dowiedzieć się więcej na temat ich praktycznego zastosowania, lub tego jak ja używałem i używam ich w moim życiu – kliknij na serce znajdującego się na końcu każdego z podrozdziałów.

WOLNOŚĆ OSOBISTA. PRZEKONANIA, ZMIANA PRZEKONAŃ

Jednym z podstawowych pojęć w nauczaniu tolteckim jest wolność osobista. Ogromna większość ludzi nie jest naprawdę wolna. Jesteśmy zaprogramowani – nasze działania, sposób zachowania, reagowania, to co czujemy i myślimy, a nawet to w jaki sposób widzimy świat i to co zauważamy wokół siebie – wszystko to bazuje na naszych przekonaniach – wszystko co widzimy na zewnątrz jest tylko naszą percepcją.

Gdy zmieniamy przekonania – otaczający nas świat zmienia się. Na tym polega szamańska zasada – gdy zmieniamy naszą percepcję – zmieniamy świat.

Przekonania są to umowy, które zawarliśmy sami ze sobą dawno temu /najczęściej w dzieciństwie, ale nie tylko/. Są to umowy interpretujące świat – określają to co lubimy, czego nie lubimy, co jest złe i nieakceptowalne, co jest dobre i właściwe, co jest proste, a co trudne, jaki jestem ja sam /głupi, mądry, gorszy niż inni itp./ – co to znaczy być kobietą, mężczyzną, dzieckiem, matką, itp. Mamy też szereg przekonań interpretujących świat – świat jest przyjazny, groźny, wszyscy kradną, świat jest pełen wspaniałych ludzi itp. Mamy przekonania dotyczące wszystkiego. Są jak plamy wokół nas, które nie pozwalają zobaczyć świata takiego jakim jest naprawdę. Naturalnie im więcej przekonań- tym bardziej ograniczone postrzeganie świata i tym mniejszą moc i mniejszą wolność osobistą człowiek posiada.

Tak więc cała praca ucznia tolteckiego polega na pracy ze sobą – jest to ciągła zmiana percepcji i zmienianie swoich przekonań w celu pełniejszego doświadczanie życia.

PRZEKRACZANIE STRACHU

Ważne jest też przekraczanie swoich strachów. Strach jest to emocja stworzona przez umysł / najczęściej w dzieciństwie/, której celem jest uniknięcie bólu lub potencjalnie nieprzyjemnej sytuacji – czegoś co kiedyś /w dzieciństwie/ spowodowało ból. Powiedzieliśmy naszemu umysłowi – już więcej tego nie chcę. I umysł zaczął produkować strach. Funkcją strachu jest nie pozwolić nam dotknąć ran emocjonalnych, które powstały wiele lat temu. Ale rany te ciągle są i od czasu do czasu ktoś lub coś ich dotyka. Odczuwamy wtedy ból i umysł jest jeszcze bardziej zobligowany do tego, żeby produkować jeszcze więcej strachu i bronić nas jeszcze bardziej. Jest to jak samo napędzająca się machina. A ofiarą jest sam człowiek, który żyje w coraz bardziej ograniczony sposób – w celu uniknięcia bólu i cierpienia. Tak właśnie wygląda piekło. Piekło, w którym żyjemy tu – na Ziemi, a nie po śmierci.

Tymczasem człowiek urodził się nie po to, aby uciekać od cierpień, lecz po to by czyścić i uzdrawiać wszystkie rany w swoim ciele emocjonalnym. I aby tak się stało trzeba najpierw te rany odsłonić, zauważyć i po prostu przyznać się do nich. Tak – boję się że ……. ………………… Trzeba ten strach poczuć i go przekroczyć. Boisz się tańczyć – świadomie zacznij tańczyć. I bądź dla siebie miła i wyrozumiała. Może nie zostaniesz nigdy mistrzynią w tańcu, ale masz szansę przekroczyć swój strach i odzyskać część swojej mocy osobistej, która była dotychczas marnotrawiona na utrzymywanie strachu.

Bądź tropicielem swoich strachów. Miejsca, gdzie masz dużo strachu, to potencjalnie miejsca, w których zgromadzone masz szczególnie dużo energii i mocy osobistej. Trzeba tylko ten strach pokonać.

TESCATLIPOCA

Tescatlipoca można przetłumaczyć na polski jako Zadymione Lustro lub Zamglone Lustro /po angielsku Smokey Mirror, po hiszpańsku Espejo Ahumado/. Jest to metaforyczne przedstawienie ważnej zasady na tolteckiej ścieżce rozwoju. Wszystko co jest na zewnątrz jest tylko twoim odbiciem. Wszystko, co widzisz w innych ludziach, w świecie zewnętrznym jest projekcją ciebie samego. Więc jeśli jest jakaś szczególna cecha charakteru lub zachowania, którą dostrzegasz u innych i która denerwuje cię, oznacza to, że jest to sprawa, na którą musisz zwrócić uwagę u siebie. Jest to część ciebie, którą odrzuciłeś, której nie zaakceptowałeś. Ale prawdopodobnie związana jest z tą sprawą duża ilość bólu. A ponieważ twój umysł chce cię uchronić przed bólem – projektuje to na innych . I wtedy dostrzegasz to u innych.

Czy słyszałeś kiedyś o jednej z głównych zasad wszechświata i zasad przepływu energii – podobne przyciąga podobne? Jeśli mam jakąś energię w sobie – dostrzegam ją na zewnątrz. Jeśli idziesz przez życie z miłością – widzisz miłość wszędzie wokół. Jeśli jesteś pełen gniewu – widzisz wokół ludzi wyrażających swoją złość. Jest to szansa na to by spojrzeć na siebie i zacząć załatwiać swoje sprawy zamiast denerwować się i krytykować innych. I tak długo będziesz dostrzegać tą swoją cechę, sposób zachowania u innych , dopóki nie uporasz się z nią w sobie. Nic nie jest na zewnątrz.

Tescatlipoca jest wspaniałym narzędziem w pracy nad sobą. Jest podstawową bronią w ręku wojownika tolteckiego. Tescatlipoca oznacza, że przestajesz być ofiarą i jesteś wojownikiem. Przestajesz winić innych i cały świat. Zaczynasz patrzeć na siebie i innych z pokorą. I zauważasz, że wszystkie twoje problemy, cierpienia, strachy, niepowodzenia i porażki biorą początek w tobie. Jest to czasem bolesna świadomość, ale kto powiedział, że rozwój osobisty ma być zawsze miły i przyjemny. Gwarantuję jednak, że efektem będzie większa miłość i szacunek dla siebie samego. Oraz świadomość mocy, która w tobie tkwi.

ANIOŁ śMIERCI I ŻYCIE W CHWILI OBECNEJ

Mitologia toltecka opowiada, że Anioł Śmierci siedzi na ramieniu. Anioł Śmierci oznacza poddanie się i brak przywiązania. Oznacza, że jesteś świadomy, że ta chwila może być twoją ostatnią chwilą w tym ciele fizycznym. Tak naprawdę nikt i nic nie zagwarantuje nam, że będziemy istnieć za godzinę , jutro czy za 20 lat. Nic nie zagwarantuje nam, że ten świat będzie istniał jutro. To wszystko są tylko nasze oczekiwania.

Prawdziwe zrozumienie i świadomość obecności Anioła Śmierci daje moc życia w pełni w chwili obecnej. Daje moc bycia nieskazitelnym w myśli i słowie. Przecież nie będziesz kłócił się, obrażał, gniewał na kochaną osobę, jeśli jesteś świadomy tego, że może to jest ostatnia chwila gdy ją widzisz i jesteś z nią. To nie znaczy, że boisz się, że ktoś umrze lub że ty umrzesz. Oznacza to, że żyjesz intensywnie, chwilą obecną, w miłości i pełnej akceptacji, wyrażając to co naprawdę czujesz i myślisz, wyrażając to kim naprawdę jesteś i wyrażając całą swoją miłość, z którą idziesz przez życie. Bez żadnych gierek, bez walki i udawania, bez oskarżania i oceniania. To jest właśnie pełnia życia iwolności.

PODDANIE SIĘ

Poddanie się nie oznacza porażki. Jest wręcz przeciwnie. Poddanie oznacza akceptację tego co przynosi los. Poddanie się oznacza poddanie się intencji Stwórcy. Nie musisz walczyć z przeciwnościami losu. Możesz po prostu przyjmować to co przychodzi i traktować to jako lekcję, jako feedback. Podobnie jak w przypadku Tescatlipoca – możesz zaakceptować, że to co przytrafia się w Twoim życiu jest przeznaczone dla Ciebie. Masz wybór – możesz walczyć i próbować zmienić świat, wymuszać to czego chcesz. Ale lekcja i tak przyjdzie do Ciebie ponownie i będziesz musiał znów podjąć decyzję – walczyć czy też poddać się i zacząć się uczyć i zmieniać samego siebie. Dla osób, które są zawsze dynamiczne, twarde, lubią wybór i chcą mieć wpływ na innych – poddanie oznacza jedną z najtrudniejszych lekcji w życiu. Ale też i korzyści są ogromne. Energia, którą dotychczas wykorzystywało się do walki jest teraz uwolniona i może być używana w inny sposób- bardziej twórczy i zgodny z misją życiową.

Tak naprawdę poddanie się ma w sobie siłę i moc wszystkich dotychczas opisanych przeze mnie narzędzi tolteckich. Kiedy poddajesz się- przechodzisz na drugą stronę strachu, odkładasz na bok swoje przekonania i mechanizmy obronne, używasz Tescatlipoca – zmieniasz kierunek uwagi z zewnątrz do wnętrza siebie.

BEZWARUNKOWA MIŁOŚĆ

Walcząc ze swoim umysłem, w którym dominuje system przekonań, Sędzia i Ofiara, kontrola i ocenianie, przenikający wszystko strach, torujemy sobie drogę do naszego prawdziwego JA. Wkraczamy do świata, gdzie panuje bezwarunkowa miłość. To jest cel tej ścieżki – życie w sposób nieograniczony, życie w chwili obecnej, w akceptacji siebie i innych, doświadczając radości, szacunku i otwartości. W tym świecie nie ma podziału na my i oni, dobrzy i źli – wszystko jest ze sobą połączone, a w oczach drugiego człowieka dostrzegamy iskierkę samego siebie.

Każdy z nas to kiedyś odczuwał i tak patrzył na świat. Jednak były to krótkie chwile. Być może już o nich zapomniałeś. Najwyższy czas , aby sobie o tym przypomnieć. I najwyższa pora, aby żyć w ten sposób cały czas – a nie tylko w wyjątkowych sytuacjach. Zasługuję na to Ja, zasługujesz na to Ty i zasługujemy na to my wszyscy!

ze str.http://forum.instytutnoble.pl/sciezka-serca-don-juan-castaneda/10/toltekowie/656/

http://www.toltec.pl/toltekowie/index.html

Jasnowidz

Ciekawy film o człowieku zajmującym się odczytywaniem przyszłości ze swoich snów.Dla niego sny nie są tylko niejasnymi marzeniami odpoczywającego umysłu ale wizjami za, którymi stoi jakiś rodzaj inteligencji.

„Szamańskie uzdrawianie: Nie jesteśmy sami” – wywiad z Michaelem Harnerem [Bonnie Horrigan]

MAGIVANGA - magazyn kultury niepokornej

Michael Harner jest profesorem antropologii kulturowej i założycielem Fundacji Na Rzecz Studiów Nad Szamanizmem, międzynarodowej organizacji ochraniającej dziedzictwo szamanizmu plemiennego, a także nauczającej technik szamańskich z wykorzystaniem ich dla celów współczesnej cywilizacji.

Michael Harner uznawany jest za prekursora neoszamanizmu, praktykuje od 1961 roku. Uzyskał doktorat na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, zasiadał w radzie wydziałowej wydziału antropologii New School for Social Research w Nowym Yorku oraz był jej wykładowcą, wykładał także na Uniwersytetach Yale, Columbia i UC Berkeley. Opublikował książkę Jivaro, halucynogeny i szamanizm oraz klasyczną Drogę szamana. Prowadził również liczne badania terenowe wśród ludów górnej Amazonii, Meksyku, Peru, Arktyki kanadyjskiej i wielu innych.

Czym jest szamanizm?

Michael Harner: Słowo „szaman” w języku tunguskim odnosi się do osoby, która odbywa podróże w zaświaty w zmienionym stanie świadomości. Przyswojenie tego terminu przez kulturę Zachodu było użyteczne ze względu na to, że ludzie nie znali jego znaczenia. Terminy tj. czarodziej, czarownik, wiedźma…

View original post 4 051 słów więcej

UFO nad Amazonią

zwycieskie-zdjecie-w-kategorii-kosmos-i-ludzie-530x272Szamani z plemienia Shipibo, analfabeci, w transie otrzymują księgi. Indianie Canelos – stetoskopy i lampy chirurgiczne. Od kogo? Od istot, które przybywają do nich w dziwnych pojazdach. Ufo? Wyobraźnia? Czy może odbicie innego, ukrytego przed nami świata?

Wieczór zapadł nad pustynią Gobi. Po dniu jazdy przez wydmy, kamieniste pola, suche koryta potoków zatrzymaliśmy samochody, by spędzić noc pod otwartym niebem. Uczestnicy polskiej wyprawy paleontologicznej, poszukującej szczątków dinozaurów i pierwotnych ssaków, kładli się w śpiworach na wygrzanej ziemi i zanim zasnęli, patrzyli w głębiny wszechświata. Poderwał nas okrzyk kolegi:
– Patrzcie, Supernowa!

Dwadzieścia par oczu zwróciło się ku zachodowi, gdzie blisko zenitu rozbłysła gwiazda jaśniejsza niż inne i szybko się powiększała. Zbyt szybko, aby mogła być gwiazdą odległą o miliony lat świetlnych. To było coś bliskiego, co pojawiło się w atmosferze Ziemi. Wkrótce miało średnicę Księżyca. I wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że… zbliża się do nas. Ktoś krzyknął:

– Ląduje!

Gdy staliśmy tak z zadartymi głowami, świetlista zjawa poczęła się wznosić. Malała jej średnica, po pewnym czasie wróciła do rozmiarów gwiazdy, a wreszcie znikła, wtapiając się w niebo. Wszystko to trwało około dziesięciu minut. Świadkami byli naukowcy o tytułach profesorów i doktorów, a opis wydarzenia znalazł się w wielu notatnikach polowych. Nikt nie miał wątpliwości, że zjawisko, trwające od godziny 22.08 do godziny 22.19 dnia 27 lipca 1964 roku, spełniało kryteria lokujące je w kategorii UFO.

We współczesnym świecie historia UFO ma niemal 60 lat, ale nikt nie rozwikłał tej fascynującej tajemnicy. Wiele lat po wydarzeniu na pustyni Gobi obserwowałem podobne w Meksyku. Naprowadziło mnie to na nowy trop. W masywie Sierra Mazateca, z obozu na górskim grzbiecie, wraz z innymi uczestnikami wyprawy do znajdującej się tam najgłębszej jaskini Ameryki, śledziłem, jak po drugiej stronie przepastnego wąwozu spośród drzew wyłania się świecąca kula o rozmiarach małego balonu, wznosi się powoli, nabiera szybkości i malejąc, ulatuje w niebo, gdzie po chwili znika.

Amazoński trop08.Paimi-Chipiashca-Explen

W stolicy Meksyku, w bibliotece Narodowego Muzeum Archeologii, trafiłem na relację zakonnika, ojca Francisco de San José, który 8 sierpnia 1767 roku podróżując łodziami z grupą misjonarzy, znalazł się u zbiegu rzek Pozuzo i Ukajali. Z nadejściem nocy rozbili obóz na brzegu i układali się do snu, gdy w ciemnościach zostali otoczeni i zaatakowani przez grupę wojowników z plemienia Conibo. Indianie obsypywali ich strzałami, na co bracia i ich przewodnicy odpowiadali ogniem ze strzelb. Zakonnik opisuje: „Byliśmy w środku bitwy, gdy wydarzyło się coś wartego zapamiętania. Zobaczyliśmy, zarówno chrześcijanie, jak i dzicy, kulę światła jaśniejszą od Księżyca, która przeleciała nad linią Conibów i oświetliła całe pole…”.

Jak wynika z tej notatki i wielu podobnych kronik z różnych części świata, zjawisko jest dawniejsze, niż nam się wydaje. Pójdźmy jednak dalej amazońskim tropem. Wkrótce się przekonałem, że fenomen UFO nie tylko nie jest nowy, ale i rzadki. Przeciwnie, notuje go wielu antropologów. Znana niemiecka badaczka, Angelika Gebhard-Sayer, prowadząc w 1981 roku prace terenowe wśród plemienia Shipibo we wsi Caimito, nad Ukajali, dowiedziała się od Indian, że od miesięcy są niepokojeni przez dziwne światła, które uważają za sposób białych ludzi na wypłoszenie ich i zagarnięcie ich ziemi. Sama kilkakrotnie widziała, w odległości 400 m, żółtawe światła wielkości piłki futbolowej, unoszące się bezgłośnie metr nad ziemią.

Dla niej było oczywiste, że „biali” nie mają z tym nic wspólnego. Podobnie miejscowy szaman, José Santos, który uspokajał ludzi, tłumacząc, że w transie po wypiciu halucynogennego wywaru z liany ayahuasca widzi, co to jest w istocie: „Złoty samolot z wielkimi lampami i pięknie dekorowanymi siedzeniami. Wysiada z niego pilot, dostojny Inka. Czasem jest ubrany w ubrania białych ludzi, czasem w drogocenne inkaskie cushma. Kłaniamy się sobie, ale nie rozmawiamy, ponieważ znamy wzajemnie swoje myśli”.

Z kolei francuska antropolog, Françoise Barbira-Freedman, pracująca wśród plemienia Lamista, w prowincji San Martin, w Peru, donosi, że według jej informatorów, widzenia latających statków po zażyciu wywaru ayahuasca są częste. Również Kolumbijczyk, Luis Eduardo Luna, religioznawca o uznanym autorytecie, z doświadczeniem ponad 30 lat pracy wśród indiańskich plemion, opisuje, że ponad 90-letni szaman, don Manuel Shuma, opowiedział mu w histerycznym podnieceniu, że przez ostatnie dwa lata jest nękany przez ludzi wychodzących z osobliwych maszyn. Mówił, że latają oni, stojąc nad powierzchnią wody, ich maszyny zaś mają długość 50 m i światła, które robią z nocy dzień.

Shuma mówił też: „Wiedzą, kiedy zażyłem ayahuasca. Przychodzą i śpiewają wszelkie rodzaje pieśni. Wiedzą też, jak się modlić. Chcą się zaprzyjaźnić ze mną, ponieważ istnieją rzeczy, których oni nie wiedzą. Chcą mnie zabrać ze sobą, ale ja nie chcę, ponieważ ci ludzie zjadają się nawzajem. Próbowali mnie przestraszyć, poruszając ziemię lub zwalając wielkie drzewa. Niemal doprowadzili mnie do szaleństwa, ale teraz już się nie zbliżają, bo dmucham na nich tytoniem”.

Dodam tu, że dziki tytoń amazoński, o olbrzymim stężeniu nikotyny, jest potężnym halucynogenem, stosowanym przez wielu szamanów. Jeśli zaś chodzi o pieśni, icaro, mają one podstawowe znaczenie w szamańskim leczeniu. Szamani otrzymują je od duchów roślin. Wygląda więc na to, że używają ich także kosmici. Lecz co najciekawsze, z tej i innych relacji wynika, że obcy przybysze poruszają się swobodnie w obu światach i być może nawet „tamten”, dostępny tylko dla szamanów i dusz zmarłych ludzi oraz innych istot duchowych, jest ich zwykłym środowiskiem!

Takiego zdania jest Pablo Amaringo, którego książkę-album mam właśnie przed sobą. Amaringo jest peruwiańskim szamanem, który z niezwykłą precyzją, ale i artystycznym talentem tworzy obrazy ukazujące to, co zobaczył w transach po wypiciu halucynogennego wywaru. Z łatwością spostrzegamy, że często występującym motywem są tu pojazdy kosmiczne przybywające z odległych światów. Amaringo twierdzi, że potrafią przybierać wiele kształtów, są zdolne do osiągania nieskończonej szybkości i mogą przemieszczać się zarówno pod wodą, jak i pod ziemią. Istoty podróżujące w nich są jak duchy, pojawiają się i znikają, kiedy chcą.

Jego zdaniem, należą do zaawansowanych pozaziemskich cywilizacji, które żyją w doskonałej harmonii. Już wielkie cywilizacje, takie jak Majów z Meksyku, Tiahuanaco znad jeziora Titicaca czy Inków w Peru, miały kontakt z tymi niezwykłymi istotami. Amaringo w jednym z transów widział, że Majowie znali ayahuasca, które pomagało im się kontaktować z obcymi i w pewnej chwili dziejów wielu z nich odleciało do innych światów z zamiarem powrotu na naszą planetę.

Anioł z mieczem, myśliwiec odrzutowy

Według Luisa Luny, współcześni szamani niewątpliwie dostosowują się symbolicznie do nowości, o których słyszą lub je zobaczyli. Szamani amazońskiego plemienia Shipibo, których badał, analfabeci, w transie otrzymują od duchów symboliczne księgi, z których mogą odczytać stan pacjentów. Mają też duchowe leki w słoikach i zastrzykach lub podróżują w wyobrażeniach samolotów pokrytych wzorami geometrycznymi o zakodowanym znaczeniu, którymi zanurzają się na dno jezior, aby odzyskać cava, zagubione dusze pacjentów.

Indianie Canelos, otrzymują od duchów maszyny z promieniami X, aparaty do mierzenia ciśnienia krwi, stetoskopy i wielkie błyszczące lampy chirurgiczne. Szamani Shuar, którzy w transie pozyskują od różnych zwierząt, roślin czy kamieni magiczne strzały tsentsak: kolce, ciernie, żądła i pazury, służące do leczenia albo obrony, otrzymują także stalowe igły od vitrur – gramofonów dawnego typu!

W rozmowie z Don Alejandrem

Vazquezem, uzdrowicielem mieszkającym nad Amazonką, w Iquitos, Luna usłyszał, że ten ma na swoje usługi – prócz aniołów z mieczami i żołnierzy z karabinami – także myśliwiec odrzutowy, którego używa, gdy jest atakowany przez mocnych czarowników. Od innego uzdrowiciela, Don Fidela Mosombite z Pucallpa dowiedział się, że ten w wizji otrzymał magiczne kluczyki i odtąd jest w stanie prowadzić piękne samochody i samoloty wielu rodzajów.

Inne domeny istnienia

Badacze nie mają wątpliwości, że pod działaniem ayahuasca szamani porozumiewają się z kosmitami, uczą się ich pieśni mocy i uzyskują od nich informacje pomagające leczyć pacjentów. Luis Luna: „Gdy pierwszy raz zobaczyłem malowidła wizji ayahuasca, przedstawiające UFO i temu podobne, pomyślałem, że powstały pod wpływem współczesnych doniesień i swoistej mody. Jednak wypytując Pabla Amaringa i innych ludzi w rejonie Amazonii, zdałem sobie sprawę, że one odbijają rzeczywiste doświadczenia, czy to w zmienionym stanie świadomości, na przykład po użyciu ayahuasca, czy to w zwykłych sytuacjach życiowych.

W doświadczeniach z ayahuasca wizje innych istot i wymiarów są częste. Sam miałem je wiele razy, na przykład widząc siebie wewnątrz statku kosmicznego. Zastanawiam się oczywiście, jak wiele z tego jest projekcją, a ile może odbijać kontakt z prawdziwymi ukrytymi wymiarami. Po 35 latach doświadczeń z ayahuasca jestem coraz bardziej przekonany do myśli, że przez niektóre ze świętych roślin możliwy jest dostęp do innych domen istnienia”.

Wiele na to wskazuje! Idąc tropem wskazanym przez szamanów, a także analizując raporty o pojawieniach się UFO, jakimi zalewają nas media, skłaniam się do wniosku, że mamy do czynienia z fenomenem obiektów i inteligentnych bytów, mogących przebywać po obu stronach „kurtyny”, która dzieli nasz świat materialny od świata duchowego. Swobodnie poruszają się między nimi, tam, w krainie duchów, w bardziej subtelnej postaci, tu znacznie się materializując, do takiego stanu skupienia, że stają się widoczne w świetle słonecznym i przybierają na wadze, na tyle, aby odciskać ślady na trawie i ziemi. „Tam” wyśledzili ich obecność szamani. „Tam” wszystko ma postać symboliczną, zmienną i ulotną.

Dlatego nie szukajmy w wizerunkach Pabla Amaringa szczegółów technicznych. To, co on „tam” widzi, ukazuje inny plan istnienia, energie, myślokształty, transcendentalne wzorce, tak jak się one jawią w symbolicznej postaci, oglądane przez filtr świadomości żyjącego człowieka. Jednak nie jest to świat majaków, to ukryta „pod” naszym światem, subtelna kraina, w której zjawisko UFO nie jest tajemnicą.

Maciej Kuczyński

Źródło: Wróżka nr 6/2009

http://www.wrozka.com.pl/component/content/article?id=5073